Radosław Grzesiak: – Działałem jak mogłem, żeby tylko uwolnić się od Cracovii

Radosław Grzesiak (nr 5 na zdjęciu) był swego czasu dobrze zapowiadającym się młodym graczem Cracovii. Jego pięć minut minęło jednak bardzo szybko, a los sprawił, że mimo kilku okazji nie może zapisać we wspomnieniach choćby jednego rozegranego w ekstraklasie meczu. Dzisiaj zawodowo zajmuje się… programowaniem. O zachowaniach Ntibazonkizy, alkoholu na zgrupowaniu u Lenczyka, 50 tysiącach złotych, przez które długo nie mógł uwolnić się od „Pasów”, chodzeniu na mecze… Wisły czy młodych talentach „Białej Gwiazdy” z Sebastianem Leszczakiem na czele. Przeczytajcie!

– Na co dzień zajmuję się programowaniem w Luxdone. Jestem współzałożycielem firmy, więc dochodzi do tego szereg innych obowiązków, ale nie narzekam na nadmiar pracy. Bardzo lubię to co robię i czuję, że się w tym spełniam. A piłka? Pasja życia, ale pozostało tylko granie od święta na orliku. Niemniej jednak przeżyłem wspaniałą przygodę i wspomnienia pozostaną na zawsze – mówi Grzesiak, który w rundzie wiosennej sezonu 2009/10 był członkiem pierwszego zespołu Cracovii. Swój ostatni mecz rozegrał w październiku 2015 roku w barwach innego krakowskiego klubu, Garbarni.

Do pewnego momentu twoja ścieżka rozwoju w Cracovii wyglądała wzorowo. Juniorzy, Młoda Ekstraklasa, treningi z pierwszym zespołem, debiut w meczowej osiemnastce i… wystawienie na listę transferową w wieku 18 lat.

Pojechałem na obóz, potem na drugi. Byłem bliski debiutu w ekstraklasie, ale przytrafiła mi się kontuzja. Żadna poważna, ale w złym momencie. Na początku powiedzieli mi, że to tylko skręcenie. Dwa tygodnie i się zaleczy. Była lekka poprawa, ale cały czas mnie bolało. W tym samym czasie dostałem moje pierwsze powołanie do reprezentacji U-18. No to jadę. Pojechałem i zagrałem dwa mecze w ciągu trzech dni. Mecz, dzień odpoczynku i drugi mecz. Dwa razy po 90 minut. Brałem Ketonal, udało się przetrwać, ale do dziś nie wiem jak.

Trenerzy reprezentacji wiedzieli, że nie powinieneś w ogóle zagrać?

Nie. Mówiłem masażystom, żeby mocniej okleili mi kostkę taśmą, ale nie powiedziałem im, że ciężko mi w ogóle biegać bez bólu.

Nie było tego widać w twojej grze?

O tyle dobrze, że bolała mnie prawa noga, a jestem lewonożny. Unikałem po prostu gry prawą nogą i jakoś udało się to zatuszować. Wróciłem do klubu. Pamiętam, że od razu po kontuzji miałem robione prześwietlenie, na którym rzekomo nic nie wyszło. Później to samo zdjęcie obejrzał drugi lekarz. – Panie, tutaj jest pęknięcie! Sprawa poważna, ale nie tragiczna. Wtedy z klubu odszedł trener Lenczyk, a przyszedł Rafał Ulatowski. Kiedy startowały przygotowania do nowego sezonu, jeszcze się leczyłem, a do klubu przyszło wielu nowych zawodników – między innymi Jarabica i Kosanović na moją pozycję. Piłkarze o moim profilu, wysocy stoperzy. To był sygnał, że mogę mieć ciężko, ale starałem się robić swoje i stopniowo wracać do formy. Dla mnie wielką zagadką było to, że tamta drużyna nie odpaliła. Doszło tylu nowych zawodników… Ntibazonkiza, Radomski, wielu innych mających markę na rynku piłkarskim. Co do samego Ulatowskiego – dla mnie to TOP3 jeżeli chodzi o wiedzę merytoryczną u trenera. Super treningi, dobry kontakt z zawodnikami. Po wyleczeniu kontuzji normalnie u niego trenowałem. O liście transferowej dowiedziałem się dopiero jak powstała.

Z internetu?

Nie, powiedział o niej trener. Powiedziałem, że średnio interesuje mnie wypożyczenie. Byłem w klasie maturalnej, chciałem na miejscu skończyć szkołę. Myślałem, że treningi z pierwszą drużyną i gra w Młodej Ekstraklasie będą dla mnie dobrym rozwiązaniem. A jeśli chodzi o umiejętności – nie czułem różnicy między tzw. ligowcami, a sobą. Ale drużynie szło kiepsko, więc nie sprzyjało to promowaniu młodych zawodników.

10 kolejek, 4 punkty, ostatnie miejsce w tabeli. Co wtedy poszło nie tak?

To dla mnie zagadka. W krótkim czasie przyszło wtedy wielu nowych zawodników. Być może znaczenie miało też to, że u trenera Lenczyka były całkowicie odmienne treningi. Materace, gumy i piłki lekarskie były szarą codziennością. Ja w takim treningu czułem się bardzo dobrze, ale powiem szczerze, że brakowało tej piłki. U Ulatowskiego było wszystko. Treningi, moim zdaniem, świetne. Taktycznie – też wydawało się, że wszystko ogarnia super. Wszystko powinno zatrybić, a coś nie wypaliło. Wielu nowych zawodników, zmiana treningów, plus np. Saidi. Przyszedł gość z Nijmegen, taka trochę gwiazdka. Widać było, że był traktowany inaczej. Jak potrzebował trochę wolnego, to sobie olewał. Wszedł do szatni: “siema, kurwa!”. Przez rok nauczył się po polsku dwóch słów i klepał je w kółko. Na treningach często wyglądał fatalnie. To też mogło mieć destruktywny wpływ na szatnię. Ale trzeba mu oddać, że w meczach pokazywał dużą klasę. Wiadomo, że jedna osoba nie była powodem tego, że drużynie szło słabo. Jeżeli o mnie chodzi gorsze czasy zaczęły się po przyjściu Jurija Szatałowa. Czułem, że u tego gościa w ogóle nie mam żadnych szans. Pierwszy trening, gierka, a ja słyszę: – Idź sobie pożongluj i nam nie przeszkadzaj. Po dwóch tygodniach mnie oraz kilku innych zawodników odsunięto od pierwszej drużyny. Treningi w Młodej Ekstraklasie to było już dla mnie za mało. Do końca kontraktu miałem pół roku. Postanowiłem, że skończę liceum i jadę grać do Anglii.

Wracając do trenera Lenczyka – jak wspominasz jego twardą rękę jako najmłodszy wówczas gracz w drużynie?

Często było tak, że jak coś powiedział trzeba było długo się domyślać o co tak naprawdę mu chodziło. Często piłkarze na niego narzekali. Monotonne treningi, mało piłki i tak dalej. Ale jeśli zawodnik ma już 30 lat nie wyciśnie się z niego więcej piłkarsko. A fizycznie można go przygotować tak, że będzie grał trochę lepiej. Ja uważam, że to się sprawdzało, bo udało się utrzymać w lidze. Jeśli chodzi o taktykę – nie raz miałem wrażenie, że jak Lenczyk mówił coś o taktyce to w ogóle nie wiedział o czym gada. Może być tak, że merytorycznie odstawał od innych trenerów – na przykład od Ulatowskiego, który potrafił wszystko sensownie wytłumaczyć – ale miał w sobie jakiś czar. Mi trenowało się u niego bardzo dobrze, bo czułem jego wsparcie.

Na czym polegało?

Byłem najmłodszy i nie wrzucał mnie do jednego worka ze wszystkimi. Czasami kazał mi zrobić mniej powtórzeń danego ćwiczenia, czasami kazał swojemu asystentowi, Filipowi Surmie, potrenować ze mną indywidualnie. Dbał o mnie. To dzięki niemu mogłem liznąć piłki na wyższym poziomie.

A wszystko zaczęło się od tradycyjnego Treningu Noworocznego.

Wyróżniałem się i dwa czy trzy dni później dostałem zaproszenie na treningi. Pamiętam, że trening był nietypowy, bo z racji remontu stadionu odbywał się na obiektach treningowych przy Wielickiej. Kibice byli bardzo blisko murawy, stali dookoła boiska. Zbiórka o jedenastej, niektórzy jeszcze trochę wczorajsi. Ja unikałem wtedy imprez, więc przyszedłem wypoczęty. Na boisku jeździłem wtedy tyłkiem po śniegu od lewej do prawej strony. W drugiej połowie mecz przerwali kibice, bo zaczęli rzucać się śnieżkami i wchodzić na boisko. Co drugi pijany. Potem standardowo wbiegli na murawę i zdarli z nas wszystko co się dało.

Dużo zabrakło do debiutu w ekstraklasie?

Na ławce byłem trzy razy. Na Polonii Bytom, u siebie z Odrą Wodzisław i w Bełchatowie. Po tym był mecz Młodej Ekstraklasy w którym doznałem urazu. Gdybym był zdrowy pod koniec sezonu pewnie byłaby szansa na jakiś debiut.

W 2011 roku pożegnałeś się z Cracovią. Skąd pomysł na Anglię?

Będąc na zgrupowaniu na Cyprze z trenerem Lenczykiem poznałem Anglików. Zwykła rodzina, ojciec z trójką dzieci. Pochodzili z Liverpoolu, kibicowali Evertonowi, a na Cyprze byli na wakacjach. To był luty, zaczynała się właśnie Liga Mistrzów. W hotelu było duże lobby i wspólnie oglądaliśmy mecz. Jakoś wyszło, że siedziałem z nimi do drugiej w nocy pijąc drinka. Lenczyk ma wstręt do alkoholu, więc gdyby mnie zobaczył, to od razu wylot. To był moment, kiedy człowiek coś robi, ale w ogóle nie myśli. Następnego dnia mieliśmy sparing z rezerwami Dynama Kijów. Zagrałem cały mecz i co ciekawe czułem się świetnie. Anglicy zaprosili mnie do siebie na wakacje. Pojechałem tam latem i okazało się, że znają menedżera, który pracuje w agencji mającej u siebie m.in. Ashleya Cole’a. Zrobiłem kompilację wideo ze swoimi meczami, podesłałem im. Liczyłem na to, że przez nich uda mi się znaleźć klub. Potem odezwała się do mnie inna agentka z Anglii. Zobaczyła na Transfermarkt, że kończy mi się umowa z Cracovią. Taka sama rozmowa – jeśli jestem zainteresowany mam przesłać wideo. Ja byłem bardzo napalony na wyjazd, więc już wtedy zacząłem mocniej uczyć się angielskiego, żeby swobodnie się komunikować. Dostałem cynk, że interesuje się mną Brighton & Hove Albion, wtedy beniaminek Championship. Czekałem na konkretny sygnał, ale nic się nie wydarzyło. Koniec końców byłem skazany na szukanie klubu w Polsce. Cracovia zaproponowała mi wypożyczenie do Okocimskiego, do drugiej ligi. Ta perspektywa mi się nie podobała, bo do drugiej ligi weszła wtedy Garbarnia, klub z Krakowa. Miałem pograć w niej pół roku, wypromować się i spróbować odejść wyżej. Zacząłem treningi, ale okazało się, że pomimo braku umowy Cracovia chce za mnie dużego ekwiwalentu.

Ile?

Podawali różne kwoty, ale w okolicach 40-50 tysięcy.

Nikt by tego nie zapłacił.

Na tym poziomie na pewno. Utkwiłem w próżni. Potem kombinowałem, że można iść na status amatora i ekwiwalent będzie należał się wtedy, kiedy znów staniesz się profesjonalnym zawodnikiem. Był taki klub jak Janina Libiąż, trzecia liga. Stwierdziłem, że może tam uda się zrobić taki myk. Dostałem tymczasowe pozwolenie na grę od małopolskiego związku na 6 tygodni. Po tym czasie miał zebrać się jakiś sąd i ustalić co dalej w mojej sprawie. Zagrałem sześć meczów, było całkiem spoko. Lepiej grać gdziekolwiek niż nigdzie. Później zapadła decyzja, że przepis – mimo, że jest – jest martwy. Trochę bez sensu, ale nie wszystko musi mieć sens jeśli chodzi o polskie prawo. Orzekli kwotę 10 tysięcy złotych do zapłaty.

Dużo mniej niż początkowe 40-50.

Można powiedzieć, że trochę poszli mi na rękę. Działałem jak mogłem, żeby tylko uwolnić się od Cracovii. Zaproponowałem, że sam zapłacę tę kwotę, ale później będę chciał odejść bez żadnego odstępnego z Libiąża. Cracovia na to nie przystała. Suma summarum nic za mnie nie dostali, ale wtedy 10 tysięcy nie chcieli przyjąć. Zostałem całkowicie bez klubu, poszedłem na studia, na ekonomię. Trenowałem sobie w Clepardii, w osiedlowym klubie, gdzie się wychowałem. Tam doznałem kontuzji kolana.

Więzadła?

Tak, ale co ciekawe – USG tego nie wykazało. Powiedzieli mi, że obejdzie się bez operacji. W ciągu trzech miesięcy udało mi się doprowadzić do stanu w którym mogłem normalnie biegać i kopać piłkę. Czułem się w miarę zdrowy. Zadzwonił wtedy trener z Przeboju Wolbrom, z trzeciej ligi. W tym momencie nie mogłem wybrzydzać, bo przez ostatni rok byłem bez klubu. Potrenowałem tam dwa tygodnie, bach, znowu kolano.

To samo?

Tak, prawa noga. Szybka decyzja: robimy operację. Miałem operowaną łąkotkę i wtedy okazało się, że mam tam jeszcze zerwanie z poprzedniego urazu. Jedna operacja, sześć tygodni później druga. Kiedy wróciłem do zdrowia minął już rok, odkąd nie miałem klubu, więc byłem wolny od Cracovii. Nikt nie musiał już płacić za mnie żadnego ekwiwalentu. To była chciwość i głupota.

Kogoś konkretnego?

Pewne osoby nie zmieniają się od wielu lat. Wróciłem do gry w Przeboju, zacząłem się odbudowywać, ale po pół roku znów coś strzeliło. To samo kolano. Na początku miałem nadzieję, że obejdzie się bez operacji. Dostawałem zastrzyki kwasem hialuronowym, po parę stów za jeden. Miały pomóc, ale nic nie dały. Co ciekawe, po jakimś czasie zacząłem czuć dziwne bóle w obu kolanach. Był moment, kiedy przejście jednego kilometra było dla mnie wielkim problemem. Zacząłem faszerować się suplementami na stawy i nie podejmowałem żadnego wysiłku, byle tylko ich nie obciążać. Po kilku miesiącach rzeczywiście poczułem się lepiej. Wtedy okazało się, że z powodu braku kasy drużyna wycofuje się z rozgrywek. Nie dość, że człowiek kulawy, to klub upada.

Liczyłeś kiedyś, ile pieniędzy kosztowało cię leczenie?

Nigdy nie robiłem takiego bilansu, ale myślę, że wyszłaby dość spora kwota. Później zgłosiłem się do Dalinu Myślenice. Zgodziłem się na grę za darmo, bo mieli już zamkniętą kadrę. Minęły dwa tygodnie, był jakiś sparing, znowu kolano. Po rezonansie okazało się, że łąkotka. Dość szybko udało się zrobić operację i po trzech miesiącach mogłem wracać do treningów. I co? Klub znowu rozwiązany, też przez kłopoty finansowe.

Dziwne, że w żadnym z tych momentów nie zwątpiłeś w sens tego, co robisz.

Taka myśl była po drodze przez cały czas, bo kłody leciały pod nogi z każdej strony. Poszedłem potem do Świtu Krzeszowice, a stamtąd do Hutnika. Trener Andrzej Paszkiewicz, który spokojnie poradziłby sobie w wyższych ligach. Dobra paczka, bo paru zawodników grało już wyżej, a inni mieli papiery na to, by zagrać w lepszych klubach. Dużo grałem, udało mi się strzelić dwa gole z rzutów wolnych. Wtedy dostałem ofertę z Garbarni. Miałem też sygnały z klubów drugoligowych, ale powiem szczerze, że przenoszenie się na drugi koniec Polski do drugiej ligi nie było czymś, za co dałbym się pokroić.

I trafiłeś do Garbarni. Jak się później okazało, twojego ostatniego klubu.

Po Hutniku miałem tylko tydzień przerwy od treningów. Jak się okazało, tego odpoczynku było zdecydowanie za mało. W Garbarni mieliśmy testy wydolnościowe, siłowe, przysiady z większym obciążeniem. Po kilku dniach poszło mi kolano. Na szczęście to było tylko przeciążenie. Miałem odpuścić na dwa tygodnie i wszystko powinno być w porządku. Tak też zrobiłem, ale to był kolejny sygnał, że co bym nie zrobił, jak bardzo bym się nie starał ze wzmocnieniem tej nogi, problem jest głębszy i nie ma na to recepty.

Zastanawiałeś się nad przyczyną?

W okresie juniorskim miałem masę treningów na sztucznej trawie. Mnóstwo chłopaków w moim wieku ma z tego powodu problemy. Czytałem też teorie, że jeśli ma się mięśnie czworogłowe mocniejsze od dwugłowych rośnie ryzyko kontuzji kolan. Doszło do tego, że czego bym nie robił, kontuzje wracały jak bumerang. Pograłem jeszcze w Garbarni, ale w wielu sytuacjach czułem, że nie mogę dać z siebie maksa, że to nie jest sto procent moich możliwości piłkarskich czy fizycznych. Nie widziałem możliwości dalszego rozwoju. Wiedziałem, że jeśli zacznę trenować więcej, to się dla mnie źle skończy. Bóle w kolanach powracały co jakiś czas, a do tego dochodziła masa mikrourazów, pomimo których starałem się normalnie trenować i grać. W styczniu 2016, dzień przed rozpoczęciem treningów po przerwie świątecznej, zadzwoniłem do trenera Hajdo i powiadomiłem, że podjąłem decyzję o zawieszeniu butów na kołku. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść…

Od najmłodszych lat bliżej było Ci do Wisły niż do „Pasów”. W Cracovii o tym wiedzieli?

Wiedzieli. Jeżeli chodzi o kibiców – jak było dobrze, nikt o tym nie mówił. Jak coś zrobiłem źle – a, to ten z psiarni.

Chodziłeś na mecze Wisły?

Czasami chodziłem, ale nie byłem gościem, który jeździ na wyjazdy. Pierwszy raz poszedłem z tatą na mecz z FC Porto w 2000 roku. Wtedy Wisła zremisowała 0:0, ale w rewanżu przegrała, więc odpadła. Później byłem na meczu z Barceloną z Rivaldo i Kluivertem w składzie. Jeśli dobrze pamiętam, w Barcelonie grał już wtedy Xavi. Wtedy w mieście liczyła się tylko Wisła. Cracovia była w trzeciej lidze, jeśli nie niżej. Później, w sezonie 2006/07 drużyna z mojego rocznika była odpowiedzialna za podawanie piłek na meczach. Wtedy w Wiśle grał Jakub Błaszczykowski i mogłem podziwiać go z kilku metrów stojąc przy linii bocznej. Razem ze mną piłki podawał też Michał Czekaj i paru innych chłopaków, którzy otarli się później o pierwszą drużynę Wisły.

Miałeś swojego idola w drużynie?

Zdecydowanie był nim Maciej Żurawski. Później miałem okazję zagrać przeciwko niemu w Hutniku (sezon 2014/15, Żurawski był zawodnikiem Porońca Poronin – przyp. aut.). Mniej biegał, ale nie olewał. Miał cały czas bardzo dobrze ułożoną nogę i strzelił nam gola, ale na szczęście to nie ja zawaliłem krycie. Pamiętam jego bramkę w meczu Wisły z Parmą. Kiedy miałem dziesięć lat wychodziłem na boisko z piłką i dziesiątki razy odtwarzałem sobie tę akcję. Tylko na lewą nogę, bo jestem lewonożny. Komentowałem tę akcję w głowie, robiłem zwód i strzelałem tak jak on.

Bramka Żurawskiego od 0:23

Jak doszło do tego, że odszedłeś z Wisły?

Wtedy Cracovia dawała dużo większe szanse na rozwój. Wisła miała bardzo kiepską bazę treningową jeśli chodzi o drużyny młodzieżowe, a w Cracovii młodzi dość regularnie dostawali szanse. To było dla mnie najważniejsze.

Nie żałowałeś później tej decyzji? Michał Chrapek, Sebastian Leszczak i paru innych z twojego rocznika dostali jednak szansę.

Faktycznie, od nas z klasy Michał Czekaj, Sebastian Leszczak, Mateusz Arian, Łukasz Rojewski czy Michał Chrapek zagrali w pierwszym zespole. Obecnie z nich wszystkich tylko Chrapek gra wyżej. W mojej klasie był jeszcze Jakub Świerczok, który grał ze mną w Cracovii. Pamiętam, że był mikry, ale miał strasznie niewyparzoną gębę i startował do dużo większych od siebie. Był bezczelny, ale pomagało mu to na boisku. Nie patrzył, przeciwko komu gra tylko robił swoje. Zawsze było go wszędzie pełno, fajnie też grało się razem z nim na boisku.

Jako pierwszy do większej piłki trafił Leszczak.

Dość wcześnie dojrzał fizycznie. Jeśli chodzi o umiejętności piłkarskie, zawsze był bardzo dobry. Obunożny, lekkość w grze. Tak jak Neymar, oczywiście w odpowiedniej skali. Zdecydowanie największy talent z nas wszystkich. Miał potencjał, żeby grać naprawdę wysoko, ale chyba po prostu głowa stanęła na przeszkodzie. Znam go od ósmego roku życia. Byliśmy w tej samej podstawówce, razem jeździliśmy na turnieje szkolne. Rzadko zdarza się chyba, żeby dwóch chłopaków z jednego osiedla zagrało w kadrze Polski. Szkoda, że nie udało mu się osiągnąć niczego więcej.

Zazdrościliście mu debiutu w pierwszym zespole w wieku 16 lat?

Słyszałem – nie wiem, czy to legenda czy nie – że Cupiał obiecał mu, że jeszcze w wieku 16 lat zadebiutuje w pierwszej drużynie. Może z chłodną głową widzielibyśmy go dziś w jakiejś lidze zagranicznej?

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI
Obserwuj autora wywiadu na Twitterze: @mateosokolowski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s