Remigiusz Sobociński: – Gra do pięćdziesiątki? Jeśli zdrowie pozwoli…

fot. GKS Wikielec/Facebook

Maddox Sobociński zadebiutował niedawno w reprezentacji Polski do lat 14. Jego ojciec, Remigiusz, mimo 43 lat na karku wciąż gra w piłkę i ani myśli o zejściu z boiska. Były gracz m.in. Amiki, Śląska czy Jagiellonii reprezentuje barwy GKS-u Wikielec i jest najstarszym piłkarzem pierwszej grupy III ligi. Porozmawialiśmy m.in. o piłkarskim potencjale jego syna, golach strzelanych po czterdziestce, rywalizacji o miejsce w składzie z kolegą młodszym o 24 lata czy zakazie picia kawy u trenera Stefana Majewskiego. Zapraszamy!

Debiut w reprezentacji, wcześniej testy w Legii. Syn ma za sobą pełne wydarzeń lato. Rośnie nowy piłkarz?

Ma teraz trzynaście lat i wszystko idzie w dobrym kierunku. To na razie pierwsze powołanie. Nie jest to jeszcze stała reprezentacja jego rocznika, ale dalszy projekt LAMO (Letniej Akademii Młodych Orłów – przyp. aut.). Z osiemdziesięciu dzieciaków, które były wtedy w Gniewinie, załapał się do dwudziestki, którą wyselekcjonowano na ten mecz. Wcześniej był z rocznikiem 2004 Legii na turnieju w Amsterdamie i na turnieju w Dublinie z rocznikiem 2003, gdzie udało mu się strzelić bramkę w meczu z Leicester.

Zapowiada się lepiej niż tata?

Przede wszystkim szybko zaczął grać w piłkę. Ja zacząłem normalne treningi w klubie mając szesnaście czy siedemnaście lat, w Jezioraku Iława. On trenuje już od ósmego roku życia, cały czas się szkoli. Są też większe możliwości. Dzieci mają boiska, powstało mnóstwo akademii. Jeśli ma pasję i chce coś osiągnąć, na pewno mu się uda. Legia monitorowała go już od dłuższego czasu, ale większy szum zaczął się po zdobyciu Pucharu Tymbarka w zeszłym roku, gdzie został jeszcze najlepszym zawodnikiem turnieju. Pojechaliśmy do Lecha Poznań. On urodzony w Poznaniu, ja też związany z regionem. Byliśmy też na sparingu w Lechii Gdańsk. Nie pchamy się tam, gdzie nas nie chcą. Wszędzie korzystaliśmy z zaproszeń. Chcę pokazać mu świat. Niech zobaczy, gdzie będzie mu pasowało. Z mojej strony nie ma żadnej presji. Zdecydował się na Legię, jego wybór. W Legii już teraz chcieli go wykupić do siebie, ale z racji tego, że mentalnie nie jest jeszcze gotowy na opuszczenie domu zaproponowali, że wykupią go, ale na dwa lata wypożyczą z powrotem do Wikielca. Jak będzie gotowy, wtedy pojedzie. Ja nie stwarzam żadnego ciśnienia i nie wypycham go na siłę z domu, bo w ten sposób można zrobić krzywdę. Jest świadomy, że do Warszawy musi jechać i pracować, a nie siedzieć w pokoju i tęsknić.

Pamięta mecze taty w wyższych ligach?

Mówi, że ma jakieś przebłyski z Białegostoku, ale kiedy tam wyjeżdżałem, miał trzy lata. Później grałem w Jezioraku, w drugiej lidze i te mecze już pamięta.

Jakim zawodnikiem jest Maddox Sobociński?

Ma parę zalet. Szybkość, prowadzenie piłki, strzał z lewej nogi, bo jest lewonożny. Teraz czeka go najtrudniejszy okres, bo będzie wchodził w nowe środowisko i zaczną się pokusy. Ja w jego wieku nie miałem nikogo, kto mógłby wesprzeć dobrym słowem i podpowiedzieć, co muszę robić. Uważam, że z kimś takim mógłbym osiągnąć w piłce dużo więcej. Broń Boże niczego nie żałuję, ale parę rzeczy by się zmieniło. Na przykład po odejściu ze Śląska Wrocław nie wróciłbym do drugiej ligi do Jezioraka. Myślę, że spokojnie poradziłbym sobie wtedy wyżej. W pierwszej lidze na pewno, a może nawet w ekstraklasie.

Miał być powrót do domu, skończyło się w sądach.

Wcześniej miałem jeszcze sprawę z Jagiellonią, ale ona jest już wyjaśniona. Z Jeziorakiem sądzę się cały czas. Niezbyt fajnie, zwłaszcza, że chodzi o macierzysty klub. Jestem jego najlepszym wychowankiem, a jak mnie potraktowano? Byli jacyś Ukraińcy, Egipcjanie, takie wynalazki. Mieszkali w klubowym hotelu, mieli posiłki, obiady, lepsze warunki niż wychowankowie. Wszyscy zostali spłaceni, pojechali do domów, a my, wychowankowie, zostaliśmy na lodzie. Nie tak to powinno wyglądać.

Na jakim etapie jest sprawa?

Ostatnia rozprawa była rok temu. Sąd przychylił się ku nam i czekamy na dalsze kroki. Gdyby nie było szans na wygraną, nie walczyłbym. Gdyby to była śmieszna suma, też bym nie szedł do sądu. Ale grałem w swoim klubie przez półtora roku i nie dostałem ani jednej wypłaty. A teraz jestem w Jezioraku wrogiem publicznym numer jeden.

Przez upominanie się o należne pieniądze?

Dokładnie. Niektórzy ludzie tego nie rozumieją. Przecież nie stałem z bronią w ręku i nie kazałem nikomu podpisywać papierów. Przychodziłem z ekstraklasy i w klubie powinni być świadomi, że to są trochę inne stawki. Prowadzili życie ponad stan, zdecydowanie. Budżet był całkiem wirtualny. Wisieli też dużo pieniędzy skarbówce, ZUS-owi… Miałem wtedy trochę problemów rodzinnych i stąd moja decyzja, żeby wrócić do domu, wyciszyć się, poukładać sobie wszystko. Po czasie stwierdziłem, że powinienem spróbować jeszcze gdzieś wyżej. Była jedna oferta z ekstraklasy, dwie z pierwszej ligi. Trudno. Gdyby nic się nie robiło, nie popełniałoby się błędów.

Wspomniał pan o pokusach młodych piłkarzy. W małych Wronkach, gdzie zaczynał pan grać w ekstraklasie, nie było ich zbyt wiele.

Ale Poznań był blisko! Nie można było się zamknąć, siedzieć we Wronkach i przez siedem lat nic nie robić. Jeździło się na zakupy, nie zakupy, do kina. Parę książek też na ten temat wydano i mogę potwierdzić, że to, co napisali, to w większości prawda. Głowy wcale nie były skupione na pracy, na piłce, a pokusy życiowe bardzo nas dotyczyły. Potencjał w klubie był bardzo duży, na brak pieniędzy też nikt nie mógł narzekać, były też puchary. Moim zdaniem zabrakło trochę presji z trybun. Pod koniec prezesi doszli chyba do wniosku, że nie ma dla kogo tego dalej robić. Pan Rutkowski wpadł w końcu na pomysł, żeby się połączyć z Lechem i wydaje mi się, że to dobry pomysł.

Nie było nigdy okazji, żeby wyrwać się stamtąd gdzieś zagranicę?

Kiedyś była. Razem z Pawłem Kryszałowiczem mogliśmy iść do Norymbergii, ale nie miałem menedżera i język był głównym problemem. Nie było nikogo, kto mógłby się porozumieć, dograć szczegóły. Przez to wszystko zostało zablokowane. Rok później do Pawła odezwał się jakiś niemiecki menedżer i nawiązał z nim kontakt, dzięki czemu szybko wyjechał do Eintrachtu Frankfurt  i pograł trochę na Zachodzie. Ale wtedy zainteresowanie było już tylko Pawłem, mną nie.

***

Proszę opowiedzieć coś o Wikielcu.

Wieś, podobnie jak Nieciecza. Bardzo dobre warunki do grania. Dobra płyta, oświetlona. W trzeciej lidze też mamy w planach parę meczów przy światłach. Obok pełnowymiarowe boisko do treningu, jest też orlik z pełnym zapleczem i szatnią. Tam prowadzę zajęcia z dzieciakami z roczników 2008 i 2009. Podejrzewam, że niektóre ligowe zespoły mogłyby nam zazdrościć.

Jest też sponsor, Rolimpex.

To firma produkująca nasiona do trawy. Bardzo nam pomagają. Mają swoje zakłady na terenie gminy Iława, dlatego zdecydowali się na wspieranie naszego klubu. W latach 90. działali też w Jezioraku, kiedy tam grałem. Ale nie oszukujmy się, nie mamy jakiegoś dużego budżetu, co widać choćby po wynikach. Nie mamy świetnych, jakościowych piłkarzy. Wszyscy w ciągu dnia pracują, za grę w piłkę dostają niewielkie pieniądze, ale tworzymy fajną grupę. Kilku chłopaków dojeżdża z Olsztyna. Dostali siedmioosobowego Chryslera, pomaga nam w ten sposób jeden z serwisów samochodowych. Oczywiście nie jest to nowy samochód wzięty z salonu, kupili jakiś starszy. Jeśli klub rozmawia z zawodnikiem, który ma do nas przyjść, od razu mówią, ile mogą dać. Patrzą na wszystko realnie. Jak ktoś chce więcej, to dziękujemy. Nie ma czegoś takiego jak parę lat temu w Jezioraku: wpiszemy mu tyle, ile powie, najwyżej nie zapłacimy. W czwartej lidze wyglądało to bardzo dobrze, ale trzecia to już dość spora przepaść. Na razie zderzamy się ze ścianą. Na razie tylko jeden mecz przegraliśmy 0:4, reszta to porażki 0:1, 1:2. Jeżeli zmienimy te młodzieńcze, indywidualne błędy, powinniśmy zdobyć trochę punktów.

Widziałem, że przed którymś z meczów wrzucił pan na Twittera zdjęcie fiolki z magnezem i witaminą B6. Można powiedzieć, że chłopaki w niższych ligach mają teraz większą świadomość prowadzenia się niż piłkarze z ekstraklasy dwadzieścia lat temu?

Oczywiście, że tak. Chłopaki przed treningami rozrabiają jakieś odżywki, po treningu też przygotowani – makaron z kurczakiem w pudełeczka, banan w przerwie meczu. Świadomość jest teraz dużo większa niż w moich czasach. Prekursorem tego wszystkiego jest Robert Lewandowski, który wrzucił w świadomość piłkarzy to, że przy odpowiedniej diecie i prowadzeniu się można dużo osiągnąć. Cieszę się, że tylu zawodników bierze z niego przykład. Kiedyś podobne standardy próbował wprowadzać Stefan Majewski. Uważaliśmy go za wariata, bo w Amice Wronki mówił nam o rzeczach, o których nie mieliśmy pojęcia. Bo przecież jakie znaczenie na boisku ma głowa? W czym może pomóc odżywianie? Robiliśmy wielkie oczy, bo to był dla nas kosmos. Kiedyś przed meczem z Pogonią Szczecin Mariusz Kukiełka wypił kawę przed obiadem. Trener to zobaczył i Mariusz w meczu nie zagrał. Była oczywiście wielka obraza, bo to reprezentant Polski, ale według trenera Majewskiego nie można było pić kawy przed meczem, bo źle wpływa na żołądek. Myśleliśmy, że uparł się na Mariusza, a kawa to pretekst, ale trener po prostu wiedział coś, czego my nie wiedzieliśmy. Po latach trzeba przyznać, że miał dużo racji.

Po tej sytuacji kawa przed meczami już się nie pojawiała?

Albo nie pili, albo dobrze się chowali.

Gole po czterdziestce smakują lepiej niż wszystkie strzelane wcześniej?

Gdyby to były bramki zdobywane w ekstraklasie, to na pewno. Mam jeszcze zdrowie, nie mam brzucha. Waga ta sama, z którą kilkanaście lat temu wyjeżdżałem z Wronek. Piłka naprawdę mnie cieszy. Niektórzy pytają, kiedy wreszcie skończę i tak dalej, ale myślę, że mojemu organizmowi wychodzi to na dobre. Bramki nadal sprawiają frajdę, bo dla kogo piłka jest pasją, każda bramka będzie dawała radość.

Nigdy nie pojawiły się myśli o zawieszeniu butów na kołku?

Na razie jeszcze nie. Póki organizm jest zdrowy, czerpię z tego radość, przede wszystkim – nie nękają mnie kontuzje, będę grał jak najdłużej się da. Ostatnio Jarek Bieniuk udzielił wywiadu, w którym pytano go, czy nie żałuje, że tak wcześnie skończył grać w piłkę w Lechii Gdańsk. Powiedział, że przez pierwsze dwa miesiące wydawało mu się, że jest fajnie, bo ma luz i jest wypoczęty, ale po trzech miesiącach stwierdził, że jednak brakuje mu szatni, atmosfery, treningów. A zwykłe bieganie na pewno nie zastąpi kompleksowego treningu piłkarskiego. Niedawno, kiedy byłem z synem na Legii, widziałem się z Arkiem Malarzem. Wiadomo, że bramkarz może grać troszkę dłużej, ale też mówi, że będzie chciał grać jak najdłużej.

To może grający trener?

Dla mnie to nie do pomyślenia. Będąc na boisku otrzymuje się obraz, który całkiem zamydla postać rzeczy. Jeżeli coś robić, to robić dobrze. Połknąłem bakcyla w treningu z dzieciakami, ludzie mówią, że mam dobre podejście. Wydaje mi się, że spróbuję właśnie tego. Seniorska piłka to jednak dużo więcej innych zachowań. Praca z dziećmi jest przyjemna, wywołuje dużo uśmiechu. To mi sprawia na razie frajdę.

Zdarza się opuszczać treningi?

Nie mam żadnej taryfy ulgowej. Przepracowałem cały okres przygotowawczy, mam dobre wyniki badań, z szybkością też nie odstaję.

Rywale w niższych ligach nie szydzą z wieku?

Czasami, przy nieudanym zagraniu, ktoś powie: daj sobie spokój. Ale nie biorę do siebie hejtu, robię swoje. Gdybym miał na to patrzeć, już dawno bym wisiał albo nie grał w piłkę. Bywa też, że ktoś czasami odbił się dość mocno i też powiedział coś niemiłego. Zwłaszcza, że liga jest teraz dość ciężka fizycznie. Ja podchodzę do gry z pokorą, z każdym się po meczu pożegnam, pogratuluję. Jeśli będę widział, że zaczynam odstawać szybkościowo czy wydolnościowo, sam powieszę buty na kołku. Nikt nie będzie mnie wypychał z zespołu.

Nadal jest pan numerem jeden przy rzutach karnych?

Tak.

Został pan wyznaczony, czy sam się wyznaczył?

Ćwiczymy takie rzeczy na treningach. Widzą, że robię to ze spokojem, więc jestem wyznaczony jako pierwszy.

Stawia pan jeszcze przed sobą jakieś cele, choćby krótkoterminowe?

Dwa czy trzy lata temu postanowiłem sobie, że chciałbym jeszcze zostać królem strzelców w jakiejś lidze. Udało mi się z trzydziestoma bramkami w trzydziestu kolejkach.

Teraz jednym z rywali o miejsce w składzie jest Rafał Śledź młodszy o… 24 lata.

Gdy on się rodził, ja grałem już w ekstraklasie. Mógłby być moim synem. Ale nie ma z mojej strony żadnego wywyższania. To mój kolega z szatni, każdy biega tyle samo. Nie ma, że ktoś stoi na boisku. Rafał przyszedł do nas po kontuzjach ze Stomilu Olsztyn. Na treningach wygląda już coraz lepiej i jeżeli będzie w rytmie meczowym, powinien się rozwijać. Materiał na piłkarza jest, ale każdy potrzebuje regularnej gry. Wiem coś o tym po moim pobycie we Wrocławiu. Człowiek dostawał dziesięć minut, chciał się pokazać przez ten czas jak najlepiej, a z tej paniki i chęci zrobienia szybko wielu rzeczy nie wychodziło nic.

Skoro do czterdziestki udało się doczekać na boisku bez najmniejszego problemu, to może uda się też do pięćdziesiątki?

Jeżeli tylko zdrowie pozwoli!

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI (@mateosokolowski)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s