Paweł Nowotka: – Nie było Dźwigały, nie było treningu

nowotka

(fot. Facebook / blekitniraciaz.eu)

Paweł Nowotka to jeden z tych piłkarzy, którzy w ostatnich latach przemknęli przez Ekstraklasę jak meteor. Pojawił się w niej niespodziewanie w 2012 roku, podpisując kontrakt z Jagiellonią i spędził tylko pół roku, występując w czterech meczach. W rozmowie przeprowadzonej w swoim rodzinnym Ciechanowie obrońca Błękitnych Raciąż opowiada m.in. o tym, kogo nie lubił Tomasz Hajto, o spaniu na trybunach na stadionie Miedzi Legnica czy agresywnej grze Piotra Świerczewskiego. Zapraszamy!

Jak zaczął się temat Jagiellonii? Pół roku przed przygodą w Ekstraklasie wyjechałeś do niższych lig w Norwegii.

Grałem w Starcie Otwock, spadliśmy akurat z drugiej ligi. Pojechałem na testy do Polonii Bytom. Dwa dni treningów, trzeciego dnia mieliśmy grać sparing. Przed ostatnią nocą okazało się, że nie mam gdzie spać. W klubie kazali mi wziąć materac i jechać do jakiegoś mieszkania z robotnikami, więc spakowałem się i wróciłem do domu. Wtedy Dawid Neścior zapytał mnie, czy chcę jechać do Norwegii. Mówię: – Dobra, nic nie mam, to mogę wyjechać. I pojechaliśmy we dwóch, z Jarkiem Mazurkiewiczem. Na miejscu zapytali nas, czy mamy jeszcze kogoś, kogo można ściągnąć, to wzięliśmy jeszcze Łukasza Choińskiego i Andrzeja Stretowicza. Okazało się, że przyjechało nas za dużo i w klubie nie mogli znaleźć pracy dla całej czwórki. Pracowaliśmy tylko dorywczo. Stwierdziliśmy, że „Mazi” ze Stretowiczem są starsi, więc niech tam zostaną, a my z Łukaszem wróciliśmy. Trenowałem sobie w Ciechanowie, sam. W końcu zadzwonił do mnie trener Dźwigała i zapytał, czy nie przyjadę na testy do Jagiellonii. Pojechałem na jeden obóz, potem drugi, do Turcji. Przez dwa miesiące trenowałem bez kontraktu i właściwie nie wiedziałem, na czym stoję, ale udało mi się wywalczyć miejsce w składzie i po powrocie do Polski podpisałem umowę na pół roku.

Co poza grą w piłkę robiłeś w Norwegii?

Mieszkaliśmy w wiosce, w której nie było bloków. Stoi jeden dom, za dwieście metrów następny. Jeziora, lasy, fajny klimat. Pracowaliśmy dorywczo. Dali nam samochód, mapę i kazali rozwozić ulotki. No to rozwoziliśmy, we dwóch, zawsze się wymienialiśmy. Jak w klubie budowali sztuczne boisko, rozkładaliśmy rolki z trawą. Trenowaliśmy trzy razy w tygodniu, laba była straszna.

Jak wyglądało tam życie?

Nudy były. Przyjechaliśmy akurat w wakacje, mieliśmy łódeczkę, obok było jezioro. Mieli załatwić nam mieszkanie, ale przez dwa miesiące mieszkaliśmy we czterech w takiej altance, która niby była domkiem kempingowym. Obok swój dom miał działacz z klubu i chodziliśmy do niego, żeby korzystać z kuchni. Oni też robili nam obiady. Wychodzisz, masz przed sobą las i jezioro.

A jak z pieniędzmi? W Norwegii życie jest przecież bardzo drogie.

Dostawaliśmy kasę raz na tydzień. Na polskie to były jakieś 2 tysiące złotych. Pamiętam, jak pojechaliśmy sobie na wycieczkę do Oslo. W McDonalds’ie za Big Maca zapłaciłem chyba z 80 złotych.

Dawali wam tylko na jedzenie?

Tak, bo docelowo mieliśmy pracować i czekaliśmy na jakąś stałą pracę. Jak wyjechaliśmy z Łukaszem, to dla nich dwóch akurat praca się znalazła. Do dziś tam siedzą. Pograli chyba jeszcze z rok i przestali, teraz pracują na wykończeniach przy remontach. Zadowoleni, zarabiają duże pieniądze. Stawka za godzinę, na początek, to chyba 140 złotych. Jedzenie rzeczywiście jest bardzo drogie. Jak jechałem pierwszy raz, zabrałem sporo rzeczy z Polski. Makarony, ryże. Później, w Motorze Lublin, poznałem Piotrka Smolca. Też załatwiłem mu wyjazd do Norwegii, w to samo miejsce. Dostał szybko pracę i też jest tam do tej pory. Teraz kupił sobie dom, narzeczoną sprowadził.

Poczułeś ogromną różnicę, gdy nagle znalazłeś się w Jagiellonii?

Widać było całą otoczkę. Media, spotkania z dziećmi w szkołach, kibice. Można było się poczuć piłkarzem. A na treningach – taktycznie na pewno trudniej, za to na boisku jest więcej miejsca. Ale było dużo zawodników, którzy w niższych ligach na pewno by się nie wyróżniali.

Luka Gusić?

Zawsze jak coś się działo, jak popełniał jakiś błąd, od razu mnie pod to podpinali. On grał na lewym stoperze, ja na lewej obronie. Fizycznie wyglądał bardzo dobrze. Pamiętam, że jak graliśmy pierwszy mecz, od razu wzięli go na testy antydopingowe.

Obronę mieliście taką, że gdyby Hajto wszedł na boisko, byłby pewnie najlepszy.

Trenował z nami od czasu do czasu i jako piłkarz był w gierkach lepszy od połowy z nas. Silny, przegląd pola. Byłem pod wrażeniem.

Jakim był trenerem?

Treningi prowadził Dźwigała. Były śmiechy, bo kiedyś trenera Dźwigały nie było na treningu, przychodzi Hajto do szatni i mówi: – Dziś będzie ostry trening, strasznie ciężko! Wychodzimy, trzy kółka, rozgrzewka. – Dobra, schodzimy na kawę! Nie było Dźwigały, nie było treningu.

Kto ustalał skład?

Dźwigała zajmował się taktyką, ale wydaje mi się, że Hajtowy miał więcej do powiedzenia. Poza tym próbował robić atmosferę. Pamiętam, że nie lubił obcokrajowców. Zawsze mówił, że w Niemczech podstawa to dyscyplina na treningach, powtarzalność i detale. Strasznie nie lubił dziennikarza, który prowadził oficjalną stronę klubu. Kiedyś na zakończeniu rundy sobie popili i był moment, że chciał go lać, ale chłopaki go zatrzymali. Nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Godzinę przed treningiem musieliśmy być w szatni. Raz z Bandrowskim się spóźniliśmy, bo nam się pomyliły godziny i musieliśmy zapłacić po trzy stówy. Waga też była sprawdzana regularnie. Problem był zawsze z bramkarzem, Tomaszem Ptakiem. Dwa dni wolnego i już łapał wagę, Hajtowy zawsze go ścigał. Pamiętam jeszcze jak Merab, młody Gruzin, dostał cztery tysiące kary. Nie mogę tylko skojarzyć, za co.

Przeszkadzały ci komentarze, że jesteś w Białymstoku tylko dzięki znajomości z Dźwigałą?

Wziął mnie Dźwigała, ale przecież nie pojechałem i nie podpisałem od razu kontraktu. Byłem na dwóch obozach, grałem w sparingach, dopiero później zdecydowali, że mnie chcą. Komentarze na pewno nie pomagały, zwłaszcza przy takich wynikach. Na Polonii (ostatni mecz Pawła w Ekstraklasie – przyp. aut.) była sytuacja, kiedy przy wyniku 1:1 wyszedłem z bocznego sektora boiska sam na sam z bramkarzem. Gdybym strzelił, może inaczej by się to skończyło. Przegraliśmy wtedy 4:1, a później, na treningu, zerwałem więzadło w kostce.

I przygoda się skończyła.

Trener chciał mnie zostawić na następny sezon, ale nie zgodził się prezes Wołoszyn. Wiem nawet dlaczego. Pejović i Gusić, którzy grali po mojej stronie, to byli jego zawodnicy. Po Jagiellonii byłem jeszcze na testach w Miedzi Legnica. Rano mieliśmy grać sparing, więc wyjechałem poprzedniego dnia wieczorem. Całą noc jechałem, miałem dwie przesiadki. Najpierw z Ciechanowa do Warszawy, potem z Warszawy do Wrocławia, a później do Legnicy. Dojechałem chyba o ósmej rano i zdążyłem przespać się jeszcze chwilę na trybunach. Graliśmy z Młodym Śląskiem Wrocław, wygraliśmy, ale nie było zainteresowania. Wtedy zadzwonił do mnie trener Sawa i poszedłem do Motoru Lublin. Przyszło nas chyba z piętnastu, a celem był awans do pierwszej ligi. Niestety, nie odpaliliśmy na początku, wszystko w papę. I zamiast awansu był spadek.

Tam spotkałeś Piotra Świerczewskiego.

Takiego wyluzowanego człowieka jak on nigdy jeszcze nie poznałem. Na treningach – zero ciśnienia. Sam często uczestniczył, bardzo lubił się zakładać. Kopali piłkę do góry, trzeba było przyjąć ją bez kozła i wejść jeszcze w żonglerkę. Przeważnie wygrywał. Grał strasznie agresywnie, siłowo.

Kiedyś, w ŁKS-ie, na treningu złamał nogę Marcinowi Adamskiemu.

U nas było to samo. Na prostych nogach się wpierdalał, nie patrzył.

Miałeś przyjemność?

Nie, ale niektórzy mieli.

Od ilu lat znasz trenera Dźwigałę?

Poznałem go jak przychodził grać do Otwocka, jeszcze za trenera Moledy (w 2006 roku – przyp. aut.).

Bartek Bobrowski opowiadał nam, że zainicjowałeś kiedyś strajk w jego obronie.

Moleda widział, że młodzi zawodnicy byli bardziej wpatrzeni w jego, niż w trenera. On, Igor Gołaszewski i Adam Warszawski dużo nam podpowiadali, ustawiali na treningach, tłumaczyli, co robimy źle, co dobrze. Był dla mnie naprawdę bardzo dużym autorytetem. I to nie pasowało Moledzie. Pamiętam, jak ściągnął do Otwocka mnie i Tomka Karasia i kazał nam jeść obiady u dyrektor klubu, Doroty Mądrej, która miała firmę cateringową. Robiła naprawdę dobre jedzenie. On u niej zawsze przesiadywał, ale kiedyś się pokłócił i jak on się pokłócił, to nam też zabronił chodzenia na obiady. A jak dalej chodziliśmy, to w końcu się obraził i nie wziął nas na któryś mecz.

W Otwocku mieszkałeś w słynnym hotelu, razem z Grzegorzem Królem.

„Królik” raz był na treningu, a raz go nie było. Dźwigała wziął go, żeby doszedł do siebie, odżył jakoś. Było tak, że przez tydzień potrafił się przyłożyć, biegał grubo ubrany na treningach, ale przychodził weekend i znikał na trzy dni. Nie raz byliśmy z nim w kasynie w Marriottcie, braliśmy go, bo się na tym znał. Czasami pomagał nam wygrać.

Z jaką kasą tam chodziliście?

500, 1000 złotych. Nie grubo, ale tak, żeby starczyło na granie. Czasami zdarzyło się wygrać 2 tysiące. Jak się wygrało, to się wychodziło. Jak się przegrało, też się wychodziło. Nikt się nie wciągnął.

Nie wybierasz się jeszcze do Norwegii?

Powiem szczerze, że mi się nie chce. Mam narzeczoną, niedawno kupiliśmy mieszkanie. Tutaj nie mam źle. W Błękitnych Raciąż jest słowny prezes. Jak przychodziłem, dostałem pieniądze za pół roku z góry.

ROZMAWIALI TOMASZ OBRĘPALSKI I MATEUSZ SOKOŁOWSKI

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s