Bartosz Osoliński: – Śmieją się, że 200 meczów w pierwszej lidze powinienem zamienić na jeden w ekstraklasie

fot. Hutnik Warszawa Oficjalnie (Facebook)

Na mazowieckich boiskach to prawdziwa legenda. Wychowanek CWKS Legii Warszawa, który przez wiele lat był czołowym zawodnikiem Znicza Pruszków i Dolcanu Ząbki. Porozmawialiśmy o założeniach taktycznych trenera Janusza Wójcika przy stałych fragmentach gry, o Piotrze Świerczewskim wyciskającym sok z cytryn czy o jednym z piłkarzy z Afryki, który po treningach dorabiał sobie… naprawiając kolegom buty. Zapraszamy do lektury długiej rozmowy z Bartoszem Osolińskim, który podjął decyzję o zakończeniu gry w piłkę na wyższym poziomie i od nowego sezonu reprezentuje barwy Hutnika Warszawa w lidze okręgowej.

– Od dwóch tygodni normalnie pracuję. Zawsze wyglądało to inaczej. Wstawałem rano, trening, a później – jeśli nie było drugiego treningu – wolne popołudnie. W pierwszej lidze nie zarabia się tyle, żebym mógł odłożyć na resztę życia. Wiedziałem, że prędzej czy później będę musiał pracować. Docelowo chciałbym być trenerem, a na razie, tak jak kilku chłopaków z Hutnika, pracuję w firmie u prezesa klubu. Kosmetyki, perfumy. Czego mogę chcieć więcej, skoro to moja pierwsza normalna praca? Stamtąd, jak mam chwilę, idę do domu coś zjeść i na trening. W piłkę grałbym tak czy siak. Jeśli nie w Hutniku, to gdzieś w szóstkach.

Jak doszło do tego, że znalazłeś się właśnie w Hutniku?

Może trochę nienaturalnie. Nie myślałem, że tak się to potoczy. Kosztowało mnie to mnóstwo przemyśleń i trochę nerwów, ale po ostatniej przygodzie w Olimpii Zambrów podjąłem decyzję o zakończeniu z poważniejszą piłką. Nie udało nam się utrzymać w drugiej lidze, do tego było sporo kłopotów organizacyjnych. Nie chciałem wyjeżdżać daleko w Polskę, żeby grać na trzecim czy czwartym poziomie rozgrywek i użerać się o swoje pieniądze. Mam już 29 lat i plany, żeby założyć rodzinę i pozostać w Warszawie. Jestem stąd, z Bielan, więc zdecydowałem się na przejście do „Huty”. Wiem, czego mogę się tutaj spodziewać. Nie oczekuję, że na każdym treningu będzie osiemnastu ludzi, że boisko będzie świetnie przygotowane, że umiejętności będą na najwyższym poziomie. Wystarczy, że chłopaki będą zaangażowani. A z innymi sprawami problemu nie ma – sprzętu nie brakuje, mamy sztuczne boisko na jesień i zimę. Poza tym nigdy wcześniej nie strzeliłem trzech goli i nie zaliczyłem trzech asyst w jednym meczu na poziomie seniorskim, a teraz mi się to udało.

Warunki do treningów są lepsze niż w Zambrowie?

Nie chciałbym mówić o samych negatywach, ale rzeczywiście – był taki moment w zimowym okresie przygotowawczym, że kilku chłopaków miało urazy przeciążeniowe. Pierwszy bramkarz miał kontuzję Achillesa, drugi był w klasie maturalnej i musiał chodzić do szkoły. Na treningach było czternastu czy piętnastu ludzi. Efekt był taki, że spadliśmy z ligi. Siedzi we mnie zadra, że nie dało się zrobić więcej. Wina leży po obu stronach, bo nic tam nie zagrało. Ani organizacyjnie, ani sportowo.

Drużyna już od początku była budowana dość chaotycznie.

W Zambrowie miała powstać spółka, byłem na rozmowach z kobietą z Warszawy, która miała przejąć klub. Wcześniej rozmawiałem z kilkoma osobami z Mazowsza i każdy zapewniał, że będzie w porządku. Dogadałem się na finanse, podpisałem deklarację amatora i dwa dni później zagrałem w Pucharze Polski z Tychami. Wygraliśmy z zawodnikami takimi jak Grzeszczyk, Świerczok czy Gancarczyk. Po dwóch czy trzech tygodniach okazało się, że spółki nie będzie, nie doszło do podpisania jakichś umów. Pieniędzy, które były zadeklarowane, nikt przez dwa miesiące nie dostał. Potem klub przejęło stowarzyszenie, ale tutaj nie można już było rozmawiać o takich samych kwotach. Miałem podpisaną deklarację amatora, więc mogłem albo zgodzić się na ich warunki i grać, albo przez pół roku nie grać w ogóle. Nie mogłem sobie na to pozwolić po sytuacji w Dolcanie, gdzie pieniądze nie zostały wypłacone, a oszczędności szybko się rozeszły. Później byłem w Siedlcach, ale tam kontrakt podpisałem trzy dni przed pierwszym meczem rundy wiosennej i pieniądze były takie, żeby przeżyć i mieć za co dojeżdżać do Siedlec. Mimo tych wszystkich problemów zespół w Zambrowie był naprawdę ciekawy i w pewnym momencie, przy trenerze Rzepce, odpaliliśmy i zdobyliśmy trochę punktów. Ale tak naprawdę to był wynik ponad stan. Była sytuacja, że jadąc na mecz z Siarką do Tarnobrzega wjeżdżaliśmy na stadion pięć minut przed pierwszym gwizdkiem, bo przeliczyliśmy się z czasem i trafiliśmy w jakiś korek. Szybka rozgrzewka, powrót do szatni i mecz. W rundzie jesiennej zrobiliśmy wynik ponad stan. Później trener nie miał materiału ludzkiego, może też dobrał złe metody. Było dużo sali, materace, piłki lekarskie. Chociaż jakbyśmy po czymś takim odpalili, wszyscy mówiliby, że to super metody, więc jestem daleki od oceniania. Powiedziałem kiedyś w szatni, żebyśmy wzięli sobie do serca jedną rzecz. Wszyscy myślą, że człowiek spadnie z ligi, ale strzelił parę goli, miał parę asyst, więc od razu ustawią się po niego w kolejce inne kluby. A prawda jest taka, że po czymś takim łatwo można szukać pracy, ale w Biedronce. Nie ma czegoś takiego, że po chłopaków z Zambrowa nagle stanie kolejka. Tylko Fabian Piasecki miał od groma propozycji, ale strzelił kilkanaście goli i jest z rocznika 1995.

Po Ciebie nikt z pierwszej czy drugiej ligi się nie zgłosił?

Były jakieś zainteresowania, w kilku klubach mogłem być drugim wyborem. Były telefony ze Znicza Pruszków, ale żadnych konkretów, luźna rozmowa. Miałem też kontakt z prezesem Szczęsnym z Dolcanu Ząbki, ale się nie dogadaliśmy. Ja też nie jestem taki, żeby dzwonić po ludziach i prosić, czy mógłbym przyjść i potrenować.

Z brakiem ładu jak w Zambrowie nie zetknąłeś się pewnie nigdy wcześniej.

Grałem z chłopakami takimi jak Piotrek Klepczarek, u którego w co drugim klubie były problemy. Tylko Dolcan trafił mu się na normalnych zasadach. U mnie Zambrów to była pierwsza taka sytuacja. W Dolcanie czy w Zniczu wszystko było dopięte. Jak przychodziłem do Pruszkowa trenowaliśmy wprawdzie na orlikach, ale tylko dlatego, że nie było innego boiska niż główne. Mimo tego to był trening na normalnym, wysokim poziomie piłkarskim. Wcześniej był jeszcze CWKS Legia, gdzie grałem w okręgówce i treningi na piachu na Fortach Bema.

Tam wszystko się zaczęło.

Zaczynałem jako ośmiolatek. Jak jeździłem na treningi, musiałem wysiąść z autobusu przy Fortach Bema. Przystanek był na żądanie, a ja nie sięgałem, żeby nacisnąć przycisk w autobusie. Musiałem za każdym razem kogoś o to poprosić, żebym nie musiał drałować kilometr z następnego przystanku przy Cmentarzu Powązkowskim. I tak nie raz się to zdarzało, bo albo nikt nie usłyszał mojej prośby o naciśnięcie przycisku, albo sam o tym zapomniałem. Później trenowałem w roczniku 1987 u trenera Ojrzyńskiego, a potem przyszedł trener Podoliński. Trenowaliśmy na piachu, ale tylko wtedy, kiedy nie było starszych roczników. Jeśli na boisku nie było miejsca, szukało się kawałka trawy, ustawiało bramki z pachołków i prowadziło trening. Bywały mecze, kiedy grałem połówkę w okręgówce, w seniorach. W przerwie rodzic któregoś z juniorów czekał w samochodzie i jechałem na drugi mecz, żeby zagrać połówkę w juniorach. Często grałem też w szóstkach. To było już w Zniczu. W niedzielę mieliśmy mecz w Paradyżu, a ja w sobotę grałem w żoliborskich szóstkach na Włościańskiej. I rozcięli mi łuk brwiowy, dostałem łokciem. Zadzwoniłem do Ojrzyńskiego i powiedziałem, że na osiedlu chcieli mnie okraść, była szarpanina i mam rozcięty łuk, ale mogę grać. Skleiłem sobie wszystko plastrami i następnego dnia normalnie zagrałem.

Pamiętam też jeden z obozów w CWKS-ie za trenera Ojrzyńskiego. Chciał sprawdzić jak zareagujemy w sytuacji, kiedy będzie awantura z jakąś inną grupą – jak zareagujemy, czy jeden pójdzie za drugiego. W ośrodku zostały wyłączone korki, a paru chłopaków – pewnie wtajemniczonych wcześniej przez trenera – zrobiło trochę hałasu. Jeden z kolegów, Arek Kolasiński, odwracał już stół i odkręcał nogę, żeby mieć się czym bronić. Później było z tego dużo śmiechu.

Stamtąd poszedłeś do Znicza.

Były jeszcze testy w Cracovii. Trener Stefan Białas był kiedyś dyrektorem sportowym w CWKS. Kiedy kończyliśmy wiek juniora, zaprosił mnie i mojego kolegę z drużyny – Darka Rolaka – na testy do pierwszego zespołu. Z Warszawy był jeszcze Piotrek Petasz. Pojechaliśmy na dwa tygodnie do Krakowa, a ja od razu podpadłem nieświadomie Piotrowi Nowakowi. Nie było go na pierwszym treningu, a pani wydająca sprzęt dała mi jego rzeczy. Jak przyszedł, nie miał w czym trenować. W Cracovii powiedzieli mi, że są zainteresowani, ale druga drużyna grała na piątym poziomie rozgrywkowym i lepiej, żebym pograł gdzieś w swoim regionie, a oni dalej będą mnie monitorować. Wiesz: zadzwonimy, ale ja nie mam telefonu. Monitorują do dzisiaj. Po dwóch tygodniach wróciłem i pojechałem na trening do Legii. Tego samego dnia, kiedy Robert Lewandowski dowiedział się, że nie przedłużą z nim kontraktu. Pamiętam, że po treningu wracaliśmy Matizem z jego mamą. Równocześnie dostałem telefon od Andrzeja Blachy, ówczesnego trenera Znicza. Powiedział, że chce mnie u siebie i jeszcze tego samego dnia pojechałem do Pruszkowa. Siedzę w szatni, a tutaj… „Lewy” wchodzi z torbą. Oboje zostaliśmy w Pruszkowie. Fajna drużyna, dużo młodych chłopaków. Igor Lewczuk, bracia Rybaczukowie, Radek Majewski, Daniel Kokosiński, Bartek Wiśniewski. Teraz drużyny kombinowały, żeby znaleźć jednego młodzieżowca do gry, a u nas wtedy młodzieżowców w wyjściowej jedenastce było pięciu czy sześciu. Na zapleczu ekstraklasy też napędziliśmy niektórym stracha. W międzyczasie był jeszcze trener Janusz Wójcik, też ciekawe historie.

Dawaj.

Wiadomo, barwna postać. Prowadził nas w trzech ostatnich kolejkach, z Pelikanem, Kmitą i Podbeskidziem. Późna jesień, boisko średnio przygotowane. Na Zniczu mieliśmy szatnię na hali. Trener twierdził, że w Europie już nikt nie rozgrzewa się na boisku. Wychodzą tylko na koniec, żeby sobie pouderzać. I gramy mecz u siebie. Rywale idą w rękawiczkach na rozgrzewkę, a my na halę. Oni schodzą, a my na boisko, żeby uderzyć sobie dwa razy. Gramy z Pelikanem. Przed meczem pytamy:

– Trenerze, jak kryjemy przy stałych fragmentach?
– A co to, kurwa, Real Madryt jest? Każdy swojego!

Dwa stałe fragmenty, dwie stracone bramki. Inna sytuacja, znoszenie bramek po treningach. Noszą wszyscy. Idziemy po bramkę, „Lewy” też, a trener do niego: – Zostaw ją, gdyby nie ty, oni by na lody nie mieli! Ale Robert nie posłuchał i oczywiście poszedł z nami. Póżniej był trener Grembocki, też ciekawa postać. Na odprawach często powtarzał nam, że jeżeli na stole w kuchni leżą jabłka i jedno jest zgniłe, to zaraz wszystkie się zarażą. A on to zgniłe jabłko od razu wypatrzy i wyrzuci. Pewnie tak jest, że jeśli jedna osoba sieje ferment, bo nie gra, czy coś jej nie pasuje, od razu ktoś to podłapie i robi się niezdrowa sytuacja. Może chciał czemuś takiemu zapobiec. Gdyby wiosną na Podbeskidziu Igor Lewczuk strzelił gola na 1:0, gralibyśmy w ekstraklasie. Ciekawe, jak wtedy wszystko by się potoczyło. Robert na pewno by został w Pruszkowie, bo wyjściowe szanse na grę miałby na pewno większe niż gdziekolwiek indziej i pewnie niczego by nie szukał. Kto by pomyślał, że najlepszym wyborem będzie pójście do trenera Smudy, który nie stawia na młodych zawodników?

Po wpisaniu w Google twojego imienia i nazwiska pojawia się artykuł z Faktu. „Bartosz Osoliński wciąż utrzymuje kontakt z Robertem Lewandowskim”.

Ma grupę swoich najbliższych przyjaciół, mnie w tym gronie nie ma. Cieszę się, że mogę powiedzieć, że jak spotkam go na ulicy to się ode mnie nie odwróci. Widzieliśmy się parę razy od tamtych czasów. Byłem u niego na meczu w Monachium, byłem zaproszony do nich na wesele. Znamy się też z Anią, studiowaliśmy razem. Robert mieszkał na Wrzecionie, jeździliśmy razem z nim i Norbertem Jędrzejczykiem na treningi. Zawsze, kiedy Robert dokona jakiegoś większego wyczynu dostaję sporo telefonów, żeby się wypowiedzieć.

fot. Hutnik Warszawa Oficjalnie (Facebook)

Robert poszedł do Lecha, ty zostałeś w Zniczu jeszcze na kilka lat. Z ciekawszych postaci spotkałeś m.in. Piotra Świerczewskiego, trenera w rundzie wiosennej 2010/11.

Prowadził zespół w taki sposób, w jaki grał. Nie z książki z ćwiczeniami. Mieliśmy na przykład bieganie po schodach, bo uważał, że to potrzebne na moc. Zawsze w czwartki, dwa dni przed meczem, był taki akcent. Do tego dużo nawrotów, startów. Nie biegaliśmy dookoła, bo tego nie robi się na boisku. Mieliśmy dwa treningi dziennnie, a on nie jeździł między zajęciami do domu, bo nie opłacało mu się czasowo jechać z Pruszkowa na Wilanów i z powrotem. Pojechał do jakiegoś sklepu, kupił dwa pompowane materace, nadmuchał na balkonie i rozwalał się tam bez koszulki. Do tego nawodnienie. Trener nie uznawał odżywek i twierdził, że najlepiej nawadnia woda z cytryną. No to kupił kilo cytryn, wycisnął i pił. Odprawy wyglądały bardzo naturalnie. Wychodził z założenia, że piłka nożna jest ważna, ale są przecież ważniejsze sprawy. Kiedy jechaliśmy na wyjazd, przychodził do nas na tył autokaru i opowiadał swoje historie z Francji. Mówił: – Nie chcę tam siedzieć z przodu, bo tam wszyscy napięci, boją się, że jakieś punkty możemy stracić. Przecież są ważniejsze rzeczy od piłki!

Tak jak u Emmanuela Ekwueme?

Do środy na pewno. W poniedziałki i wtorki zawsze coś go bolało, trenował dopiero od środy. Przez chwilę w Zniczu był też jego brat, Lucky, ale nie wiem, czy przez pół roku odezwał się ze dwa razy. I Charles Nwaogu, który robił super buty. Jak ci się rozwalały, dawałeś Charlesowi piętnaście złotych i robił lepiej niż szewc. Przynosił tak obszyte, że jeszcze sezon można było w nich grać. Charles miał swoje pomysły. Lubił sobie na przykład dołożyć obciążeń. Jednego dnia mówił, że jest zmęczony, a następnego wisiał przywiązany na gumie do latarni i robił sam z siebie jakieś skipy czy inne ćwiczenia. Albo żonglował piłką lekarską.

CWKS Legia, Znicz, Dolcan, Pogoń Siedlce… Jeśli chodzi o Mazowsze, brakowało chyba tylko Polonii. Było kiedykolwiek coś na rzeczy?

Oficjalnie nie. Ale kiedyś w Orange sport był pasek z wiadomościami, na którym pojawiła się informacja, że Polonia Warszawa jest zainteresowana Osolińskim i Leszczyńskim z Dolcanu. Odebrałem trochę telefonów, wszyscy zdziwieni, bo ja przecież wychowany na Legii. Później graliśmy sparing z Polonią w Milanówku, wygraliśmy chyba 3:1. To było już za czasów Ireneusza Króla. Wtedy pojawiły się jakieś domysły, bo nawet „Gołąbek” (Daniel Gołębiewski – przyp. red.) powiedział mi, że chodzą w Polonii słuchy, że mam przyjść. Ja tam niczego nie wiedziałem. Jeśli chodzi o ekstraklasę, najbliżej mi było do Korony Kielce. Jeden menedżer obiecał, że wszystko mi załatwi, ale musiałbym zgodzić się na mnóstwo prowizji. Od wszystkiego. Nie tylko za podpisanie, ale z każdego miesiąca z pensji, z premii, ze wszystkiego. Nie poszedłem na to i temat umarł. Teraz pewnie bym to zaakceptował, może miałbym chociaż jeden mecz w ekstraklasie.

A propos Polonii, pamiętasz, co zrobiłeś Damianowi Jaroniowi, który na jeden z treningów Dolcanu przyszedł w koszulce Polonii?

Wyciąłem mu herb. Dogryzaliśmy sobie. On zadeklarowany kibic Polonii, ja Legii. Pamiętam, że bardzo się nie zezłościł.

Atmosfera w szatni była chyba mocną stroną ówczesnego Dolcanu.

Fajne było to, że każdy mógł kręcić szyderę z każdego. Nie było tak, że młody ze starego nie mógł. Było od groma charakterystycznych postaci. Bardzo dużo zbudowaliśmy na atmosferze, do tego mieliśmy bardzo fajny pomysł na granie, który po trenerze Podolińskim był kontynuowany przez trenerów Sasala i Dźwigałę. W Ząbkach każdemu pracowało się super. Można zobaczyć, ilu zawodników trafiło stamtąd do klubów z ekstraklasy.

Albo z ekstraklasy. Z samej Legii – mnóstwo, na wypożyczenia.

Kluby podpisały porozumienie i tak musiało być. Wiadomo, że najlepsi zawodnicy, którzy nie będą mieli szansy gry w Legii, pójdą do innego klubu ekstraklasy typu Ruch. Później do Sosnowca, bo lepsze zaplecze finansowe. Reszta trafiała do nas. Michał Bajdur, Cichocki, Wieteska, Mikita, Kamil Mazek. Każdy w jakiś sposób odpalił. Mazka wszyscy skreślili w Legii, a przy trenerze Podolińskim i jego ustawieniu z trójką obrońców miał takie pole do popisu ze swoim gazem, że ludzie zobaczyli, że to jeden z szybszych zawodników w polskiej lidze. Nie wiem jak u niego z podejściem; czy jest sfokusowany na osiągnięciu jak najwięcej czy po prostu, niech będzie tak jak jest.

Tak jak u Mikity?

Wiem, że pozmieniały mu się priorytety, urodziło się dziecko. Kto powiedział, że jakby był ułożony, grałby lepiej? Na treningu miał luz, wyprawiał takie rzeczy, że można było zastanawiać się: co on tutaj robi? Ale przychodził mecz i ten luz mu przeszkadzał. Nie możesz pozwolić sobie na to, żeby młody chłopak nie walczył o piłkę w czasie meczu. Parę razy dostał za to burę. Ciężko miał u nas Wieteska, bo w obronie byli Sawala, Klepczarek i Petasz. W dodatku rzadko mógł przepracować z nami pełne dwa tygodnie, bo co chwilę wyjeżdżał na kadrę. W szatni usiadł obok mnie. Zadzwonił do mnie Tomek Feliksiak, z którym grałem w Zniczu. Tomek, tak jak „Wietes”, jest z Grodziska Mazowieckiego i poprosił mnie, żebym wziął go pod skrzydła, żeby nie zaginął w szatni. Wiadomo, że bywa różnie, jeśli młody chłopak usiądzie i będzie siedział cicho. To może wcale nie pomóc.

Końcówka w Dolcanie była mocno przygnębiająca?

Przychodziliśmy na trening i trenowaliśmy, każdy dla siebie, bo przecież wszyscy wiedzieli, że niedługo będą pewnie musieli szukać sobie klubu. Ale jak taki trening wyglądał? Każdy się zastanawiał, myślami był gdzie indziej. Po treningu jedliśmy obiad i słyszeliśmy, że dzisiaj niczego się nie dowiemy. No to jedziemy do domu i jutro to samo. Szacunek dla trenera Dźwigały, który został z nami do końca i szukał jeszcze ludzi, żeby to jakoś uratować. W Dolcanie przez cztery i pół roku nie spóźnili się chyba ani jednego dnia z wypłatą, aż w końcu nadszedł dzień, że nie ma pieniędzy i tyle.

Pamiętam jak kilka razy mówiło się, że Dolcan odpuszcza końcówkę rundy wiosennej, bo nie chce awansować.

Gówno prawda. Tak samo jak to, że Znicz sprzedał mecz z Podbeskidziem, żeby nie awansować. Bo przecież wystarczyły nam dwa punkty w trzech ostatnich meczach, a zdobyliśmy jeden. Wiem, że z perspektywy kibica czy obserwatora to najprostsze rozwiązanie. Zobacz, odpuszczają mecze. Bo grali już w ekstraklasie i wiedzą, że lepiej zarobią w pierwszej lidze. Ale kto nie chce awansować? Zwłaszcza w Dolcanie, gdzie nie było wcale ludzi z uznanymi nazwiskami. Teraz pewnie ktoś powie, że młody nie wiedział, a starszyzna wiedziała. Na pewno tak nie było. A z tą ekstraklasą… Koledzy się śmieją, że lepiej byłoby dla mnie zamienić te dwieście meczów w pierwszej lidze na jeden w ekstraklasie, w jakiejś Odrze Wodzisław. Kiedyś sam o tym myślałem. Pamiętam jak nadrabiałem zaległości na studiach i tłumaczyłem się przed dziekanem, swoją drogą – ojcem Czarka Wilka. – Panie dziekanie, ja wiem, to tylko pierwsza liga, ale ja spróbuję to jakoś nadrobić. On mówił: – Przestań. Wiesz, ilu chłopaków chciałoby być na twoim miejscu?

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI (@mateosokolowski)

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s