Łukasz „Juras” Jurkowski: – Facet musi mieć odpowiedni poziom testosteronu, a nie damską torebkę przy boku

16409403_1555503324467791_1495369784_o

Ostatnią walkę w MMA stoczył ponad 6 lat temu. Przez ten czas idealnie wpisywał się w definicję człowieka renesansu – komentator telewizyjny, announcer gal sportów walki, trener MMA, wreszcie spiker na stadionie Legii Warszawa. Łukasz Jurkowski bardzo płynnie przeszedł do życia po karierze sportowej. 30 stycznia ogłosił jednak, że ponownie wejdzie do klatki i wystąpi na KSW Colloseum na Stadionie Narodowym. W rozmowie z nami opowiada między innymi o podejściu zawodników MMA do piłkarzy, świadomości finansowej młodych sportowców oraz wizycie w USA, która zmieniła jego podejście do życia.

Funkcjonujesz niejako na pograniczu dwóch światów – piłki nożnej i sportów walki. Czy między nimi można znaleźć jakieś wspólne cechy?

Chyba nie. To dwie różne dyscypliny, inna publika, zwłaszcza teraz. Gdy MMA zaczynało pojawiać się w Polsce, te światy jeszcze się jakoś przenikały. Oczywiście, wielu piłkarskich kibiców nadal jest fanami MMA, piłkarze zresztą również się tym interesują. Zdecydowanie większy transfer jest ze stadionu na galę, niż odwrotnie.

Mówisz, że piłkarze są często kibicami MMA. Zawodnicy sportów walki też interesują się piłką nożną?

Nie, absolutnie. Żeby znaleźć takiego zawodnika MMA, który interesuje się piłką, chodzi na stadiony, musiałbym poświęcić mnóstwo czasu. Na pewno takim jest Maciek „Irokez” Jewtuszko, który często pojawia się na meczach Pogoni Szczecin, ale to jedyna postać, która przychodzi mi na myśl. Zazwyczaj w świecie MMA jest negatywne nastawienie nie tyle do samej piłki nożnej, co piłkarzy. Powszechną opinią jest, że wysiłek wkładany w piłkę nożną w porównaniu do tego ze sportów walki jest nieadekwatny do otrzymywanych wynagrodzeń. Czasami zawodnicy MMA podśmiewają się, że wystarczy podmuch wiatru, a piłkarz już zwija się z bólu.

Jak zatem Ty odnalazłeś się w świecie piłkarskim? Twoim naturalnym środowiskiem były przecież zupełnie inne realia.

Jestem po prostu bardzo daleki od jakiegokolwiek generalizowania. Nie wrzucam wszystkich piłkarzy do jednego worka, oni są bardzo różni. Cały czas jednak reaguję już nie tyle śmiechem, co żałością, gdy na powtórkach telewizyjnych widzę minimalny kontakt między dwoma piłkarzami, a jeden z nich zachowuje się, jakby urwało mu nogę. Ja na treningu często przyjmuję więcej uderzeń, niż piłkarze przez cały sezon. Wiem, że to też element taktyki, próba wymuszenia żółtej czy czerwonej kartki, ale zasada jest prosta – jeśli jesteś dorosłym facetem, nie rób z siebie pizdy. Cenię zawodników, którzy są maksymalnymi walczakami. Takich, którzy nawet faulowani nie płaczą, nie mażą się, tylko wstają i tłuką się dalej o swoje. Najbardziej irytują mnie miękkie zachowania u bramkarzy. Golkiper musi być najtwardszy na boisku, a w Legii przed Arkiem Malarzem różnie z tym bywało. Choćby Dusan Kuciak, który jest znakomitym bramkarzem, a po każdym minimalnym kontakcie z napastnikiem leżał i wzywał pomocy. A to, że niektórzy ubierają się tak, że bliżej im do salonu mody dla kobiet niż do faceta, jak na przykład Kuba Kosecki, to ich indywidualna sprawa. Ja mogę to obśmiać, ale generalnie mam to gdzieś. Facet musi mieć odpowiedni poziom testosteronu, a tymczasem częściej zdarza się damska torebka przy boku.

Kuba potrafił jednak wyzwać na pojedynek Igorsa Tarasovsa.

Owszem, próbował, tylko jestem ciekaw, co by się stało, gdyby Tarasovs rzeczywiście z tej szatni wyszedł. Też mogę iść pod stadion Lecha Poznań i wyzywać klub, gdy nikogo tam nie będzie. Nie zrobię tego, jak cały młyn będzie stał przede mną i to jest zrozumiałe. Nie o to w tym wszystkim chodzi.

Maciej Szczęsny kiedyś sam wszedł do środka młyna, żeby wyjaśnić sobie kilka spraw z kibicami.

Maćka znam osobiście i mimo tego, że przez długi czas wiele rzeczy miałem mu za złe, bardzo go szanuję. Dla mnie tacy ludzie jak on mają jaja i zawsze będę ich darzył uznaniem. Niezależnie od tego, czy to legionista, czy na przykład Michał Probierz, który swego czasu też podszedł do kibiców, gdy ci obrażali drużynę. Trzeba być bardzo odważnym, żeby po wysłuchiwaniu krzyków kilku tysięcy ludzi pójść do nich i bronić swojego imienia, nawet kosztem ryzyka, że możesz za chwilę zarobić jakiegoś liścia lub jeszcze gorzej.

Wspomniałeś już, dlaczego zawodnicy sportów walki nie za bardzo interesują się futbolem. Biorąc pod uwagę porównanie w skali europejskiej czy światowej – mamy lepszych piłkarzy czy zawodników MMA?Nie da się tego porównać, trzeba byłoby stworzyć jakąś Fantasy Ligę. Wiadomo, nasi najlepsi piłkarze grają w takich klubach jak Bayern Monachium, SSC Napoli czy Paris Saint-Germain, ale znów zawodnicy sportów walki występują w UFC. W zestawieniu poziomów lig, mniejsza dysproporcja występuje pomiędzy KSW a UFC, niż ekstraklasą a powiedzmy Bundesligą czy Premier League.

Tymczasem zawodnicy sportów walki zarabiają śmieszne pieniądze.

Tak, z wyjątkiem jednostek, które żyją na naprawdę fajnym poziomie. Reszta żyje na „wyspie marzeń, zwanej: kiedyś będę”. Tymczasem po zakończeniu kariery często zostają z niczym. Funkcjonują z miesiąca na miesiąc, może kupią jakiś samochód – nie nowy i wypasiony, bo na to ich nie stać – może uskładają na mieszkanie, ale dużo skończy się wraz z ostatnim pojedynkiem. Nie ma porównania, ile trzeba włożyć siły w to, aby być średnim zawodnikiem sportów walki w Polsce, a średnim piłkarzem w ekstraklasie. Kompletnie niewspółmierne i to jeden z głównych argumentów, dlaczego zawodnicy MMA nie mają zbyt dużego szacunku do piłkarzy.

Ty jesteś kibicem od ponad 20 lat, widziałeś wiele. Jak zmieniali się kibice, ich zachowanie, a także postrzeganie fanów piłkarskich przez osoby nieinteresujące się futbolem na przestrzeni tego czasu?

Przede wszystkim przy ocenie kibiców trzeba zdać sobie sprawę z tego, jak funkcjonują media. Warto włączyć trochę własnego myślenia, a nie łykać bezrefleksyjnie wszystko, co płynie z ekranu telewizora. Wiadomo, że w mediach lepiej sprzedają się rzeczy negatywne i zawsze tak będzie. Każdy wybryk jest nagłaśniany i  utrwala się w świadomości osób postronnych. Podczas ostatniego finału Pucharu Polski kibice Lecha wrzucali race na boisko, to było bardzo niebezpieczne, ale wcześniej coś takiego widziałem osobiście w czasach, gdy Widzew Łódź grał z Legią jeszcze na starym stadionie. Wiele zmienia się na lepsze i bardzo mnie to cieszy. Po dzikich czasach, gdy kibice rządzili wszystkim, a na piłkarskich obiektach zjawiali się jedynie ludzie bardzo mocno zaangażowani w życie klubu, dla których płonące barwy rywala, policja na sektorach i walki były chlebem powszednim, dużo się zmieniło. Na stadiony przychodzą całe rodziny z dziećmi. Ja też zabieram swoją małą córeczkę na mecz i wiem, że nic się nie wydarzy, że jest bezpieczna. Do dziś spotykam się jednak z opiniami typu „ja nie pójdę na mecz, bo dostanę butelką w łeb”. Załamuję wtedy ręce. Chłopie, wyłącz telewizję i przyjdź na stadion. Wiele takich osób udało mi się namówić i szybko się zakochali w tej atmosferze.

Jesteś człowiekiem, który, mówiąc po piłkarsku, w relacjach kibicowskich nigdy nie odstawiał nogi. Przypominasz sobie jakieś wyjątkowe sytuacje?

Nieee… (śmiech). A poważnie, zdarzały się różne mniej lub bardziej przyjemne sytuacje, ale to jest wpisane w charakter kibica. Jestem człowiekiem, który przeżył każdy stopień kibicowskiej „kariery”. Od małolata, który przyjeżdżał na treningi po autografy, przez mocno zaangażowanego w doping i pozastadionowe życie gościa, po większy spokój. Dziesięć lat temu wyjazdy kibicowskie były przeznaczone raczej dla ludzi o mocnych nerwach. Wiadomo, działy się różne rzeczy, teraz jest zupełnie inaczej. Dziś podjeżdżam samochodem pod stadion największego rywala, wchodzę w tłum fanów i idę pomiędzy nimi. Nie muszę mieć szalika, i tak jestem utożsamiany z Legią, ale nic mi się nie dzieje. Nie chodzi o to, że potrafię walczyć, bo i Herkules dupa, kiedy ludzi kupa. Dziesięć lat temu nie byłoby świętości typu: o, to ten gość z telewizji. Dostałbym dechę w plecy i dokopanie na glebie. Zmieniło się wiele.

Nikt Cię nigdy nie zaczepił, nawet przypadkowo?

Gdzie? W Warszawie? Przecież tu jest tylko jeden klub, Legia. Nikt się nie ma prawa przyczepić.

Jesteś przykładem sportowca, który modelowo układa sobie życie po karierze. Popularnym scenariuszem jest jednak coś zupełnie innego, dochodzi nawet do tragedii. Nie myślałeś nigdy, żeby zaangażować się w pomoc byłym sportowcom, którzy znaleźli się na zakręcie?

Podczas trwania kariery 95% sportowców nie zastanawia się nad tym, co będzie po jej zakończeniu. Myślałem o tym, to fakt, pisałem też o tym na swoim blogu. Trudno przekonywać zawodnika, który jest na szczycie swojej kariery, ma 28-29 lat, duże pieniądze co miesiąc, do tego, żeby zastanawiał się, co będzie za pięć lat. Nie powiem mu „zainwestuj kasę”, bo sam jestem biznesowym debilem, ale staram się podpowiadać najbliższym kolegom, żeby spojrzeli w przyszłość. Na szerszą skalę tego jednak robił nie będę, bo jestem zaangażowany w wiele innych akcji. Jeśli ktoś ma wskaźnik IQ na odpowiednim poziomie, sam dojdzie do odpowiednich wniosków.

W Holandii piłkarze oddawali części zarobków na fundusz emerytalny, co po latach chwalił Tomasz Iwan. Myślisz, że w Polsce taki system też mógłby się przyjąć?

Oczywiście, że nie. To problem polskiej mentalności. Kilku piłkarzy pewnie by się zgodziło, ale młodzi… w życiu. Dostaje pierwszy kontrakt, powiedzmy 20 000 zł, kupi sobie fajną furę, ma na zakupy. Wiecie, zasada „dziwki, koks, tajski boks”. Nie, to nie ten poziom myślenia. Gdyby im zabierać część pensji, zaraz powstałyby związki zawodowe. Takie rzeczy docenia się dopiero, gdy kariera się kończy. Ja osobiście mam głęboko w dupie to, ile kto zarabia. Życzę każdemu dobrze. Jeżeli ktoś ma głowę na karku, dochodzi do dobrych zarobków, a przy tym potrafi to spożytkować – będę stał i bił brawo. Nie mam w sobie cechy zazdrości. Mentalność zmieniła mi się, gdy poznałem ludzi w Stanach Zjednoczonych. Obcy ludzie podchodzili do mnie i pytali: jak się czujesz, co u Ciebie? Gdy odpowiadałem, że przyjechałem na zawody, słyszałem: super, będę trzymał za ciebie kciuki! Stałem na przystanku z ówczesną dziewczyną, padał deszcz. Podjechał autobus, ale nie nasz. Starsza pani wsiadając oddała nam parasol, mówiąc: proszę, mnie już niepotrzebny, a wy jeszcze czekacie. W Polsce dostałbyś tym parasolem w oko albo uśmiech wsiadającego na zasadzie „a, moknij, cieciu”. Gdy wróciłem i zobaczyłem, że w Polsce jest tyle zawiści, pomyślałem: nie, nie będę taki. Jeśli uda mi się przekonać do mojego toku myślenia kilku młodych ludzi, którzy zamiast spoglądać, jak się innemu wiedzie sami zepną dupę i wezmą się do roboty, będę bardzo szczęśliwy.

Rozmawiali Emil Kopański i Tomasz Obrępalski

Fot. Marcin Szymczyk/Legia.Net

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s