Ryszard Breś: – Z kontuzjami zostałem sam sobie. Wielkiego wsparcia nie było

bres6

fot. mks-piaseczno.pl

Był uznawany za jednego z najbardziej uzdolnionych wychowanków Legii. Z rocznika 1992 do zespołu Młodej Ekstraklasy trafił wcześniej niż Michał Żyro czy Rafał Wolski, ale rozwój jego kariery wyhamowały liczne kontuzje. O tym, dlaczego przeszłość w Legii nie ułatwiała znalezienia nowego klubu. O kontuzjach i lekarzu, który zamiast badań zalecił… leżenie na słońcu. O wypracowaniu zadanym przez Jacka Magierę i ocenach Michała Kopczyńskiego. O Dongu Fangzhuo unikającym tematu Manchesteru United czy Arkadiuszu Miliku na pozycji… lewego obrońcy. Zapraszamy!

Jak zdrowie?

Dopisuje. Jeśli chodzi o tę kwestię, nie mam się czym martwić.

Szkoda, że tak późno.

Zdecydowanie za późno. Jak wszystko już się skończyło, zdrowie nagle zaczęło dopisywać.

W 2012 roku, odchodząc z Legii, udzieliłeś serwisowi legia.net wywiadu. Mówiłeś, że chcesz iść śladami Roberta Lewandowskiego.

Taki był plan. Pod koniec mojego pobytu w Legii, kiedy wiedziałem już, że nie zostanę w klubie, uruchomiłem trochę kontaktów. Okazało się, że mój znajomy zna się z prezesem Znicza Pruszków i powiedział, że spróbuje wkręcić mnie tam na testy. Taki był plan i tak zrobiłem od razu po rozwiązaniu kontraktu. Po testach prezes zaproponował mi, żebym trenował w drugiej drużynie, razem z juniorami starszymi i to bez kontraktu. Wtedy była to dla mnie ujma. Ciężko było przestawić się z bycia – mimo wszystko – piłkarzem, zarabiania jakichś pieniędzy na grę w rezerwach Znicza i liczenie na to, że „a nuż” dostanie się coś z jakiejś premii.

bres1

Nie taki był cel trenowania przez dziesięć lat w Legii.

Zdecydowanie. Liczyłem na coś więcej.

Były jakiekolwiek możliwości pozostania w Legii?

Nie. Pamiętam, że na rozmowach trener Sanjuan Szklarz powiedział mi, że większość, w tym Jacek Mazurek i trener Dębek, jest za tym, żebym mimo wszystko został w klubie, bo przeszedłem przez wszystkie szczeble juniorskiej piłki. Niestety, ówczesny dyrektor akademii, Marek Jóźwiak, uznał, że ze mnie piłkarza już nie będzie.

Czyli nie było tak, że wszyscy w klubie się na ciebie wypięli?

Teoretycznie nie, ale później było troszeczkę gorzej.

Później, to znaczy?

Mimo tego, że nie miałem kontraktu z Legią, ciężko było mi z tej Legii odejść. Byłem wychowankiem, więc klubowi należał się ekwiwalent. Nawet jak chciałem odejść do trzeciej czy czwartej ligi ciężko było znaleźć klub, który zapłaciłby za mnie 10-11 tysięcy złotych. Na realia polskiej piłki, zwłaszcza trzecio- czy czwartoligowej, to bardzo dużo pieniędzy. Czas uciekał, okienko się kończyło, a ja desperacko szukałem klubu. Problemem było też to, że nie miałem z kim załatwiać swojego odejścia. Legia grała wtedy w eliminacjach Ligi Mistrzów, dyrektora Mazurka często nie było w klubie. Wysyłanie pism, zastanawianie się, czy będzie odpowiedź na czas… Wyszło tak, że musiałem sam się wykupić, sam za siebie zapłacić, żeby móc dalej grać.

Ile?

2 tysiące z mojej kieszeni. Wtedy szedłem do Okęcia, więc jeżeli chciałbym później iść gdzieś dalej, Okęcie musiałoby dopłacić kolejne 1,5 tysiąca.

W wywiadzie dla legia.net, który wspominałem, powiedziałeś, że nie wiesz, jak zabrać się za szukanie klubu, bo nigdy wcześniej nie miałeś menedżera. Naprawdę było tak ciężko?

Na pewno ciężej. Łatwiej, jeśli ma się kogoś, kto ma znajomości, kto zadzwoni w jedno miejsce, drugie, powie, że ma fajnego chłopaka, którego warto sprawdzić. Miałem 20 lat, byłem bez żadnego doświadczenia, kompletnie nie wiedziałem jak się za to zabrać. Ze Zniczem skończyło się tak, że uznałem, że nie będę grał za darmo. Liczyłem, że jeszcze coś znajdę, bo był dopiero czerwiec. Można powiedzieć, że przez wakacje zwiedziłem wszystkie okoliczne kluby na Mazowszu.

Wymieniaj.

Mazur Karczew, Start Otwock, byłem na chwilę w Dolcanie Ząbki. To akurat śmieszna historia. Przyjechałem do Dolcanu na dwa treningi. Pierwszy trening – rozruch pomeczowy, na którym kompletnie nic się nie robiło. Rozbieganie, rozciąganie i to wszystko. Następny – trening taktyczny. Ciężko się pokazać, bo stoisz w miejscu, przesuwasz się na swojej pozycji i tyle. Następnego dnia wyjeżdżali na obóz. Trener podziękował, koniec testów. Byłem też w Hutniku Warszawa, który został zdegradowany do A-klasy.

Rozważałeś grę w A-klasie?

Kiedy było już wiadomo, że Hutnik będzie grał w A-klasie, prezes powiedział, że z ludźmi, z którymi dogadywał się na jakieś pieniądze, nic się nie zmienia. A reszta może albo grać za darmo, albo szukać czegoś innego.

bres4

fot. mks-piaseczno.pl

Po dziesięciu latach w Legii miałeś do wyboru grę za darmo w rezerwach Znicza albo w A-klasie.

Więc pomyślałem sobie: takiego przeskoku nie chciałbym zaliczyć. Dość długo trenowałem w Karczewie, trener był zadowolony, kazał mi jechać na Legię, załatwiać papiery. Kiedy siedziałem już pod gabinetem zadzwonił do mnie i powiedział, że do drużyny wrócił jakiś chłopak, który gra na mojej pozycji, więc nie ma tematu, nie jestem potrzebny. W Otwocku byłem już pod koniec sierpnia, potrenowałem chwilę i trener powiedział, że gdybym przyszedł wcześniej, to bez wahania by mnie wziął, ale podogadywał sobie już chłopaków, załatwił stypendia z miasta, więc nie było już budżetu ani miejsca w kadrze.

Sam fakt, że grałeś w Legii, nie działał na innych czarująco.

Sam fakt, że grałem w Legii odpychał ludzi. Trzeba było przecież te pieniądze zapłacić. Małych klubów na to nie stać.

W końcu wylądowałeś w Okęciu, czwarta liga.

Znajomy moich rodziców ma znajomego, który tam gra. Dał mi numer, zadzwoniłem, poszedłem i tak zostało.

Nie czułeś, że przepadasz?

Początkowo chciałem skończyć z grą w piłkę. Perspektywa gry w trzeciej czy czwartej lidze była dla mnie zabójcza. To kompletnie bez sensu. Już po tygodniu w Okęciu zdałem sobie sprawę, że to coś innego. Że jak tam będę, to przepadnę i już się nie odnajdę. I tak się stało. Treningi – nie można tego nazwać treningami, nad niczym się tam nie pracuje. Po pół roku treningów w Okęciu, jeśli chciałbym iść gdzieś wyżej, potrzebowałbym kolejnych trzech miesięcy na odbudowanie formy, przygotowania fizycznego. Dodatkowo trzeba było pójść do pracy, żeby mieć się za co utrzymać.

Wtedy wiedziałeś już pewnie, że śladami Lewandowskiego nie podążysz.

Na pewno wiedziałem, że będzie to trudne. Ale byłem jeszcze młody, miałem nadzieję. O ile marzenia gry w Premiership czy Hiszpanii zaczęły maleć, o tyle wierzyłem, że ewentualnie będzie jakaś ekstraklasa, pierwsza liga, druga liga. Aż w końcu przychodzi rzeczywistość.

Kiedy przyszła?

Ta ostateczna chyba jeszcze nie przyszła. Dalej się łudzę, że poziom trzeciej, może drugiej ligi jestem w stanie osiągnąć. Ale coraz bardziej dochodzi do głowy, że trzeba znaleźć poważną pracę, zacząć zarabiać i kreować jakoś swoją przyszłość. Na razie kończę szkołę, licencjat, piszę właśnie pracę.

W międzyczasie byłeś jeszcze na testach w Rakowie Częstochowa.

Znałem kogoś, kto załatwił mi możliwość testów i zaprosili mnie na treningi. Następnego dnia spakowałem się i jechałem do Częstochowy. O 6 rano miałem pociąg, o 10 czy 11 pierwszy trening, a popołudniu graliśmy sparing z Dolcanem Ząbki. Potrenowałem z nimi tydzień, ale powiedzieli, że potrzebuję minimum pół roku, żeby odbudować swoją dyspozycję, a oni chcą ludzi do gry już na teraz. Wiesz, jak jest. Dobrze, dobrze, zadzwonimy do pana.

Do dziś nie zadzwonili.

Tak się skończyła przygoda w Częstochowie.

Od momentu odejścia z Legii nie miałeś poważniejszych problemów ze zdrowiem?

Czasami odzywały się jeszcze stare kontuzje, ale generalnie – nic poważnego.

Zastanawiałeś się, dlaczego? Kiedyś mówiłeś, że poziom leczenia w Legii mógłby być ciut wyższy.

Nie wiem jak jest teraz, czy opieka jest na wyższym poziomie. Wtedy nie była. My, jako zawodnicy Młodej Ekstraklasy czy juniorów, nie mieliśmy znakomitej opieki medycznej. Powiem ci, że jak byłem juniorem kontuzje się nie zdarzały. Ale jak posypało się jedno to dalej poszło już lawinowo.

Nie tylko u ciebie.

Zaczęło się od naderwanych więzadeł. Wyleczyłem. Później przyszła pęknięta łąkotka i ponowne naderwanie więzadła. Pamiętam doskonale, że miałem wtedy szansę, by jechać z pierwszą drużyną Legii na turniej do Chicago. Miałem już gotową wizę, jest ważna do dziś, mogę sobie lecieć wypocząć do Miami. Nie wiem, czyja to była decyzja, że jednak nie pojechałem. Trenera Białasa? Chociaż sam nie wiem czy on w ogóle miał świadomość tego, że ja trenuję z drużyną. Trzy dni przed wylotem dostałem SMS-a od trenera Magiery, że nie jestem brany pod uwagę. Z Magierą zawsze miałem dobry kontakt. Pamiętam, że jeszcze gdy byłem juniorem często z własnej inicjatywy prowadził ze mną indywidualne treningi. Pewnego razu przegrałem z nim w siatkonogę i z racji tego kazał mi napisać wypracowanie na temat tego, jak wygląda moje profesjonalne podejście do sportu. Pisanie wypracowań, czytanie książek… Lubił dawać takie zadania.

Pisałeś?

Napisałem! Na półtorej strony, oczywiście ręcznie. Myślałem, że oddam mu kartkę i sobie pójdę, ale nie. Kazał mi przeczytać je na głos.

Wracając do treningów z pierwszą drużyną – do Chicago nie poleciałeś.

Zostałem w Warszawie i niedługo później graliśmy mecz w Młodej Ekstraklasie. Wtedy przeskoczyło mi coś w kolanie. Normalnie dokończyłem mecz, wyszedłem na trening, ale coś było nie tak. Poszedłem do naszej opieki medycznej, oczywiście zalecili mi przerwę, miesiąc – dwa, później zobaczymy. W tym czasie nie miałem żadnych badań. USG zlecili mi dopiero po dwóch miesiącach.

Po dwóch miesiącach?

Tak. USG zrobiłem, kiedy zaczynała się już przerwa wakacyjna. Byłem umówiony z lekarzem Legii
na telefon. Dzwonię.

– Mam wyniki badań!
– To przeczytaj mi opis.
– Może przyjadę do pana, zobaczy mnie pan, obejrzy zdjęcia?
– Nie, przeczytaj mi opis.

No to czytam.

– Aaa, masz teraz przerwę, lecisz na wakacje, wyleż na słońcu, wygrzej się, wszystko przejdzie.

Dosłownie tak mi powiedział! Że poleżę na słońcu, wygrzeję się i będzie OK. Skończyła się przerwa, wróciłem z wakacji. Dzwonię, mówię, że dalej mnie boli. Doktor mówi, żebym przyjechał, zobaczy mnie. Zobaczył i powiedział, że… nie ma pojęcia, co to może być. Mówił, że może spróbować eksperymentu z zastrzykami sterydowymi w kolano. I do tego sam musiałbym za to zapłacić, bo nie wie czy Legia będzie chciała mi to refundować. Miałem dostać trzy zastrzyki, po 200 złotych za jeden. Kurczę, mam opiekę w Legii, jestem w poważnym klubie, a mam płacić sam za zastrzyki?

Leżenie na słońcu nie pomogło.

Niestety nie. Zaczęliśmy treningi, zbliżał się obóz, a ja desperacko chciałem na niego jechać. Zlecili mi zrobienie rezonansu. Jeśli wynik byłby w porządku pojechałbym z drużyną na obóz. W dzień wyjazdu odebrałem wyniki i okazało się, że to coś poważniejszego. Legia wysłała mnie do doktora Lubońskiego, zewnętrznego konsultanta u którego leczyli się głównie piłkarze pierwszej drużyny. Poszedłem do niego i zanim zerknął na moje badania zapytał, kiedy to się stało. Mówię, że w maju – a był już lipiec.

– Czemu dopiero teraz do mnie przychodzisz?!

Od razu na stół. Dwa dni później byłem na operacji, artroskopia kolana. Część łąkotki wycinana, część zszywana. Czekały mnie jeszcze dwa miesiące rehabilitacji i z kontuzji, którą mogłem wyleczyć w dwa miesiące zrobiło się pół roku przerwy. Kolejna runda uciekła. Przyszła zima, znów okres przygotowawczy, znów nieszczęście.

bres5

fot. mks-piaseczno.pl

Co wtedy?

Graliśmy ostatni sparing przed ligą, z Legionovią. Nie pograłem za długo, skoczyłem do głowy i złamałem nos. Co ciekawe, dostałem łokciem od Pawła Broniszewskiego z którym razem wychowywaliśmy się w Legii. Złamany nos w części dalszej, od razu do szpitala. Okazało się, że źle mi go nastawili. Potrzebna była rekonstrukcja, czyli ponowne łamanie i nastawianie.

Jak wygląda ponowne łamanie nosa?

Miałem je pod narkozą, więc nie wiem jak wygląda. Obudziłem się już z prostym nosem. Po pierwszym nastawieniu, w szpitalu, chodziłem z opatrunkiem i po dwóch tygodniach poszedłem go zdjąć. Pani pielęgniarka wyjęła mi te wszystkie waciki. Dookoła nie było żadnego lustra, więc pytam ją jak to wygląda.

– Oj, ciężko powiedzieć, bo jest opuchlizna.

No dobra. Wychodzę ze szpitala, wsiadam do samochodu, patrzę w lusterko, a tu nos jak półksiężyc. Myślę sobie: cholera, od razu można było zauważyć czy jest OK, czy nie. Po dwóch tygodniach musiałem jechać do prywatnej kliniki, żeby mi to poprawili. Na szczęście Legia wszystko sfinansowała. Kolejne trzy czy cztery miesiące wyjęte, trzeba było czekać, aż wszystko się zrośnie. Kolejna runda z głowy.

Inni mieli podobne przejścia?

Chłopaki mieli głównie problemy z kolanami.

Sztuczna murawa?

Tak się mówiło.

Twoim zdaniem to prawda?

Uważam, że tak. Może połączenie sztucznej murawy i złego doboru obuwia. Sztuczna murawa, zwłaszcza ta starszej generacji, na pewno jest zabójcza dla kolan i stawów. Z tego co wiem, odkąd na Legii pojawiło się po raz pierwszy boisko ze sztuczną nawierzchnią do tej pory nie było wymienione. A skoro wtedy było kiepsko, ciężko sobie wyobrazić jak może być teraz.

Kogoś jeszcze kontuzje wyhamowały tak jak ciebie?

Michał Efir mógł zrobić większą karierę.

Jego zawsze podaje się jako przykład. Był jeszcze Przemek Mizgała.

Zdecydowanie. Miał papiery na grę, a przez dwa lata praktycznie nie mógł trenować, bo lekarze nie umieli stwierdzić co mu jest z kolanami. Jeździł po różnych klinikach, szukał przyczyny na własną rękę. Kompletnie nie wiedzieli co z tym zrobić. Trochę załamujące, ale jest różnica. Kiedy coś ci się sypie wszyscy się odwracają. Przemek miał ten komfort, że mimo wszystko w niego wierzyli. Nie grał przez rok czy półtora, ale miał przedłużany kontrakt, był pod opieką Legii. To znaczy bardzo dużo.

Ty czułeś opiekę?

Wiesz co… Nie. Kompletnie tego nie było. Można powiedzieć, że zostałem sam sobie. Co zrobię to zrobię, czego nie zrobię tego nie zrobię. Fizjoterapeuci się mną zajmowali, bo musiałem mieć rehabilitację, ale wielkiego wsparcia ze strony trenerów nie było.

Pokaże ci jedno zdjęcie ze szkolnych czasów.

bres2

Jacek Kaczorek, Michał Kopczyński, Kuba Chrostowski, Kuba Szumski, Bartek Widejko, Czarek Michalak, ja, Michał Walętrzak, Dominik Furman, Paweł Broniszewski, Piotrek Karniszewski, a w tle Mateusz Cichocki grzebie coś w telefonie. Kilku chłopaków zrobiło kariery.

Większe niż się zapowiadało?

Jedni większe, u innych było gorzej. Uważam, że z naszego rocznika Jacek Kaczorek miał znacznie większe predyspozycje, a skończył na tym samym poziomie co ja. Teraz walczymy ze sobą w czwartej lidze. Kiedy mieliśmy po 14 czy 15 lat i graliśmy na turnieju w Rosji dopytywał o niego trener Ajaxu Amsterdam. Paweł Broniszewski, który teraz poszedł do Widzewa, był bardzo dobry jeśli chodzi o aspekty piłkarskie. „Szumiego” trochę nie doceniają. W Piaście go skasowali, a uważam, że jest bramkarzem na poziomie ekstraklasy. Z Czarkiem Michalakiem jestem teraz w jednej drużynie w Piasecznie. Też nie miał szczęścia, bo odkąd odszedł z Legii przeszkadzały mu kontuzje. Michał Kopczyński robi karierę.

Akurat tego chyba nikt się nie spodziewał.

Nikt. Mimo wszystko „Kopa” praktycznie zawsze grał na swoim równym poziomie. Nie wyróżniał się, ale nie pamiętam też, żeby miał jakiś słaby mecz. Może dzięki temu trener zauważył, że cały czas robi swoje i dostał szansę. Dominik Furman… Szkoda, że nie wyszło mu we Francji i szkoda, że nie wrócił do Legii. „Cichy” dalej w Ruchu, „Waluś” (Michał Walętrzak – przyp. aut.) chyba już nie gra, Piotrek Karniszewski wyjechał chyba do pracy zagranicę, a Kuba Chrostowski jest w Huraganie Wołomin.

Kto z was miał najlepsze oceny?

Zdecydowanie Michał Kopczyński. Jest bardzo inteligentny, od początku miał smykałkę do nauki.
W drugą stronę też paru by się znalazło. Niektórzy lubili porozrabiać na lekcjach. Jeszcze w gimnazjum Kuba Szumski wyrzucił koledze książkę przez okno, a nauczycielka wpisała uwagę, że „schował koledze za oknem książkę”. W klubie zwracali uwagę na nasze oceny, ale jak ktoś się wyróżniał miał ulgi. Tak było z Michałem Żyro, który akurat wtedy debiutował w ekstraklasie. Później nie było go w szkole za często, kończył wszystko indywidualnie. Ale nie mówię, że z nauką było ciężko, bo nie było.

Do poważniejszej piłki – Młodej Ekstraklasy – jako pierwszy wszedłeś jednak ty, a nie Żyro.

Z naszego rocznika byłem pierwszy. Nie powiem, że byłem najlepszy, bo pewnie tak nie było. Trenerzy mieli akurat zapotrzebowanie na moją pozycję, na prawą obronę. Na obóz z Młodą Ekstraklasą pojechało nas wtedy kilku: ja, Paweł Broniszewski, Michał Żyro. Najwięcej szans dostawałem właśnie ja, a później, w lidze, wygrałem rywalizację na swojej pozycji z Dawidem Okparą.

Koledzy nie zazdrościli?

Nie wiem. Może i tak, ale nie dawali tego odczuć.

Wielu młodych zawodników w Legii – zarówno w waszych czasach, jak i teraz – odchodzi na wypożyczenia. To dobra opcja?

Zależy na jaki klub i na jakiego trenera się trafi. Tam gdzie idziesz niekoniecznie będą na ciebie stawiali. Możesz iść i dostać szansę, możesz iść i przepaść.

Ty miałeś propozycję, by zostać wypożyczonym?

Pół roku przed moim odejściem Legia chciała znaleźć mi klub do którego mógłbym iść na wypożyczenie. Porozmawiałem jednak z trenerami i powiedzieli mi, że w nadchodzącej rundzie będę miał większe szanse na granie. Uznałem, że mam jeszcze szansę coś tutaj osiągnąć, ale tak jak we wcześniejszych latach, tak i wtedy nie opuszczały mnie kontuzje. Ostatni mecz na obozie we Włoszech – wybity bark, trzy miesiące przerwy. Zagrałem w jednym meczu na koniec rundy i tyle.

Zbyt wielu meczów w Młodej Ekstraklasie nie zagrałeś, ale miałeś okazję pograć z kilkoma znanymi nazwiskami. Felix Ogbuke, Bruno Mezenga, Dong Fangzhuo, Srda Knezević…

Zdarzało się. W Młodej Ekstraklasie najgorsze było to, że zrzuty z pierwszej drużyny zajmowały miejsce nam, młodym chłopakom. Bardzo tego nie lubiliśmy. Często było tak, że dla zawodników z pierwszego zespołu to była kara i w ogóle nie przywiązywali wagi do tego, żeby się pokazać. Pamiętam, że gdy jeździliśmy na wyjazdy i poznawaliśmy skład rywala, u którego było sporo zawodników z pierwszej drużyny trener mówił nam, że teoretycznie będziemy mieli łatwiej. W piłce liczą się szczegóły. Tutaj wystarczy nie pobiec, tutaj odpuścić. To robi różnicę i momentami było to widać. Dla młodych, którzy byli wtedy na boisku to było frustrujące. Na szczęście wyniki nam sprzyjały.

Zapamiętałeś szczególnie któregoś z nich?

Donga Fangzhuo, który zagrał z nami na Wiśle Kraków. Nie dało się z nim pogadać, bo nie chciał rozmawiać. A zwłaszcza jak ktoś wspominał o Manchesterze. Nie wiem, może to dla niego jakiś trudny temat.

Najlepszy piłkarz, z jakim grałeś, to…

Jeśli chodzi o pierwszy zespół, Miro Radović. Pokrętło ma niesamowite. Zdarzyło mi się kilka razy, że zostałem przez niego wkręcony. A z mojego rocznika – Rafał Wolski.

Myślałem, że wskażesz Arka Milika.

Jak był z nami na obozie byłem z nim w pokoju. Pamiętam sytuację z jednego z treningów, kiedy trener Banasik powiedział do niego przed gierką: – Arek, zagrasz na lewej obronie. A on strasznie się tym podekscytował: – Jak Patrice Evra, tak, tak? Było widać, że ma pojęcie, ale jeśli chodzi o umiejętności indywidualne chyba nie miał okazji tego pokazać.

bres3

screen z serwisu legionisci.com

Teraz grasz w czwartej lidze, w Piasecznie. Jest tam kilka niespełnionych talentów. Paweł Bylak, Kamil Matulka…

Życie weryfikuje. Pawłowi niedługo rodzi się dziecko i zastanawia się nad dalszą grą w piłkę. Kamil Matulka przyszedł do nas, żeby się odbudować. Może razem z nim zbudujemy w Piasecznie mocniejszą drużynę. Teraz chcemy się utrzymać, a za rok postarać o awans do trzeciej ligi. Mam nadzieję, że przyjdzie do nas paru fajnych zawodników i odpalą młodzi, bo też jest kilku ciekawych. Ja jestem chyba jednym ze starszych, a mam dopiero 25 lat.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI (@mateosokolowski)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s