Marcin Płuska: – Ludziom wydawało się, że strzelone gole powinniśmy liczyć dopiero od trzech

pluska

fot. Krzysztof Lewandowski/Bzura Chodaków

Wprowadził Widzew do trzeciej ligi. Miał wprowadzić też do drugiej, ale po ponad roku pracy został zwolniony, kiedy strata do lidera wynosiła 8 punktów przy jednym rozegranym meczu mniej. W najdłuższym wywiadzie udzielonym po odejściu z Łodzi Marcin Płuska opowiada między innymi o zawiłych losach sztabu szkoleniowego, obsadzie bramki, niedoszłych i planowanych transferach, oraz przyczynie porażki w swoim ostatnim meczu, z Huraganem Morąg. Zapraszamy do lektury!

W pierwszej wiosennej kolejce przed Widzewem inauguracja nowego stadionu, już bez Marcina Płuski na ławce trenerskiej. To chyba boli najbardziej?

Na pewno. Mocno liczyłem na to, że uda mi się otworzyć ten stadion efektownym zwycięstwem.

Zwłaszcza, że rywalem będzie Motor Lubawa.

Więc można się spodziewać, że wynik byłby bardzo wysoki. To najsłabszy zespół w lidze, zremisowali tylko jeden mecz, więc teoretycznie wszystko powinno pójść gładko i przy dopingu 18 tysięcy kibiców jeszcze bardziej napędzić drużynę w drodze po upragniony awans.

Oglądałeś ostatni mecz rundy, w Ząbkach, z rezerwami Legii?

Od kilku meczów nie wyglądało to tak, jak powinno. Widzew stracił bardzo dużo punktów. Teraz rolą nowych działaczy jest odbudowa tego, co zostało zaprzepaszczone w ostatnich czterech kolejkach. Po odejściu z klubu cały czas śledziłem, jak to wygląda. Byłem w kontakcie z wieloma zawodnikami, którzy dzwonili do mnie, żeby zapytać o przyczynę rozstania.

Co było przyczyną?

Umówiliśmy się, że zostanie to między nami. Wielu osobom nie podobał się sposób naszej gry. Moim zdaniem ważniejsze niż to, w jaki sposób gramy, są punkty, które zdobywaliśmy – a punktowaliśmy regularnie. Efekty wizualne były niezadowalające, ale uważam, że na niższych poziomach rozgrywkowych schodzi to na dalszy plan. Dla nas najważniejszy był efekt końcowy, zwłaszcza, że mieliśmy rozegrać 11 meczów na wyjazdach. Gra na SMS-ie, poza atutem publiczności, nic nam nie dawała. Wiadomo, że każdy trener i zawodnik chciałby przeprowadzić trening taktyczny na boisku, na którym będzie grał o punkty. Mimo wielu trudności i przeszkód, które nas napotykały, średnia punktowa była wysoka. A to, w perspektywie wiosny u siebie, stwarzało bardzo duże szanse na awans do drugiej ligi.

Po twoim odejściu styl gry chyba nie zmienił się na lepszy?

Nie mnie oceniać, ale jeśli spojrzymy na statystyki: jak punktował zespół, gdy ja go prowadziłem, a jak po zmianie, wnioski nasuwają się same…

Jak było z treningami?

Trenowaliśmy w Kalonce. Boisko posiadało wymiary 92 na 54 metry, taki większy „orlik”. Ciężko było przełożyć to później na normalne, duże boisko. Taktyka, organizacja gry, fazy atakowania, bronienia… Dwudziestu kilku zawodników przebierało się w szatni, do której mieściło się ledwo 10 osób. Szacunek dla nich, że mimo nie najlepszych warunków treningowych chcieli pracować i robić to, co kochają. Ciężko jest przygotować zespół w takich warunkach, ale mimo wszystko staraliśmy się i efekt – nie tyle wizualny, ale punktowy – był bardzo dobry. W trakcie sezonu przenieśliśmy się do Gutowa.

Grywałeś kiedyś w Football Managera?

Mój ostatni to Liga Polska Manager 97. Częściej grałem w FIFĘ.

Pytam, bo jestem ciekawy, czy w wirtualnej rozgrywce udało ci się kiedyś osiągnąć lepszą passę meczów bez porażki niż w Widzewie.

Wydaje mi się, że nie. Nie przegrać 33 meczów z rzędu to, niezależnie od poziomu, bardzo trudne zadanie. Nam się udało.

Nie było problemów z motywowaniem zespołu po kolejnych zwycięstwach?

W czwartej lidze mieliśmy przed sobą 19 finałów. Musieliśmy wygrać każdy mecz po kolei, żeby odrobić stratę do lidera i awansować. Kiedy rozpoczęliśmy już trzecią ligę, też chcieliśmy pójść od razu za ciosem i zrobić kolejny awans. Z motywacją nie było problemów.

Wrócę do końcówki rundy. Po meczu z Legią II spora krytyka spadła na Michała Chorosia.

Zacznijmy od tego, że zgodnie z przepisami w niższych ligach musi występować co najmniej dwóch młodzieżowców. W poprzednim sezonie w większości ekip walczących o najwyższe cele bronili właśnie młodzieżowcy. Teraz jest podobnie. Nawet w drugiej lidze – w Rakowie Częstochowa, Odrze Opole, Puszczy Niepołomice, Siarce czy Radomiaku, czyli drużynach z czołówki – bronią młodzieżowcy, urodzeni w 1996 czy 1997 roku. Ci zawodnicy, jeśli są dobrze prowadzeni przez trenerów bramkarzy, rozwijają się, robią progres. U nas od początku było widać, że mają problem z grą na przedpolu, ale proces treningowy trenera bramkarzy najwidoczniej nie uwzględnił, że trzeba pracować nad tym elementem. Michałowi trzeba też oddać, że w wielu meczach bardzo pomógł, bo drużyna grała na zero z tyłu, a on wyciągał bardzo trudne sytuacje.

Już przed sezonem ustaliłeś, że miejsce w bramce będzie zarezerwowane dla młodzieżowca?

Tak. Taki miałem zamysł, żeby mieć więcej doświadczonych zawodników w polu. Kiedy pracowałem jeszcze w Legionovii, zawsze graliśmy młodzieżowcem w bramce i dawało to efekty.

To było powodem, dla którego z Widzewa przed sezonem odszedł Michał Sokołowicz?

To była jedna z przyczyn. Do dziś mam z nim bardzo dobry kontakt. On wie, czym ta decyzja była spowodowana. Dzień wcześniej, zanim przyjechał do klubu, pojechałem do niego, do Kutna i przedstawiłem mu, jak wygląda sprawa. Rozstaliśmy się ze wzajemnym szacunkiem.

W bramce Widzewa chciał grać Patryk Wolański.

Był taki temat. Rozmawialiśmy po jednym z meczów w czwartej lidze. Miał kontrakt w Danii, ale byliśmy w kontakcie i mieliśmy wrócić do tematu. Nie trafił do nas, bo byłoby to nie w porządku wobec „Sokoła” i reszty młodych chłopaków, którzy przepracowali cały okres przygotowawczy, gdyby tydzień przed ligą na tej pozycji pojawił się senior. Kadra była dobierana w ten sposób, żeby bramkarzami byli młodzieżowcy.

Wolański zgłosił się sam?

Zadzwonił do mnie, chwilę porozmawialiśmy. Daliśmy sobie czas do najbliższego okienka zimowego, wtedy podjęlibyśmy dalsze decyzje. Jeśli do tej rozmowy dojdzie, to już nie ze mną.

Wielu piłkarzy z własnej inicjatywy zgłaszało się do gry w Widzewie?

Bardzo wielu. Od pierwszych dni letniego okresu przygotowawczego odbierałem dziennie około 100-120 telefonów. Od samych piłkarzy, albo od różnych osób, którzy polecali jakichś zawodników. Czasami mój dzień wyglądał tak, że zaczynałem rozmawiać przez telefon o 10, a kończyłem o 18. Pamiętam, że zimą, jeszcze w czwartej lidze, zgłosił się na przykład Paul Grischok, który wcześniej grał w Widzewie w ekstraklasie. Rozmawiałem o nim z zaufanym kolegą, który obraca się w strefie menedżerów piłkarskich. Nie wydał odpowiedniej opinii, żebym zdecydował się zaryzykować. W czwartej lidze o pozyskanie zawodników z ciekawą przeszłością było ciężko. Nie chcieli przychodzić, bo nie było gwarancji, że zespół awansuje. A płace na tym poziomie nie są takie, że zawodnicy mogliby za nie żyć.

A latem, po awansie?

Najbardziej doświadczony i ograny był Daniel Mąka. Znałem go z występów w Polonii Warszawa, kiedy byłem tam asystentem w grupach młodzieżowych. Prezes Ferdzyn zadzwonił któregoś dnia i zapytał, czy bylibyśmy nim zainteresowani. Długo się nie zastanawiałem, bo wiedziałem, że do tej drużyny może wnieść naprawdę dużo. I wniósł. Można powiedzieć, że w tym momencie bez problemu poradziłby sobie poziom wyżej. On, czy Mateusz Michalski, byli ściągani z zamiarem, żeby nie wymieniać później połowy drużyny, a ci, którzy przyszli latem, mogli zostać też na drugą ligę.

Transfery wypaliły.

To zależy. Mąka i Michalski wykonali kawał dobrej roboty, w szatni i na boisku. Doszedł jeszcze Michał Szewczyk z Nadwiślana, który dzieciństwo spędził w Niemczech i ze swoich zadań też wywiązywał się poprawnie.

Piotr Burski?

Zawodnik, którego ściągnął prezes Ferdzyn. Występował wcześniej w MKS-ie Kluczbork, potem w okręgówce, w której strzelił mnóstwo goli. Okres przygotowawczy wskazywał na to, że będzie znaczącą postacią tej drużyny i rzeczywiście tak było. Zdobył kilka ważnych bramek, a jego trafienia przełożyły się na ilość punktów.

To, że ostatni mecz rozegrał w Morągu, to przypadek (rozmawialiśmy jeszcze zanim pojawiła się informacja o odejściu Burskiego z Widzewa – przyp. aut.)?

Z tego, co wiem, ma jakieś problemy zdrowotne. Dotykają nie tylko jego, bo również Okachi zgłosił uraz po Morągu.

Ktoś jeszcze zgłosił uraz po Morągu?

Musiałbym sobie przypomnieć…

Czytałeś komentarze w Internecie po przyjściu do Widzewa?

Nie czytałem i myślę, że dobrze zrobiłem. Ani jak przychodziłem, ani jak odchodziłem.

Na pewno wiesz, jakie pojawiały się wtedy opinie. Że młody, że „kogo oni wzięli”…

Mój asystent był jeszcze młodszy ode mnie. Mateusz Oszust, były bramkarz Motoru Lublin, 23 lata. Też osoba, która przez cały czas się rozwija, jeździ na kursy związane z przygotowaniem motorycznym. Mimo młodego wieku zna się na robocie bardzo dobrze. Skończył pracę w Widzewie zaraz po pierwszej rundzie.

Dlaczego?

Chodziło o problemy między nim a niektórymi ludźmi, związanymi blisko z Widzewem. Nie chciał tego kontynuować. Później był Łukasz Kabaszyn, mój serdeczny kolega z Opola. Typowy drugi trener, odpowiadał za części wstępne na treningach. Został zwolniony po drugim meczu na wiosnę, przepracował trzy i pół miesiąca. Nie zgadzałem się z tą decyzją i jasno o tym mówiłem.

Pewnie ci to nie pomogło.

Na pewno. Dla mnie niedopuszczalne było podziękowanie drugiemu trenerowi za pracę po drugim wygranym meczu. Jego obowiązki przejął Daniel Maczurek, wtedy kontuzjowany.

Jak do tego doszło?

Porozmawialiśmy po jednym z treningów przy kawie. Zapytałem, czy mógłby pomóc. Jego praca ograniczyła się do rozkładania znaczników, czapeczek czy prowadzenia krótkich części treningowych. Musiałem mieć kogoś do pomocy. Bardzo ważne w budowaniu sztabu jest to, by mieć wokół siebie osoby, którym ufasz i które pchają wózek w tę samą stronę, co ty. Nie może być sytuacji, że jeden z członków sztabu – po dwunastu wygranych meczach, kiedy remisujemy z drużyną Zjednoczonych Bełchatów – idzie do mediów i nadaje na zespół. Przykłady Piotra Stokowca z Zagłębia Lubin czy Marka Papszuna z Rakowa Częstochowa pokazują, że o wiele łatwiej pracuje się wtedy, gdy wszyscy wykonują dobrą robotę i pchają wózek w tę samą stronę, niż wówczas, gdy jest osoba, która nie pomaga.

Po zwolnieniu Kabaszyna dostałeś jasny komunikat, że klub nie zatrudni już drugiego trenera?

Tak. Było wiadomo, że do końca sezonu muszę grać sam. Presja była bardzo duża. Większość osób żyje czasami, w których Widzew grał w ekstraklasie, albo nawet w pucharach. Wydawało im się, że strzelone gole powinniśmy zaczynać liczyć dopiero od trzech. Ważna jest świadomość, że Widzew był wtedy klubem czwartoligowym. Dopóki ludzie będący blisko klubu nie zdadzą sobie z tego sprawy, będzie dochodziło do częstych zmian trenerów czy zawodników.

Co dalej stało się z Maczurkiem?

Miał zerwane więzadła. Bardzo ciężko było mu się doprosić o rehabilitację, ale w końcu się udało. Miał przygotować się w drugiej drużynie, zanim dojdzie do pełnej sprawności, ale przestał grać w piłkę i zajął się trenowaniem młodzieży w jednej z prywatnych akademii w Łodzi. Teraz przebywa chyba w Norwegii, w pracy. Później do sztabu przyszedł Mateusz Kozieł. W tym samym dniu pożegnaliśmy się z pracą, on kilka godzin wcześniej ode mnie.

Pytałem już o kilku zawodników, zapytam jeszcze o Damiana Dudałę.

Jeden z większych talentów SMS w Łodzi. Szedł do Jagiellonii, do trenera Probierza, razem z Kamilem Świderskim, przy czym Świderski szedł tylko „na dokładkę”. Według opinii ludzi ze środowiska łódzkiego, głównym transferem był Dudała. Niewłaściwie pokierował swoim życiem, swoją karierą. Wielu zawodników całe życie pracuje na to, żeby znaleźć się w ekstraklasie. On miał wszystko podane na tacy. 17 lat, bardzo dobre miejsce do rozwoju przy trenerze, który lubi wprowadzać młodych zawodników. Zamiast skupić się wyłącznie na pracy, miał w głowie inne rzeczy, więc został cofnięty do Łodzi. W czwartej lidze przerastał ten poziom rozgrywek, jednak rzeczy pozasportowe zdecydowały, że gra teraz w czwartej lidze opolskiej, w Pogoni Prudnik, która znajduje się na ostatnim miejscu w tabeli. To pokazuje, jak szybko można być na szczycie i się cofnąć. Damian ma dopiero 19 lat, więc jeśli weźmie się za siebie, ma szansę wrócić. Bo tam, gdzie był, nie znalazł się przypadkiem. Po prostu dokonywał niewłaściwych wyborów.

Gdybyś w trzeciej lidze miał Dudałę w formie, grałby w pierwszym składzie?

Miałby ogromną szansę. Gość miał wielki potencjał!

Kiedy poczułeś, że atmosfera wokół ciebie gęstnieje?

Przed meczem z Huraganem miałem informacje, że może dojść do różnych zmian na górze. A o tym, że byliśmy cały czas pod prądem, wiedzieliśmy już dużo wcześniej. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest wiele osób, którym nie odpowiada fakt, że to my prowadzimy ten zespół.

Kibicom odpowiadało?

Ciężko stwierdzić. Po rozegraniu praktycznie całej rundy na wyjeździe wszyscy powinni być zadowoleni ze zdobyczy punktowej. Wiadomo, że najlepiej by było, gdybyśmy prowadzili, ale w zaistniałej sytuacji chcieliśmy mieć jak najmniejszą stratę, bo u siebie można zrobić wszystko. Raz się już udało i nie widziałem przeszkód, żeby miało się udać drugi raz. Na naszą korzyść działałby okres przygotowawczy i kilka wzmocnień zawodnikami z poziomu pierwszo- lub drugoligowego.

Miałeś upatrzonych konkretnych ludzi?

Miałem, z widzewską przeszłością. Nie chcę mówić, kogo, bo nie wiadomo, jak losy tych chłopaków się potoczą.

A propos transferów, pamiętam krytykę za „zaciąg z Bzury Chodaków”.

Ci zawodnicy mocno przyczynili się do awansu. Strus i Gromek grali, zdobywali bramki, asystowali. Był Kacper Bargieł, który w trakcie sezonu wszedł na środek obrony za Damiana Dudałę i radził sobie bardzo dobrze. I Kamil Bartosiewicz, który – póki nie miał problemów zdrowotnych – był również bardzo ważną postacią. Mało zawodników gra jeden na jednego z taką szybkością i dynamiką jak on. Jeszcze Krzysiek Możdżonek, który w czwartej lidze za dużo nie pograł, bo środek mieliśmy bardzo mocny. Dopiero po awansie zaczął zbierać minuty i grać bardziej regularnie. Robi różnicę. Potrafi grać w piłkę, tylko musi w to w końcu uwierzyć.

Potrafisz wskazać swój najlepszy mecz w Widzewie?

Myślę, że nie ma jednego. Pod względem emocjonalnym dwa najlepsze to mecz z Omegą Kleszczów w czwartej lidze, kiedy goniliśmy wynik i wygraliśmy 2:1. Taki sam był mecz z Concordią Elbląg. Duża dawka emocji, duże przeżycie. Pod względem samej gry dużo było spotkań, w których kontrolowaliśmy ich przebieg, tworzyliśmy sytuacje.

A najgorszy?

Ten ostatni, z Morągiem. Przegraliśmy bezapelacyjnie. Wcześniej graliśmy z Jagiellonią i ŁKS-em, przez co byliśmy mocno wypompowani emocjonalnie. Przed tym spotkaniem drużyna nie dostała bodźca mentalnego.

O co jesteś mądrzejszy po roku pracy w Widzewie?

O interakcje z ludźmi. Z każdym trzeba rozmawiać inaczej, na innym poziomie. To, co mnie spotkało, jest ogromną bazą doświadczenia i lekcją tego, jak zachować się w poszczególnych sytuacjach. Najważniejsze, to być wytrwałym i w dalszym ciągu pracować ciężko na sukces.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI (@mateosokolowski)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s