Tomasz Wełnicki: – U trenera Nawałki nie mogło być „dobrze”. Musiało być „bardzo dobrze”!

fot. Emil Marecki / stomil.olsztyn.pl

Latem niespodziewane ruchy transferowe wykonała Legia Warszawa, która do trzecioligowych rezerw – tworzonych dotychczas wyłącznie przez młodzieżowców – ściągnęła kilku doświadczonych zawodników. Jednym z nich jest sprowadzony z pierwszoligowego Stomilu Olsztyn Tomasz Wełnicki, który od razu po przyjściu na Łazienkowską stał się kapitanem drużyny. W pierwszej tak długiej rozmowie po transferze 27-latek opowiada m.in. o grze przeciwko Roberto Carlosowi, transferze w „pakiecie” z Ilkayem Gundoganem, trenowaniu ze złamaną kością śródręcza u Adama Nawałki czy wiertle, które w czasie operacji pozostawił mu w kolanie lekarz. Zapraszamy do lektury!

Momentem, który ukształtował twoją karierę był wyjazd zagranicę w wieku 16 lat.

Chodziłem do liceum, byłem powoływany do młodzieżowych reprezentacji i poczułem, że w Olsztynie nie będę się dalej rozwijał. Tam nie było żadnej większej piłki. W moim klubie, Warmii Olsztyn, pierwszy zespół grał chyba w czwartej lidze albo w okręgówce. Stomil był dopiero co po upadku, też grał gdzieś niżej, więc nie było dokąd iść. Mogłem ruszyć gdzieś w Polskę, do lepszej akademii, albo wyjechać zagranicę. Moi rodzice pracowali wtedy w Niemczech i pojechałem do nich na wakacje. Potrenowałem sobie wtedy ze swoim rocznikiem w Schalke, bo drugim trenerem był akurat Tomasz Wałdoch. Powiedziałem, że jestem z Polski, że grałem w młodzieżowych reprezentacjach i pozwolił mi na tydzień czy dwa tygodnie treningów. Pamiętam, że w drużynie był wtedy Joel Matip, który gra teraz u Jurgena Kloppa w Liverpoolu. Co ciekawe, był wtedy jednym ze słabszych. Siedział na ławce, rzadko kiedy grał, a teraz robi karierę. Pół roku później pojechałem do Bochum. To były już oficjalne testy, wszystko było zaplanowane. Miałem trenować przez dwa tygodnie, ale już drugiego albo trzeciego dnia powiedzieli mi, że prezentuję się na tyle dobrze, że chcą podpisać kontrakt. Jako szesnastolatek zagrałem w sparingu rezerw z reprezentacją Luksemburga do lat 21. Nie przypomnę sobie wyniku – wygraliśmy, chyba nawet dość wysoko – ale pamiętam, że zagrałem super mecz. Nawet w gazetach były wzmianki, że duży talent z Polski przyjechał do VfL Bochum. Podpisałem kontrakt, wróciłem jeszcze na dwa miesiące do Polski i później przeprowadziłem się na stałe do Niemiec. Grałem w drużynie U-17, ale szybko zostałem przeniesiony do U-19, gdzie drugim trenerem był Dariusz Wosz. Kolejny Polak, którego spotkałem. Dużo mi pomagał. Zwłaszcza na początku, kiedy miałem jeszcze problemy z językiem.

Po jakimś czasie trzech najlepszych zawodników z rocznika, w tym ja, dostaliśmy możliwość treningów z pierwszym zespołem. Dla mnie, chłopaka, który kopał się po czole na pastwiskach w Olsztynie, to było spełnienie marzeń. Razem ze mną poszedł jeszcze Ilkay Gundogan, który gra teraz w Manchesterze City. W końcu nasz trener, Michael Oenning, odszedł i został asystentem w Norymbergii. Zabrał ze sobą Gundogana, chciał też mnie, ale ja poszedłem dopiero pół roku później. Razem z nami poszedł jeszcze jeden zawodnik, Turek Gungor Kaya. Nawet nie wiem, gdzie teraz gra (obecnie jest bez klubu – przyp. red.), ale też miał spory talent.

To był zupełnie inny świat, ogromne zainteresowanie, na pierwszy trening przyszło cztery tysiące kibiców. Trener mówił, że jestem młody i nie może od razu wystawić mnie do gry, ale za dwa czy trzy miesiące dostanę szansę. Miałem okazję zagrać z fajnymi przeciwnikami w sparingach. Na przykład z Fenerbahce z Roberto Carlosem na lewej stronie.

Stałeś w murze przy którymś z rzutów wolnych?

Nie, akurat nie. Fajnie jest przed meczem. Myśli się: o, Roberto Carlos, parę lat temu grał w Realu i był najlepszym lewym obrońcą na świecie, a teraz można zagrać kilka minut przeciwko niemu. Ale już po wejściu na boisku zupełnie nie zwraca się na to uwagi. Pamiętam, że bardzo ciężko trenowaliśmy. Po okresie przygotowawczym musiałem odkręcać się ze dwa miesiące, żeby wrócić do siebie. Było dużo siły, biegania, a samo tempo gry jest też bardzo wysokie. Dla młodego chłopaka to ciężkie do wytrzymania, ale dawałem radę. Byłem taki, że nawet przy jakimś przeziębieniu zaciskałem zęby i trenowałem. Nie wiem, czy wyszło mi to na dobre, ale taki mam charakter. Byłem kilka razy na ławce rezerwowych w Bundeslidze, m.in. na derbach Bawarii z Bayernem Monachium. Nasz kapitan, stoper – Andreas Wolf – miał wtedy jakieś problemy zdrowotne. Dzień przed meczem, w hotelu, przyszedł do mnie trener bramkarzy, Adam Matysek. Mówi: – Tomek, szykuj się na jutro. Możliwe, że Andy Wolf nie będzie mógł zagrać, ty wchodzisz za niego. Ja – mega zajarany. Siedzę w hotelu, jutro taki mecz, siedemdziesiąt tysięcy ludzi na trybunach. Ale tak się stało, że jednak on zagrał, ja zostałem na ławce.

Debiutu w Bundeslidze się nie doczekałeś. Co gorsza, jako stoper nie mogłeś liczyć na zmiany w końcówkach, tak jak u zawodników ofensywnych.

W przerwie między rundami zmienił się trener, przyszedł Dieter Hecking. Pojechałem na urlop, a gdy wróciłem, musiałem trenować z rezerwami. Doszedłem do wniosku, że lepiej będzie odejść i poszedłem do Kapfenberg, do austriackiej Bundesligi. Mniejszy klub, stawiał na młodzież, do tego znałem język, więc było mi łatwiej. Chciałem tam pograć i po roku czy półtora wrócić do Niemiec. Dostałem szansę już w pierwszym meczu i do końca rundy zagrałem siedemnaście razy na osiemnaście możliwych. To był mój debiut na tak wysokim poziomie ligowym w dorosłej piłce. Mój plan po części wypalił, bo zacząłem grać i zostałem na następny sezon. Zaczęliśmy przygotowania, druga albo trzecia kolejka, graliśmy na wyjeździe z Ried. Na początku drugiej połowy miałem pojedynek biegowy, jakieś starcie, gość mnie sfaulował. Coś trzasnęło w kolanie. Zmiana, bo od razu wiedziałem, że nie dam rady grać dalej. Okazało się, że zerwałem więzadła krzyżowe i poboczne, do tego uszkodziłem łąkotkę. Kilkumiesięczna przerwa. To dla młodego zawodnika jest najgorsze, a zdarza się często. Gra, nagle wypada i wszystkie plany trzeba pozmieniać. Do końca sezonu oczywiście nie zagrałem, miałem operację, potem długą rehabilitację. Spadliśmy wtedy z ligi. Kiedy wróciłem do treningów, to był już drugi poziom rozgrywkowy. Na początku trochę meczów w rezerwach, bo trzeba się odbudować, później zacząłem grać w pierwszym zespole. W końcu skończył mi się kontrakt i trzeba było coś zrobić.

Powrót do Niemiec?

Mógłbym podpisać coś w Austrii, a może wrócić do Niemiec. Jeszcze wcześniej był moment, kiedy menedżer załatwiał mi transfer do Dynama Drezno, do 2. Bundesligi w Niemczech. To miała być formalność, bo wszystko było już dogadane z trenerem. Dojechałem na miejsce w niedzielę, od poniedziałku miałem zaczynać treningi. Ale okazało się, że dzień wcześniej przegrali wysoko mecz – cztery albo pięć do zera – i zwolnili trenera. Tego, który zgodził się na mój transfer i z którym wszystko było dogadane. I co? Nieaktualne. Miałem do wyboru: zostać za granicą albo wrócić do Polski. Polska liga zmieniła się odkąd wyjechałem z kraju, rosły stadiony. Pomyślałem, że fajnie będzie wrócić i tutaj pograć.

I padło na Widzew. To było lato 2013 roku.

Tak, pojechałem na testy. Ale klub był już na krawędzi. Były sygnały, że nie ma pieniędzy, oferowali strasznie mało w porównaniu do tego, co miałem zagranicą. Potrenowałem chyba tydzień i pojechałem na Słowenię, na obóz Górnika Zabrze. Trenerem był Adam Nawałka. Trenowałem z nimi tydzień, pograłem w sparingach i trener powiedział, że widzi we mnie potencjał i chce, żebym podpisał kontrakt. Zdecydowałem się. Oczywiście, jak to u trenera Nawałki, musiałem się trochę naczekać, żeby zadebiutować w ekstraklasie. Poza tym miałem też problemy zdrowotne.

Z ręką.

Robiłem wślizg na treningu, ktoś nadepnął mi na dłoń korkiem. Złamałem piątą kość śródręcza. Pamiętam, że to było we wtorek, a wtorki nazywaliśmy w Górniku Dniem Piłkarza. To był dzień, który od rana do wieczora spędzało się w klubie. Przychodziło się o siódmej rano. Badania krwi, śniadanie, trening, analiza, potem drugi trening. Do domu wracało się po dziewiętnastej. Ta sytuacja przytrafiła mi się na początku pierwszego treningu. Poszedłem od razu do fizjoterapeuty, a u trenera Nawałki jest tak, że nie możesz pokazać, że coś cię boli. Trzeba było wstawać i zapierdzielać. Ręka spuchła mi momentalnie, za chwilę była dwa razy większa. Fizjoterapeuta spojrzał i mówi: – Dokończ trening i zobaczymy. Strasznie bolało, nie mogłem biegać, ale dokończyłem. Poszedłem do niego po treningu, spojrzał jeszcze raz. – Kurde, chyba jest złamana kość. Pójdę do trenera i powiem. Przychodzi za chwilę: – Trener mówi, że wychodzisz normalnie na drugi trening, a do szpitala pojedziesz później. A na treningu małe gry, pojedynki. Czyli non stop kontakt z przeciwnikiem. W sumie to nie wiem, czy od razu miałem złamanie z przemieszczeniem, czy pogorszyłem sobie na tym drugim treningu.

Najdłuższym w życiu?

Naprawdę. Jak coś boli jest taki dyskomfort psychiczny, że masakra. Po treningu pojechałem do szpitala, zrobili mi prześwietlenie i okazało się, że jest złamanie z przemieszczeniem. Trzeba operować. Zanim wszystko się zagoiło i zeszła opuchlizna, pauzowałem ze dwa miesiące. Wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, bo w międzyczasie Adam Danch doznał poważnej kontuzji. Mógłbym wskoczyć za niego do składu, grać i budować już swoją markę, a przez tę rękę nie mogłem. W końcu trener Nawałka zawołał mnie przed którymś meczem i mówi: – Jak jest? Ja mówię, że dobrze. A u trenera „dobrze” to było za mało – musiało być bardzo dobrze. Trener: – Ej, ej, ej! Ja mówię:

– Bardzo dobrze, trenerze.
– I to mi się podoba, szykuj się na dzisiaj.

Wchodzę do szatni, jest moje nazwisko, gram. To był mecz z Cracovią. Przegraliśmy 0:1, ale dobrze mi się grało. Trener też zadowolony, przybił piątkę, mówi, że super mecz. Tydzień później już nas nie prowadził, bo odszedł do reprezentacji. Ja następny mecz zagrałem z Lechem Poznań. Powinniśmy do przerwy prowadzić 3:0, ale strzeliliśmy tylko jednego gola. Do tego przed przerwą kontuzji doznał Boris Pandża, drugi stoper, z którym świetnie mi się grało. Druga połowa – całkiem inny zespół, przegraliśmy 1:3. To był roller coaster. Zmieniali się trenerzy, mnie prowadziło czterech. Po Nawałce jeszcze Bogdan Zając, Wieczorek i Warzycha.

Sześć meczów w ekstraklasie, czterech trenerów. Jak trener Nawałka odszedł, wszystko się zmieniło.

Rozumiem, że nie na lepsze?

Nie, no nie. Widać, jaką robotę robi teraz w reprezentacji. Zagraliśmy mega jesień, ale później wszystko się pozmieniało. Skończyliśmy w ósemce, ale wyglądało to już słabiej.

Powiedziałeś kiedyś, że gdyby do polskiej ligi przyszedł zawodnik taki jak Ty – mający około 20 meczów w ekstraklasie w Austrii – ale nie był Polakiem, od razu byłby postrzegany jako gwiazda.

Są zawodnicy, którzy mają inny paszport i w Polsce z góry traktuje się ich lepiej. Więcej zarabiają, chociaż często prezentują gorszy poziom od Polaków. W Niemczech obcokrajowiec musi być dużo lepszy niż Niemiec, żeby grać. U nas jest tak, że przyjdzie byle jaki obcokrajowiec i już gra, często kosztem młodych Polaków. Takie mam zdanie i nie boję się go wypowiadać.

Pamiętasz jeszcze, w jaki sposób dowiedziałeś się o skreśleniu z listy zgłoszonych do rozgrywek?

Z Internetu. Ale tak się złożyło, że za tydzień czy dwa musiałem zagrać mecz na Zawiszy i wyszedłem od początku na prawej obronie, bo Paweł Olkowski miał chyba kontuzję. Fajnie grałem, ale w drugiej połowie dostałem czerwoną kartkę, na którą nie zasłużyłem. Nawet pan Sławek w Lidze+ Extra mówił, że tam nie było faulu, że sędzia się pomylił. I od razu byłem postrzegany inaczej. Jako ten, który osłabił drużynę. Nie liczyło się już to, że wyłączyłem z gry Luisa Carlosa, na którego grałem wcześniej.

Łukasz Nawotczyński wspominał, że trener Nawałka potrafił ukarać piłkarzy za… zatrzymanie się podczas spaceru. Jak wyglądała dyscyplina w Górniku?

Wszystko musiało być tak jak chciał trener. Jeśli jest minuta przerwy w gierce na treningu, nie można stać. Trzeba się ruszać, robić skipy, wykroki, rozciągać się. Na przedmeczowych zgrupowaniach przed śniadaniem było zawsze pięć minut spaceru. Nie było tak, że ktoś przyjdzie od razu z pokoju na śniadanie. Zawsze trzeba było wyjść i zrobić sobie ten spacer. Dyscyplina była jak w wojsku, ale w tym przypadku to się sprawdziło, mieliśmy wynik. Ja miło wspominam ten okres. Pamiętam, że na rozgrzewkach przed meczami podstawowa jedenastka grała gierkę pięciu na pięciu, a dwóch rezerwowych wchodziło na bandy. Zawsze była wywieszona kartka z informacją, kto ma być na bandach. Graliśmy jakiś sparing, zaczyna się gierka, jeden zawodnik poszedł na bandę, a drugi chyba zapomniał przeczytać i się nie zorientował. Ja akurat podchodziłem do ławki, kładłem koszulkę i ochraniacze, trener mówi:

– Wełnicki, na bandę.
– Ale ja nie jestem wyznaczony.
– No to już, kurwa, jesteś!

Rafał Kosznik był zawodnikiem na miarę reprezentacji?

Pamiętam, że w tamtym czasie bardzo dobrze grał na lewej obronie. Nie mi oceniać, czy jest na kadrę czy nie. Mówili, że Mączyński też nie jest na kadrę. Trener lubił na kogoś postawić i go trzymać. Ja nie grałem w Górniku z Milikiem ale było przecież tak, że postawił na młodego, który w kilku pierwszych meczach nie strzelił nic. Tak się właśnie buduje zawodników. Tak samo było potem z Mateuszem Zacharą. Dostał szansę, zaczął dobrze grać, strzelał gole i odszedł zagranicę. Czasami mówi się, że komuś nie wyszło, bo nie miał szczęścia. Ale we wszystkim jest ono potrzebne. Czasami, żebyś zaczął grać, ktoś musi doznać kontuzji. Albo musisz trafić na trenera, który na danej pozycji zobaczy akurat Ciebie, a nie kogoś innego.

Czułeś, że gdyby Nawałka został w Górniku postawiłby na ciebie?

Bardzo żałuję, że odszedł. Wydaje mi się, że po meczu z Cracovią miałbym u niego większy kredyt zaufania. Dzisiaj jestem zadowolony i nie patrzę na to, że ktoś, z kim grałem, gra teraz gdzieś indziej i zarabia miliony. Wiem, że miałem potencjał i mogłem grać wyżej, ale miałem kontuzje. Później drugi raz zerwałem więzadła, a lekarz podczas operacji zostawił mi w kolanie wiertło o długości półtora centymetra.

Jak to się stało?

Byłem już w Stomilu Olsztyn. Graliśmy mecz, pojedynek powietrzny, obróciłem się w powietrzu i kiedy spadłem na ziemię, uciekło mi kolano. To samo, co poprzednio, za pierwszym razem. To była 44. minuta. Wstałem, gwizdek na przerwę. W szatni cały czas dotykałem kolana, robiłem przysiady. Mówię do masażysty: oklej mi te kolana taśmą. Trener pyta, czy dam radę. Ja mówię, że dam. Wyszedłem na drugą połowę, czułem, że kolano nie trzyma. Nie mogłem się skoncentrować na grze, było czuć, że noga jest po prostu luźna. Pograłem może jeszcze z piętnaście minut.

I tak długo jak na zerwane więzadło.

Mieliśmy rzut rożny w defensywie. Miałem wyznaczone indywidualne krycie, na Antka Łukasiewicza. Znajomy z Górnika. Ruszył do wrzutki, ja za nim. Zrobiłem krok i kolano tak mi uciekło, że nie utrzymałem już równowagi. Od razu do zmiany. Wiedziałem już, o co chodzi. Załamka, bo to drugi raz. Lekarz sprawdził i powiedział, że kolano przecież jeszcze trzyma. A ja wiedziałem, że trzymają je mięśnie, które były jeszcze rozgrzane. W Olsztynie zrobili mi rezonans, ale lekarz nie potrafił określić, czy więzadło jest zerwane. Zdenerwowałem się i pojechałem do Niemiec, do Augsburga. Za wszystko zapłaciłem z własnej kieszeni, chyba z 1500 euro. Od razu powiedzieli, że trzeba operować. Przyjechałem do Warszawy na operację. Znieczulenie w kręgosłup, normalnie rozmawiałem z lekarzem. Pamiętam, że w pewnym momencie zacząłem latać po stole na prawo i lewo, lekarz coś szarpał, z czymś się męczył. Zacząłem się denerwować i mnie uśpili. Okazało się, że podczas operacji ułamało się wiertło i zostało w kolanie. Lekarz chciał je wyciągnąć, ale nie dał rady i zostawił.

Tak po prostu?

Byłem już wybudzony. Przychodzi lekarz: – No, panie Tomku, operacja się udała, ale jest jeden problem. Nie wiem jak to się stało, niemiecki sprzęt! Ułamał się kawałek wiertła, za cholerę nie mogłem go wyciągnąć i zostawiłem to w kolanie, ale nie będzie w ogóle przeszkadzało! Jak pan będzie chciał, za parę miesięcy wyciągniemy to na koszt kliniki. I rzeczywiście – nie czułem, że coś tam jest. Pojechałem za trzy miesiące na kontrolę i pytam: co z tym wiertłem? – Ja mogę to wyciągnąć, ale radziłbym nie, bo trzeba będzie znowu rozcinać nogę i rekonwalescencja się przedłuży. A to nic nie będzie przeszkadzało, ja za to ręczę. No dobra. Dochodziłem do formy, zagrałem końcówkę sezonu, poszedłem do Zawiszy. Początek udany. Podczas jednego z meczów biegłem, wyprowadzałem sprint i bez żadnego kontaktu z przeciwnikiem więzadło znów walnęło. Okazało się, że przez cały czas robił się jakiś stan zapalny.

Przez to wiertło?

Nikt mi tego dosłownie nie powiedział, ale lekarze, do których chodziłem później, znacząco kiwali głową. Wiadomo, że to był jakiś błąd w sztuce. Więzadło zerwane trzeci raz, trzeba było operować.

Domyślam się, że już nie u tego samego lekarza.

Doktor Jaroszewski się tego podjął. Rozmawiałem z nim podczas operacji i w pewnym momencie powiedział, że dzisiaj już chyba tego nie skończymy. Z godzinę się męczył z tym wiertłem, ale w końcu udało mu się je wyciągnąć. Kamień spadł mi z serca. Do tej pory jest OK, nic nie boli, gram. Oby tak dalej. Wiadomo, że gdyby nie kontuzje, mógłbym grać dużo wyżej. Czasami czytam w wywiadach czy różnych biografiach, że ktoś doznał kontuzji, zerwał więzadło i nie wrócił już do sportu. Wtedy tylko się uśmiecham, bo miałem to trzy razy i wróciłem. Jeżeli znajdzie się kiedyś choć jedna osoba, która w trudnej chwili pomyśli o mnie i powie sobie „on miał trzy razy zerwane i gra, więc ja też się nie poddam”, będę czuł się szczęśliwy.

W Zawiszy straciłeś nie tylko czas, który zamiast na grę poświęciłeś na rehabilitację, ale też pieniądze.

W Bydgoszczy bardzo mi się podobało. Fajna drużyna, warunki do treningu, stadion też. Tylko szkoda, że pusty. Mieliśmy w szatni mega atmosferę, ale częste zmiany trenerów nie sprzyjały zespołowi. Zaczął Rumak, który już wcześniej chciał odejść z klubu. Z niewolnika nie ma pracownika. Przejął nas Hermes, później doszedł trener Bartoszek. Wyeliminowaliśmy Śląsk Wrocław z Pucharu Polski i wszyscy myśleli, że teraz wszystko ruszy i zagramy o awans. Kiedy przyjechaliśmy na pierwszy trening po przerwie zimowej okazało się, że Hermesa i Bartoszka już nie ma. Dziwne decyzje. Wszyscy wiemy, jak później potoczyły się losy Zawiszy. Pensje, których nie otrzymaliśmy, są już nie do odzyskania. To kolejny problem w polskiej piłce. Nigdy nie spotkałem się, żeby w Austrii czy w Niemczech były jakieś zaległości w płaceniu. Na pieniądze z Górnika czekałem później czternaście miesięcy, a w Zawiszy za cztery miesiące nie dostałem w ogóle.

Teraz ci to nie grozi.

Legia to poukładany klub, wszystkiego mamy pod dostatkiem. Sprzęt do regeneracji, warunki do treningu na europejskim poziomie.

Może po raz drugi do ekstraklasy trafisz właśnie taką, okrężną drogą?

Po kontuzjach nie mówię sobie już, że muszę, muszę, muszę. Cieszę się, że gram w piłkę. Postanowiłem pójść trochę inną drogą, bo nie ma złotego środka na karierę. Wydreptuję swoją ścieżkę i zobaczymy, gdzie mnie ona poprowadzi.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI
Obserwuj autora wywiadu na Twitterze: @mateosokolowski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s