Arkadiusz Madeński z Legii nie zagra już w piłkę. „Chcę kiedyś pokopać piłkę z dzieckiem, a nie jeździć na wózku”

(fot. Legia.net)

Jeżeli w sieci pojawiają się artykuły dotyczące młodych piłkarzy Legii, zazwyczaj dotyczą sukcesów w juniorach, awansów do pierwszego zespołu czy powołań do młodzieżowych reprezentacji Polski. W kontekście Arkadiusza Madeńskiego pisano tylko o powrotach na boisko po kolejnych kontuzjach. Powrotach, które okazywały się chwilowe, bo urazy wracały jak bumerang. Bilans 21-latka to trzy zerwania więzadła krzyżowego i zerwany mięsień czworogłowy w lewej nodze oraz dwukrotne zerwanie więzadła pobocznego w prawej nodze. Kolejnego powrotu do gry, niestety, już nie będzie. – Chcę za parę lat móc pokopać piłkę z dzieckiem, a nie jeździć na wózku. A dalsze granie mogło do tego prowadzić – powiedział Madeński, który w sierpniu podjął decyzję o zawieszeniu butów na kołku.

WSZYSCY Z EKSTRAKLASY, A JA Z… DELTY

Historia piłkarskich początków Madeńskiego została już opisana wiele razy. Jeszcze przed rozpoczęciem nauki w gimnazjum pochodzący z warszawskiego Bródna chłopak trafił na Sadybę, dzielnicę położoną po drugiej stronie miasta. Delta Warszawa. Klub z jednym boiskiem, w którym ponad dekadę temu swoje pierwsze kroki w dorosłym futbolu stawiał Robert Lewandowski. W drużynie rocznika 1996 razem z Madeńskim występowali m.in. Piotr Kurbiel, który ma już za sobą debiut w ekstraklasie oraz w Lidze Europy w barwach Lecha Poznań, Sebastian Szerszeń, który strzela teraz gole dla pierwszoligowego Górnika Łęczna czy Bartosz Koncki, który jako młodzieżowiec rozegrał pełen sezon w bramce II-ligowej Stali Stalowa Wola.

Największy potencjał drzemał jednak w młodym Arku, o którym już wtedy wiedziały osoby odpowiadające za pozyskiwanie młodych zawodników do Legii. – Radek Kucharski ze skautingu Legii mieszkał niedaleko mnie. Jeśli tylko na siebie wpadaliśmy, cały czas zachęcał mnie, żebym zmienił klub. Odkąd poszedłem do gimnazjum zapytania z Legii przychodziły właściwie co pół roku, po każdej rundzie. Wiele razy jeździłem na Legię, spotykałem się z trenerami, rozmawialiśmy. Ale cały czas mówiłem, że do końca gimnazjum chcę zostać w Delcie – wspomina Madeński. To właśnie do małego klubu położonego w sąsiedztwie elektrociepłowni Siekierki regularnie wpływały powołania do młodzieżowych reprezentacji Polski. W prowadzonej przez Roberta Wójcika kadrze w linii pomocy razem z Madeńskim brylowali m.in. Grzegorz Tomasiewicz, Robert Bartczak czy Rafał Makowski. Każdy z nich prędzej czy później otarł się o pierwszy zespół Legii. Na zgrupowania przyjeżdżali też m.in. Paweł Stolarski czy Dawid Kownacki. – Kiedy przyjeżdżałem na kadrę wszyscy byli z klubów ekstraklasowych. Legia, Lechia, Arka. I nagle ja, z Delty Warszawa. Ale trener nie patrzył skąd jestem. Mówił, że to nawet dobrze, że na razie jestem w Delcie, bo cały czas się rozwijam i wszystko idzie w dobrym kierunku – mówi.

– To były najlepsze lata mojego grania. Pamiętam pierwszą bramkę w reprezentacji. Mecz z Irlandią Północną, wygraliśmy chyba 2:1 na wyjeździe. Dostałem piłkę za obrońców, dałem bramkarzowi loba, a piłka odbiła się jeszcze od poprzeczki. W życiu nie czułem czegoś takiego, to było spełnienie marzeń.

Pewnie tylko bramka, którą zdobyłbyś w pierwszym zespole Legii, mogłaby się z tym równać.

Dokładnie, ale tego nie zaznałem. Strzelałem w rezerwach. Też fajne uczucie, ale to nie to samo.

KONTUZJE I OSTATNIA SZANSA W LEGIONOWIE

2012 rok, wiosna. Do zakończenia nauki w gimnazjum – i planowanych przenosin do Legii – zostały ostatnie miesiące. Powołanie do reprezentacji na turniej im. Wiktora Bannikowa na Ukrainie. Kolejna okazja, by pokazać się na arenie międzynarodowej. Mecz z Belgią. Pojedynek z przeciwnikiem, uderzenie w kolano. Zerwane więzadło krzyżowe.

– Po pierwszej kontuzji powrót do treningów zajął mi aż dziewięć miesięcy, ale czułem się bardzo dobrze przygotowany. Kiedy przechodziłem rehabilitację, Legia wykupiła mnie z Delty. Tak, wzięli mnie kontuzjowanego. Czułem, że we mnie wierzą. Chciałem się odwdzięczyć – wspomina Madeński.

Niestety, nie udało się.

– Po dziewięciu miesiącach wróciłem. Trenowałem chyba dwa tygodnie i na treningu, przy jakichś startach, naderwałem mięsień czworogłowy w operowanej wcześniej nodze. Płacz, załamanie. Człowiek ćwiczył tyle czasu i znów musiał pauzować przez trzy miesiące. Wróciłem akurat na okres przygotowawczy. Zaczynaliśmy od testów. Wszystko było w porządku. Pierwszy trening po testach, na zakończenie mała gierka, dziesięć minut. Kontakt bark w bark, uciekło kolano. To samo. Operacja, siedem miesięcy przerwy. Wracam. Pierwszy trening z drużyną, sytuacja jeden na jednego, chciałem zrobić zwykły zwód. Przełożyłem nogę nad piłką, chciałem zmienić kierunek. Kolano znów zostało. Trzeci raz, ta sama noga, znowu sześć miesięcy przerwy. Nie, wtedy nawet osiem. Wróciłem i zacząłem grać w Centralnej Lidze Juniorów, ale szybko przeszedłem do rezerw, do trenera Jacka Magiery. Tam grałem przez całą rundę. Czułem się dobrze. Zaczął się kolejny sezon, byłem świetnie przygotowany, walczyłem o skład. Druga kolejka, mecz ze Świtem. Wszedłem w końcówce i w jednej z sytuacji zerwałem się do piłki. Stanąłem, „odbiło” mi prawą nogę. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Zerwane więzadło poboczne, kolejne pół roku wyjęte. Wróciłem kolejny raz, ale już tylko trenowałem z rezerwami. W Legii chcieli, żebym zmienił otoczenie. Liczyli, że to mi pomoże.

Padło na Legionovię.

Dałem sobie ostatnią szansę. Mówiłem, że zrobię wszystko, żeby znowu się nie rozwalić. Chodziłem na siłownię z trenerem personalnym, dbałem o siebie, dobrze się odżywiałem. Wróciłem do formy i czułem się lepiej niż przed wszystkimi poprzednimi kontuzjami. Szybko strzeliłem pierwszego gola w drugiej lidze. Na początku, za trenera Wieczorka, wchodziłem głównie z ławki. To był dla mnie powrót do normalności. Chciałem się dobrze przygotować i wdrożyć przez pierwsze pół roku, a przełomowa miała być runda wiosenna. Zimą w sparingach strzeliłem z pięć bramek.

Jedną nawet rezerwom Legii.

Pamiętam, że jako jeden z nielicznych zagrałem wtedy cały mecz. Trener chciał, żebym strzelił swojej drużynie gola i się udało. Mogłem jeszcze drugą, ale zabrakło paru centymetrów w bucie.

Byłeś zadowolony, że przypomniałeś się swojemu klubowi?

Nie musiałem się przypominać. Z Legii często dzwonili, pytali. Sam też przyjeżdżałem na rozmowy z trenerami. Oni liczyli na tę rundę tak jak ja.

Zaczęła się dobrze.

Trzy mecze, dwa gole. Niestety, w kolejnym przytrafiła się kontuzja. Znów przy głupim kontakcie. Chciałem podać piłkę do kolegi i łapałem ją na wykroku. Stanąłem na prawej nodze, odbiło mi ją jak z procy i jeszcze zawodnik Polonii Bytom wjechał mi w nią z prawej strony. Byłem już doświadczony, wiedziałem o co chodzi.

Diagnoza – zerwane więzadło poboczne.

KOLEDZY GRALI, JA ZAZDROŚCIŁEM

To było w marcu. W sierpniu Arek napisał na swoim Twitterze, że definitywnie kończy z grą z piłkę.

– To bardzo przemyślana decyzja. Może jeszcze nie dociera do mnie w pełni, że nigdy nie wyjdę na boisko i nie będę grał, ale – patrząc na moje ostatnie lata – przez pięć sezonów pograłem łącznie może przez rok. Reszta to było siedzenie w gabinetach lekarskich. Nie widziałem za bardzo sensu, żeby to dalej ciągnąć. Tym bardziej, że za parę lat chciałbym móc pokopać piłkę czy pobiegać z dzieckiem, a nie jeździć na wózku. Dalsze granie mogło do tego prowadzić.

Lekarze mówili, że tak może się stać?

Nie, ale nie zalecali, żebym dalej ciągnął granie. To była tylko i wyłącznie moja decyzja. Było ciężko, bo przez dwanaście lat robiłem to co kochałem, żeby mieć z tego pieniądze. Czułem atmosferę szatni, dzięki piłce mogłem uciec od jakichkolwiek problemów.

Jak wyglądał typowy dzień kontuzjowanego Arka Madeńskiego?

Wstawałem o siódmej, jechałem na Legię. Jadłem śniadanie z drużyną, potem w gabinecie pół godziny masażu. Ładnie się to nazywa, ale wcale nie było przyjemne. Dalej – siłownia, czasami boisko, jeszcze jakieś interwały. Ludzie myślą, że jeśli ktoś przechodzi rehabilitację, to ruszy dwa razy nogą i ma po robocie. Wcale tak nie jest. Jest dużo momentów kryzysowych, bo siedzisz sam, a koledzy trenują. Przyjeżdżasz później do szkoły, słyszysz jak gadają o treningach, meczach. A ciebie to nie dotyczy. Jesteś sam. Każdy kto tego dozna potwierdzi moje słowa. Ja zdążyłem do tego mocno przywyknąć i jakoś sobie radziłem.

Nie było problemów z ukończeniem szkoły?

Nie było łatwo. Przyjeżdżałem na Legię o ósmej, wychodziłem o dwunastej. Często spóźniałem się na dwie pierwsze lekcje, ale bardzo pomógł mi klub, który załatwił mi osobny tok nauczania. Zdarzyło się, że zostawałem po lekcjach, żeby napisać zaległe sprawdziany. Ze zdawaniem z klasy do klasy nie było żadnych problemów.

Oglądałeś mecze swoich kolegów?

Nie zawsze. Jeśli już to tylko te ciekawsze. Nie lubiłem oglądać chłopaków, bo im zazdrościłem. Oni grają, a ja…

Nie przychodzą ci do głowy myśli, że mogłeś zrobić coś więcej? W jakikolwiek sposób zapobiec temu wszystkiemu, co się wydarzyło?

Chyba po prostu taki mój urok, że nie może być za dobrze. Pół żartem, a tak naprawdę nikt nie wie czemu tak było. Jeśli coś się stanie raz, później idzie dalej, drugi, trzeci. Nie ma reguły, czy będę się super odżywiał, dodatkowo trenował. Teraz tak było. W Legionovii grałem prawie przez cały rok, nie miałem ani dnia przerwy. Przyszła wiosna, zacząłem grać wszystko, od dechy do dechy. I znowu jeden mecz, kontakt z przeciwnikiem. Kolano nie wytrzymało.

Mniej więcej w podobnym czasie o rezygnacji z gry w piłkę poinformował inny legionista, Norbert Misiak.

Mój dobry kolega, razem się rehabilitowaliśmy. Kontuzje łączą ludzi. Musiał podjąć decyzję w ciągu dwóch dni. On generalnie chciał wracać do sportu, ale nie miał za bardzo gdzie. Jedyne co mógł to jakaś czwarta liga, a to bez sensu. Tym bardziej, że umiejętności pozwalały mu grać na wysokim poziomie, a nie jeździć po niższych ligach.

NAJLEPSZY TRENER

Kiedy Madeński grał jeszcze w Delcie zainteresowanie nim wyrażały również kluby zagraniczne. Był na testach m.in. w Karpatach Lwów. Z prezesem Delty, Andrzejem Trzeciakowskim, kontaktował się też Bayer Leverkusen. Do wyjazdu nie doszło, bo był zaplanowany tuż po feralnym zgrupowaniu reprezentacji. Czy gdyby Arek pojechał, zamiast Legii zdecydowałby się na Niemcy? Tego nie dowiemy się nigdy.

– Przychodząc do Legii każdy liczy na to, żeby wyjść na stadion przy Łazienkowskiej i zagrać przy dwudziestu pięciu tysiącach ludzi. Ale każdy też wie, że to nie jest łatwe. Ma być wynik na tu i teraz, a nie promowanie młodych – mówił. Zamiast nazwiska skandowanego z „Żylety” skończyło się tylko na kilkunastu występach i trzech bramkach w III-ligowej drużynie rezerw u Jacka Magiery.

– To niesamowity człowiek. Do dziś mamy kontakt. Jak tylko dowiedział się o mojej ostatniej kontuzji, zadzwonił, zapytał, powiedział, że jak tylko będzie mógł jakoś pomóc mam się do niego zgłaszać. Wcześniej oczywiście dostałem od niego książkę „Szczęście czy fart”. Kiedy wchodziłem do rezerw wziął mnie na indywidualną rozmowę. Byliśmy w restauracji Na Lato, gdzie często zabiera chłopaków. Tam dał mi książkę, napisał dedykację, opowiedział o historii jej powstania. Wróciłem do domu i od razu zacząłem czytać.

Spotkałeś lepszego trenera niż on?

Nie. Nie było ich wielu, ale lepszego nie spotkałem.

Co będziesz robił dalej?

Plany są, ale nie wszystko jest jeszcze pewne. Nie chcę zapeszać.

Nie zagrasz już nigdy? Nawet w niższych ligach?

Zupełnie to wykluczam. Nie chcę wychodzić w czwartej lidze czy okręgówce i ryzykować zdrowia za małe pieniądze albo za darmo. To nie moja bajka. Wierzyłem, że będę grał przynajmniej w pierwszej lidze. Życie zweryfikowało inaczej.

***

– Radek (Kucharski – przyp. red.) mówił, że mimo tej pierwszej kontuzji chce mnie do Legii i wszystko będzie dobrze. W Legii bardzo we mnie wierzyli i włożyli we mnie naprawdę dużo. Jedyne co mogę, to podziękować.

Gdyby nie Legia, za wszystkie zabiegi i rehabilitacje musiałbyś płacić z własnej kieszeni.

Wtedy pewnie zrezygnowałbym dużo wcześniej…

KALENDARIUM ARKADIUSZA MADEŃSKIEGO

wiosna 2012 - pierwsza kontuzja, zerwanie więzadła krzyżowego w lewej nodze
lato 2012 - przejście z Delty Warszawa do Legii w trakcie rehabilitacji
wiosna 2013 - powrót do treningów, naderwanie mięśnia czworogłowego w lewej nodze
sierpień 2013 - powrót do treningów, drugie zerwanie więzadła krzyżowego w lewej nodze
zima 2014 - powrót do treningów, trzecie zerwanie więzadła krzyżowego w lewej nodze
jesień 2014 - powrót do treningów, gra w meczach Centralnej Ligi Juniorów
marzec 2015 - debiut w drużynie rezerw Legii
kwiecień 2015 - pierwsze bramki w rezerwach Legii. Najpierw jedna w meczu ze Startem Otwock (3:2), trzy dni później dwie przeciwko Pilicy Białobrzegi (4:2)
sierpień 2015 - zerwanie więzadła pobocznego w prawej nodze podczas meczu Legii II ze Świtem Nowy Dwór Maz.
kwiecień 2016 - powrót do treningów, ostatni rozegrany mecz w rezerwach Legii
lipiec 2016 - wypożyczenie do Legionovii Legionowo, debiut w II lidze
marzec 2017 - drugie zerwanie więzadła pobocznego w prawej nodze podczas meczu Legionovii z Polonią Bytom
sierpień 2017 - ogłoszenie decyzji o zakończeniu gry w piłkę

WYSŁUCHAŁ I ZREDAGOWAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI (Twitter: @mateosokolowski)

Reklamy

One comment

  1. Powodzenia Arek , podziwiałem Cię w Delcie,to w Delcie Andrzej Trzeciakowski pokazał mi Ciebie i od tej pory kibicowałem Ci ,MASZ TALENT , to było widać już w Delcie i ta …lewa noga, lubię „szmaje” , bo sam …bardzo dawno grałem na tym samym boisku Delty co Ty jako prawy obrońca więc potrafiłem docenić Twoją klasę.
    Pozdrawiam

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s