Marcin Burkhardt: – Stałem się człowiekiem z łatką

SIEDLCE 24.08.2016 MECZ 6. KOLEJKA I LIGA SEZON 2016/17 POLISH FIRST LEAGUE FOOTBALL MATCH: POGON SIEDLCE - MKS KLUCZBORK MACIEJ KOWALCZYK MARCIN BURKHARDT FOT. MARCIN SZYMCZYK/ 400mm.pl

W reprezentacji Polski rozegrał dziesięć spotkań. Jak na skalę talentu, który posiadał, wydaje się, że zdecydowanie za mało. Jako nastolatek wchodził do bardzo doświadczonej szatni Amiki Wronki, później stał się ostatnim zawodnikiem, który założył koszulkę Legii Warszawa z numerem 10. Dziś Marcin Burkhardt występuje w I-ligowej Pogoni Siedlce, ale o tym, jak się gra w piłkę, jeszcze nie zapomniał.

Zagramy w szachy, czy nadal jesteś na to za młody? W końcu kiedyś powiedziałeś, że na razie jest czas na zabawę w dyskotekach, a gdy będziesz starszy, zaczniesz relaksować się przy szachach.

Kiedyś rzeczywiście użyłem takiej metafory. Był czas, aby odreagować, człowiek był młodszy, za dużo się nie zastanawiał, wypowiadając te słowa. Byłem w Legii, w reprezentacji Polski, wydawało mi się to naturalne, ale życie okazało się nieco inne.

16 września minęła bardzo ważna dla Ciebie rocznica. Pamiętasz, jaka?

Debiut w ekstraklasie? Pamiętam, to był mecz z Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski, dorzucałem z rzutu rożnego Jarkowi Bieniukowi. Ale kogo ja wtedy zmieniałem… Jacka Dembińskiego?

Nie trafiłeś.

Mariusza Kukiełkę! Z pamięcią jest w miarę, ale trochę mnie zaskoczyliście. Czas leci. „Kukła” zawsze był twardy, typowa szósteczka, taki zdrowy przecinak. Robił wrażenie.

Zwłaszcza na Tobie – młodym chłopaku, który wszedł do bardzo mocnej szatni.

Fakt, w zespole byli jeszcze Jurek Podbrożny, Darek Gęsior, Jacek Dembiński, Paweł Kryszałowicz, Grzesiek Szamotulski… Ten ostatni mnie i Darka Dudkę wziął pod swoje skrzydła, niczym starszy brat.

Raz obronił Cię nawet przed gniewem Józefa Młynarczyka.

Tak, Szamo opisywał to w swojej książce. Byliśmy na obozie, choć te różniły się od dzisiejszych. To były bardziej wyjazdy integracyjne, na których młody dostawał torbę albo plecak, które musiał wypełnić suwenirami dla starszych zawodników. Wiadomo, że chodziło o słodycze, tylko prezenty wysokoprocentowe. Czasem można było nawet z nimi posiedzieć, wtedy człowiek czuł się doceniony. Szamo trochę przekręcił tę historię. Było tak: trener przyszedł do Grześka o czymś porozmawiać, a ja byłem u niego w pokoju. Schowałem się do szafy, wiadomo, małolat się bał. Szamo wtedy ostrzegł szkoleniowca i nieco mnie uratował. Tamten obóz był ciężki do przetrwania, zarówno pod względem fizycznym, jak i integracyjnym. Trzeba było się wprowadzić do zespołu.

To były jeszcze czasy chrztów?

Tak, choć nie do końca tych hardcore’owych. Czasy, w których, jak to się mówi, dużo się piło i dobrze grało. Gdy po meczu przydarzyła się impreza, następnego dnia na treningu wszyscy zapierdalali na maksa. Nie było, że ktoś narzekał, że boli go brzuch. Kwestia charakteru, panowie z wąsami, te sprawy. Inna mentalność.

Kto w tamtej szatni wiódł prym?

Na pewno wiodącą postacią był Szamo. Mocnymi jednostkami byli też Jarek Bieniuk i Tomek Dawidowski. Sporo do powiedzenia miał Paweł Kryszałowicz, ale ten tercet był raczej umoralniający, rodzinny. Grzesiek Król też działał, Jurek Podbrożny… Nie zapomnę wyjazdów z Jurkiem, w czasie, gdy funkcjonowały jeszcze słynne kroplówki. Zawsze gdy wracaliśmy z meczu, lekarze podłączali nas pod kroplówki. Jurek zawsze jedną wypijał duszkiem, a to była woda z solą fizjologiczną, więc raczej walorów smakowych wielkich nie miała. Potem przechodził do kolejnej, własnej kroplówki, którą musieli mu podać już nie lekarze, a młodzi.

Jak wspominasz Wronki? Niby ekstraklasa, ale jednak wieś.

Dla młodego chłopaka było to o tyle dobre, że nigdy nie było wielkiej presji wyniku. Oczekiwano od nas zazwyczaj miejsca w czołowej szóstce, co przy takim potencjale kadrowym nie było trudnym zadaniem. Pieniądze wpływały na czas, premie lepsze niż teraz. We Wronkach jednak nie mieszkałem, z większą grupą dojeżdżałem z Poznania. Co ciekawe, mieszkałem w internacie, z którego zostałem wyrzucony.

Aż boimy się zapytać, za co.

Za nieutrzymywanie porządku! Były kontrole czystości, za które można było dostać minusowe punkty. Jako piłkarz raczej miałem inne priorytety niż układanie pościeli w kosteczkę, więc szybko nazbierałem tyle, że musiałem się wyprowadzić. Dojeżdżaliśmy więc samochodem, najlepiej było z Jarkiem Bieniukiem, bo miał wielkie, rodzinne auto. Co innego działacze – jeździli, czym się dało, często niezbyt trzeźwi. Ale to były inne czasy, nikt nie biegał z aparatem w telefonie, byle tylko coś nagrać i wysłać do tabloidu.

Też się trochę bawiłeś, ale paradoksalnie, wyszło Ci to na dobre. Amica nie chciała Cię przecież wypuścić i „afera piwna” pomogła Ci opuścić Wronki.

Zawsze się śmiałem, że to był mój najlepszy ruch transferowy. Bardzo chciałem odejść do Malagi, Hiszpanie położyli na stole albo dwa miliony marek, albo euro, nie pamiętam. Amica nie przyjęła jednak tej oferty, a po kilku latach wzięła 600 tysięcy euro od Legii. Szkoda, że nie udało się wtedy wyjechać. Zmierzyłbym się z poważną piłką, nawet, gdybym się odbił, miałem dopiero 20 lat. O to na pewno mam żal, ale nie jakiś ogromny. Było, minęło. Potem rzeczywiście nadeszła „afera piwna”.

Po tylu latach możesz już chyba zdradzić, jak to rzeczywiście przebiegało?

To nie była jakaś ogromna libacja, bez przesady. Na obozie w Austrii wypiliśmy kilka piw, ale gdy trener wszedł do pokoju, tylko ja trzymałem je w ręku. Zostałem ukarany jako jedyny – Iljan Micanski, Arek Bąk, Marcin Wasilewski i Darek Dudka uniknęli tak poważnych konsekwencji, mieli tylko treningi wyrównawcze. Ja musiałem opuścić hotel i na własną rękę wracać do Polski. Słyszałem mnóstwo historii, że się zataczałem, że coś. Nic z tych rzeczy.

Pojawił się wówczas temat transferu do Wisły Kraków.

Tak, ale zdecydowali się tylko na Darka. Kompletnie nie rozumiem, czemu nie chcieli nas w pakiecie. „Dudi” miał też ofertę z Legii, ale ostatecznie to ja do niej trafiłem. Miałem bardzo dobrą rundę, gdy wywalczyliśmy mistrzostwo, a później wszyscy zaczęli mówić, że się zagubiłem, zachłysnąłem stolicą.

A nie było tak?

Pół roku walczyłem z dyskiem, potem dwa razy naderwałem mięsień dwugłowy. Nie mogłem złapać rytmu, a wiadomo, że w Legii nie ma miejsca na szpital, musisz być cały czas gotowy. Tymczasem ja wracałem do gry, ale zanim się rozkręciłem, znów się coś przytrafiało. Potem ktoś rzucił hasło „grupa bankietowa” i tak dostałem łatkę.

Wszędzie jednak się trzymałeś ze starszymi zawodnikami.

W Legii faktycznie, też tak było, choć nie miałem problemu z nikim. Dobra atmosfera to podstawa do budowania wyniku. Musi być taktyka, bieganie, ale każdy musi też za każdym iść w ogień. Może to też nie do końca niektórym trenerom pasowało. Atmosferą zdobyliśmy mistrzostwo w 2006 roku. Koszulki upieprzone od błota, pozdzierane łokcie, to nie bierze się znikąd. To był jeden zespół. Później pojawiła się napinka na awans do Ligi Mistrzów, transfery. W szatni powstały grupki i już nie szło tego ratować.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Jak podzieliła się szatnia?

Swoją grupę utworzyli Brazylijczycy. Jeśli w zespole jest jeden, wszystko gra. Gdy jest dwóch, też jest ok. Gdy pojawia się trzeci, robi się tak sobie, a czwarty i piąty to gwarant, że będzie do dupy. Brazylijczycy są tylko przykładem, to dotyczy każdej narodowości.

Legia stawiala wtedy na wielu młodych zawodników. Ty, Maciek Korzym, Dawid Janczyk, Marcin Klatt, Marcin Smoliński… Dlaczego z tego grona właściwie tylko Łukasz Fabiański i Jakub Rzeźniczak zrobili poważną karierę?

To nie jest przypadek, ale też nie każdy jest w stanie podołać. Jeśli dwóch dało radę, to też dobrze. Kwestia szczęścia, zdrowia. Marcin Klatt miał papiery na granie, ale posypały mu się więzadła krzyżowe i po chłopaku. „Smoła” też miał duży talent, ale miał olbrzymią konkurencję w środku pola. Vuković, Surma, później na tę pozycję przesuwany był Roger… Był również Junior, którego nazywaliśmy „Fantomasem”. Marcinowi ciężko było się przebić.

A Dawid Janczyk?

Trudno mi uwierzyć w tę całą historię. Znam Dawida z zupełnie innej strony. Nie przyjmuję do wiadomości, że tak się to potoczyło. Może wpłynęła na to kapusta, którą dostał, może nie wytrzymał presji związanej z oczekiwaniami. To był zawsze bardzo spokojny, wręcz nieśmiały chłopak. Nie jestem w stanie wyjaśnić, co tam się stało.

Co może wpływać na fakt, że tacy zawodnicy giną? Przecież w Legii to była grupa wyselekcjonowanych graczy, nie przypadkowa zbieranina.

Futbol jest sztuką podejmowania właściwych decyzji. Przebywania z odpowiednimi ludźmi, właściwego prowadzenia się, doboru dobrego momentu na transfer. Jedna zmiana klubu może posypać wszystko. Nie wiem, czy moim błędem nie było odejście z Legii i przenosiny do Szwecji. Byłem wtedy wkurzony tym, że nie grałem i się uparłem. Dostałem wolną rękę i zacząłem szukać klubu. Mimo, że dobrze wypadłem na obozach przygotowawczych z Legią i szkoleniowiec chciał, bym został. Odparłem, że jestem już po słowie z Norrkoeping i nie będę już niczego odwoływał. Może to był właśnie mój błąd.

W historii Legii zdążyłeś się jednak zapisać.

Tak, jako ostatni zawodnik występujący z numerem 10. Koszulkę w gablocie na ścianie mam.

bury2

W Szwecji spisywałeś się już bardzo dobrze.

Tak, ale znów zacząłem walkę z kontuzjami. Miałem operację przepukliny, zespół spadł z ligi. Wkrótce jednak doszedłem do siebie, odbudowałem. Przygotowali mnie jak maszynę, czułem się chyba najlepiej w życiu. Jak już wskoczysz na właściwe tory, jest bajka. Prosto z drugiej ligi szwedzkiej trafiłem przecież na testy do Metalista Charków i robiłem tam, co chciałem. A to był Metalist, który był jedną z największych sił ligi ukraińskiej.

Za wiele w nim jednak nie pograłeś. Z jaką konkurencją musiałeś się zmierzyć?

To była w ogóle bardzo zabawna sytuacja. Zespół był na obozie w czerwcu albo lipcu. Jeden z ich najlepszych piłkarzy, Oleksandr Rykun… wypadł na zgrupowaniu z okna na pierwszym piętrze i połamał rękę z przemieszczeniami. Klub zakontraktował mnie i Aleksieja Eremenkę. Na początku więc grałem, ale na lewej pomocy, bo w środku operował właśnie Eremenko. Gdy do gry wrócił Rykun, nie było już szans. Jedyną taktyką zespołu było bowiem zagranie piłki do niego, a ten miał coś z nią zrobić. Z perspektywy czasu sądzę, że zbyt łatwo się poddałem, można było powalczyć.

Na Ukrainie rzeczywiście są takie kontrasty?

Tak, to dało się dostrzec. Na ulicach marszrutki na gaz, bida. Krajobraz powojenny. Moja kasa się jednak tam zgadzała. Najlepszy kontrakt w życiu, nie ma nawet o czym mówić.

Trafiłeś do Jagiellonii Białystok, w której się odbudowałeś.

To prawda, trzeba jednak pamiętać, że to jednak inny poziom. Niczego nie ujmując chłopakom z Jagi, bo mieliśmy bardzo dobry zespół, ale w Charkowie byli przepiłkarze. W Metaliście nie odstawałem, nie czułem się patałachem, ale na pewno zabrakło mi charakteru. A co do Jagi, udało się wywalczyć Puchar Polski, zagraliśmy fajne mecze z Arisem Saloniki w Lidze Europy. Dobry początek, ale rok później przydarzył się ten nieszczęsny Irtysz Pawłodar. Roman Kołtoń obarczył winą mnie i Tomka Frankowskiego. Że jak my mogliśmy tak zagrać, że to wstyd. To wszystko nie było jednak takie proste. Pierwszy mecz wygraliśmy 1:0, a w rewanżu trener posadził nas na ławce. Na boisko weszliśmy w drugiej połowie, 40-stopniowy upał, przy stanie 0:2, na sztucznej murawie. Nie jest to łatwa sprawa, a przypomnę, że Dawid Plizga w końcówce zmarnował świetną sytuację, która pozbawiła nas awansu. Jak widać, piłka to małe szczególiki. Detale, jak mawia Tomasz Hajto.

Czemu nie wyszliście w podstawowym składzie?

To był jasny przekaz – musi grać ktoś inny. Trener rządził, ale trzeba było promować innych zawodników.

Po odejściu z Jagiellonii wylądowałeś w azerskim Simurq Zaqatala.

Rozwiązałem kontrakt z Jagiellonią, manager obiecał, że znajdzie mi nowy klub. I tak załatwiał, że zostałem na lodzie. Przez kolegę zorganizowałem sobie testy w Simurq na obozie w Austrii. To był totalny casting, przyjechali na zgrupowanie w dziewięciu, wrócili do Azerbejdżanu z pełną kadrą. Niezły czad tam był.

Co masz na myśli?

Mieszkaliśmy w bazie olimpijskiej sprzed 40 lat. Grzyb na ścianie, żarcie opierało się na kościach z kurczaka i makaronie, z którego płynęła woda czy jakiś olej, cholera wie, co to było. Czasem jeździliśmy do Baku i tam w normalnej restauracji można było się najeść. Przez dziesięć miesięcy na śniadanie codziennie jedliśmy dwa jajka i kanapkę z nutellą. Kiedyś przyjechała tam moja dziewczyna, wyjechaliśmy na mecz do Baku. Tymczasem w Zaqatali przeszło trzęsienie ziemi, wybiło szambo, barak zalany tym po kolana. Całą noc przesiedziała z psem na zewnątrz. Ludzie jeżdżący na osłach… Kosmos. Ale poziom sportowy kilku najlepszych zespołów był całkiem niezły. Możemy się śmiać, a Karabach Agdam leje w pucharach polskie zespoły. Zatrudniają konkretnych piłkarzy i trenerów. U nas mówią: kurwa, zaścianek. Pod pewnymi względami tak, ale poziom futbolu już dobry.

Wspomniałeś kiedyś, że w Simurq drużynie było nie po drodze z trenerem.

Tak, bo nie przyjechaliśmy do Azerbejdżanu po to, aby świadomie przegrywać mecze i taki był problem. Jako obcokrajowcy chcieliśmy tam grać i zarabiać pieniądze, a nie robić jaja. Nic się nie potwierdziło, ale dało się wyczuć bukmacherkę. Grasz mecz i czujesz, że kilku kolegów gra przeciwko Tobie. Koszmar.

Z Zaqatali trafiłeś do Miedzi Legnica, ale już z łatką.

Pewnie. Tylko wyjechałem i już pojawiła się opinia piłkarza skończonego. Taka nasza mentalność. Nie miałem innej możliwości niż powrót do Miedzi. Dla wszystkich byłem szrotem.

W Legnicy rozegrałeś kilkanaście spotkań i znów obrałeś nietypowy dla polskich piłkarzy kierunek, czyli Bułgarię.

Widzicie, to właśnie kwestia podejmowania właściwych wyborów. Chciałem jak najszybciej grać.

Liga bułgarska chyba wcale nie jest taka słaba, jak się może wydawać?

Dziękuję, że to zauważyliście. Wszyscy myślą, że to liga półamatorska, a tymczasem taki Łudogorec Razgrad właśnie drugi raz awansował do Ligi Mistrzów, wcześniej grał w niej Lewski Sofia, a my ile lat czekaliśmy na awans polskiej drużyny? Ma taki wizerunek, bo gdy oglądasz transmisję, masz wrażenie, że to polska liga sprzed 15 lat. Tymczasem gdy chłopakom z Bułgarii puściłem mecz polskiej ligi, pytali: co to jest? Co to za rąbanka? Polska liga jest po prostu świetnie opakowana. Wracając do tematu, w Czerno More Warna bardzo fajnie się wprowadziłem. Zdobyliśmy krajowy puchar i co? Kontuzja. Problemy przeciążeniowe, mieliśmy bardzo krótką przerwę, tylko tydzień pomiędzy rozgrywkami a startem nowego sezonu. Grałem na przeciwbólach, przyjmowałem zastrzyki. Blokady puszczały, a potem czułem, że czworogłowy tym razem ciągnie. I tak cały czas…

Ochoty na dalsze podróże jednak Ci nie minęła. Po Szwecji, Ukrainie, Azerbejdżanie i Bułgarii przyszedł czas na Norwegię i Ullensaker/Kisa.

Po powrocie do Polski trenowałem przez pewien czas z Jagiellonią. Liczyłem, że może dostanę szansę na pół roku, ale trafiłem już za późno. Drużyna była już w treningu, ja zaczynałem. Zszedłem do rezerw i tam dostałem propozycję z Norwegii, gdzie wyjechał też ze mną Michał Pawlik. Szukali kogoś doświadczonego, kto przytrzyma im grę. Poleciałem, zobaczyłem – super, zostaję, przytrzymam im grę. Problem polegał na tym, że nikomu na tym nie zależało. Łup, łup, piła od szesnastki do szesnastki i trzeba było tylko biegać. Gdy chciałem pograć piłką w środku, dostawałem zjebkę: tu się tak nie gra, tu dostajesz piłkę i lutujesz na chorągiewkę, niech tam napastnik walczy! Po pewnym czasie dowiedziałem się, że nie byłem wyborem trenera, tylko… sponsora. Gość miał firmę budowlaną, zatrudniał dużo Polaków i zapragnął mieć dwóch piłkarzy znad Wisły w zespole, żeby rodacy przychodzili na stadion. Mieszkałem z Dawidem Pietrzkiewiczem, wszystko poukładane. Brakowało tylko dobrej nawierzchni, bo była sztuczna trawa, ale starej generacji. Za wiele tam jednak nie pograłem.

SIEDLCE 06.09.2016 MECZ 7. KOLEJKA I LIGA SEZON 2016/17 POLISH FIRST LEAGUE FOOTBALL MATCH: POGON SIEDLCE - BYTOVIA BYTOW MARCIN BURKHARDT FOT. MARCIN SZYMCZYK/ 400mm.pl

Pogoń Siedlce nie była chyba pierwszym wyborem. W grę wchodziło Zagłębie Sosnowiec.

Trochę podpaliłem się na ten Sosnowiec. Trener Jacek Magiera, fajny zespół, tworzony pod awans. Rozwiązałem kontrakt, miałem czekać tylko na telefon z Zagłębia, kiedy mam przylecieć. Nikt nie zadzwonił, w końcu zrobiłem to sam. Okazało się, że któryś z prezesów to zablokował. Na szczęście odezwał się Tomek Bandrowski, który zaoferował mi Pogoń. Spodobałem się i tak tutaj trafiłem. Tutaj też jest kilku ciekawych zawodników, taki Grzesiek Tomasiewicz może spokojnie grać w piłkę na wysokim poziomie. Rafał Makowski kiedyś wychodził ze mną za rękę na Legię, a dziś trzymamy razem środek pola w Siedlcach. Życie jest przewrotne.

Rozmawiali Emil Kopański i Tomasz Obrępalski

Fot. Legia.Net/Marcin Szymczyk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s