Mateusz Prus: – Byłem na kompletnym dnie. Do dziś nie wiem, jak z tego wyszedłem

mateuszprustt

Bramkarz, który rozegrał kilkadziesiąt meczów w Holandii, a później wrócił do Polski i gdzieś przepadł – w ten sposób jest postrzegany przez większość osób interesujących się polską piłką. Historia Mateusza Prusa ma jednak wiele wątków, a Holandia to tylko jeden z nich. Przeczytajcie o życiu za kilka złotych dziennie, gigantycznych kredytach, modlitwie i spełnianej obietnicy. A przy okazji – o grze w piłkę.

Dzień przed finałem Mistrzostw Europy wstawiłeś na Facebooka zdjęcie z Danilo Pereirą z czasów wspólnej gry w Rodzie Kerkrade. Dzień później on cieszył się ze złotego medalu, a ty…

A ja jestem w trochę innym miejscu. Ale nie chodzi o to, gdzie się jest. Wartość człowieka mierzona jest w tym, ile potrafi się z siebie wyciągnąć. Rzeczywiście, z Danilo znamy się z Rody. Na koniec, jak odchodził z klubu i zdawał mieszkanie, mieszkał nawet u mnie przez trzy tygodnie, więc trochę mu pomagałem.

Teraz sam miałeś ciekawą sytuację z mieszkaniem.

Błąkam się trochę po Warszawie. Taki miałem lipiec. Chciałem przeczekać, zobaczyć jak to się ułoży. Byłem w trakcie podpisywania umów, szukania studiów, więc nie wiedziałem, gdzie zamieszkać. Zdarzyło mi się nawet spędzić jedną noc w samochodzie.

Jak to wyszło?

Głupio było mi wracać w jedno czy drugie miejsce, w których byłem już dość długo. Ktoś, kto miał mnie przenocować, po prostu przyimprezował i nie odbierał telefonu. Pomyślałem, że prześpię się w samochodzie, na stacji benzynowej.

Rozpocząłeś sezon w III-ligowym Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Tak nisko jeszcze nie grałeś.

Słyszałem już dużo głosów: z niego nic nie będzie, niech się zajmie czym innym. Albo: jak to jest, że zawodnik, którego można było oglądać na Polsacie Sport nagle siedzi gdzieś na ławce, a potem słuch o nim ginie. Są takie docinki, ja się wcale nie dziwię. Ale jeśli ktoś dokładnie śledzi moje poczynania wie, że po drodze wyglądało to różnie. Można usprawiedliwiać się brakiem szczęścia, ale ja tego szczęścia wybitnie nie miałem. Na razie jestem tutaj, w trzeciej lidze. Może spadnę jeszcze niżej?

Wspomniałeś coś o studiach.

Będę studiował ekonomię, rynki zagraniczne. Ze szkołą nigdy nie byłem na bakier, zawsze ciągnęło mnie do nauki. Kiedy leczyłem ciężkie kontuzje, chciałem iść na medycynę. Intensywnie uczyłem się do rozszerzonej biologii oraz chemii, ale w końcu – po dwóch latach przerwy spowodowanej dwiema operacjami – okazało się, że będę grał, więc z tego zrezygnowałem.

Medycyny mogłeś uczyć się nawet, a może przede wszystkim, na sobie.

Miałem taką kontuzję, że pytanie brzmiało nie: czy będę grał, ale: czy będę mógł chodzić, normalnie się poruszać. Chodziło o kości kulszowe. Obustronne awulsyjne złamanie. Przyczyną był zbyt ciężki trening w zbyt młodym wieku, przez zbyt długi okres czasu. To wszystko postępowało stopniowo. Były dziwne bóle, które brały się znikąd, nieprzespane noce, odrętwienia, kłucia, które nie pozwalały na przejście ani jednego kroku. Raz to było, raz nie było. Czasami można było trenować, czasami ciężko było nawet chodzić. To był czas, kiedy szykowałem się do wyjazdu do Francji. Byłem na testach w FC Metz i powiedzieli, że gdy skończę osiemnaście lat, podpiszą ze mną kontrakt. I rzeczywiście, po mojej osiemnastce zadzwonili, ale wtedy miałem już wyznaczony termin pierwszej operacji. Prześwietlenie pokazało, że moje kości wyglądają jak po ciężkim wypadku. Nikt mi wtedy nie pomógł, a operacja była bardzo droga. Rodzice musieli brać bardzo wysokie kredyty. W sumie, za dwie operacje i rehabilitację, zapłacili około 90 tysięcy złotych.

Straszne.

Nie dało się zrobić tego na fundusz. To był pierwszy moment, kiedy wszyscy się na mnie wypięli. I nie ostatni, jak się potem okazało. Operacja była w Łodzi. Znalazł się szpital, bardzo dobry lekarz. Znalazła się fundacja, która opłaciła mi stancję na czas rehabilitacji. Operacja jednej nogi, później okazało się, że drugą też trzeba operować. Nie wiem do dzisiaj, jakim cudem ja z tego wyszedłem.

Jak znosili to rodzice?

O wielu rzeczach po prostu nie wiedzieli. Nie mogłem przecież powiedzieć im, że mieszkam w przejściowym pokoju, w starym mieszkaniu. Że śpię na zapadającym się łóżku, a po ścianie czasami chodzą karaluchy. Że czasami nie miałem czego zjeść, że żyłem za jakieś osiem złotych dziennie. Czasami liczyłem na innych pacjentów czy doktora, który od czasu do czasu kupował mi obiad. Spędziłem tak w Łodzi trzynaście, może czternaście miesięcy. Chodzenie o kulach, liczenie każdej złotówki, nawet pięćdziesięciu groszy. Fundacja płaciła mi za mieszkanie, pokój kosztował chyba trzysta złotych. Na szczęście trafiłem na świetnych ludzi. Mieszkałem z dwiema studentkami. Jedna była na medycynie, dawała mi korepetycje z chemii. Symbolicznie, za kilka złotych. Druga pracowała w jakiejś korporacji. Nieprzespane noce przez ból, dużo myślenia, nóż na gardle. Jednocześnie wszyscy się ode mnie odwrócili. Ale ja też zerwałem wcześniej trochę kontaktów, wiedząc, że przecież zaraz mam wyjeżdżać do Francji… Nagle byłem na kompletnym dnie, nie wiedząc, jak będzie wyglądał kolejny dzień. Rodzicom też było bardzo ciężko. Ojciec ma swoją firmę, mama jest nauczycielką. Spłacanie kredytów nie było łatwą rzeczą.

Zżyłeś się ze swoimi współlokatorami?

Jedna osoba jest właśnie w Warszawie, wyszła już za mąż. Pamela. Niedługo mamy się zobaczyć. Pamiętam, że zawsze mogłem liczyć na jej uśmiech.

Jak przez te wszystkie miesiące wyglądał twój typowy dzień w Łodzi?

Wstawałem bardzo późno. Jechałem na rehabilitację, zawsze bez biletu, bo takie były warunki. O trzynastej zaczynałem. Cztery, pięć godzin. Wracałem w godzinach szczytu, lubiłem przejść się po galerii handlowej, nawet o kulach. Popatrzeć sobie na jakieś inne życie, na rzeczy w sklepach. Wracałem, była siedemnasta. Chwilę odpocząłem i szedłem do kościoła.

Codziennie?

Tak. Później, przy kościele, jadłem taniego hamburgera. To też było nieodłączne. Wracałem do mieszkania, uczyłem się przez kilka godzin. Łapała mnie noc. Nie mogłem spać, bo bolało. Zasypiałem w końcu nad ranem i spałem do południa. Nikt do mnie nie przyjeżdżał, nie chciałem nikomu pokazywać tego życia.

Rodzice nigdy nie chcieli cię odwiedzić? Nie pytali, jak ci się żyje?

Mówiłem, że jest dobrze. Mamie pewnie pękło by serce, gdyby to zobaczyła. Inna sprawa, że rodzice mieli swoje problemy i przy kredycie nie za bardzo mogli w ogóle przyjechać, po prostu. Musieli pracować i pracować. Swoją drogą, to nie były moje pierwsze problemy. Już wcześniej, we Wronkach, miałem ciężko, bo trafiłem do internatu, gdzie ludzie chcieli mnie w jakiś sposób zniszczyć. Dodatkowo miałem przewlekłe problemy z kręgosłupem i nawet podejrzenie nowotworu.

Ile miałeś wtedy lat?

Szesnaście. Były różne bóle. Miałem USG, niby nic nie pokazywało, ale rodzice załatwili mi wizytę u znajomej ordynatorki. Po prześwietleniu od razu skierowano mnie na tomografię, a po tomografii, w najbliższym możliwym terminie, na rezonans.

Powiedzieli ci, dlaczego zlecają te dodatkowe badania?

Nie. Ale czekałem na korytarzu i przypadkiem usłyszałem rozmowę lekarzy w gabinecie. Do tego ich wzrok… Do rodziców nigdy ta informacja nie dotarła, chociaż może sam o czymś nie wiem. Później okazało się, że do kręgosłupa wpadł pęcherzyk powietrza. Pusta przestrzeń na prześwietleniu wyglądała na zdegradowaną tkankę kostną. Wtedy pewne grono osób chciało mnie zniszczyć. Moją jedyną obroną był sport, którego nie mogłem uprawiać.

Zniszczyć?

Uprzykrzyć życie na tyle mocno, żebym odszedł z klubu, z Amiki.

Dlaczego?

Większość chłopaków była ode mnie starsza i po prostu zajmowałem miejsce kogoś, kto był wysoko w ich hierarchii.

Ile lat gry w piłkę straciłeś jeszcze przed maturą?

Wliczając rok męczenia się z plecami, straciłem trzy lata grania.

Wtedy pojawił się pomysł na medycynę?

Siedziałem po kilka godzin dziennie na rehabilitacji. Obserwowałem ludzi, którzy przychodzili z różnymi problemami. Był tam świetny rehabilitant, Piotr Wolf. Przez jakiś czas, zanim fundacja znalazła mi mieszkanie, mieszkałem nawet na antresoli w jego gabinecie. Gdy leżałem na łóżku zabiegowym, miałem przed sobą tablicę z układem kostnym człowieka. Nie miałem co robić, więc się w nią wpatrywałem. Po jakimś czasie znałem wszystko na pamięć.

A co ze szkołą?

Zdawałem wszystko eksternistycznie. Robiłem wszystko, żeby nie przepuścili mnie z drugiej do trzeciej klasy liceum, bo chciałem zyskać dodatkowy rok, wszystko nadrobić i lepiej przygotować się do matury. Chwała ludziom, którzy odwlekli mnie od tego pomysłu i na siłę wstawiali dobre oceny. Mimo, że oddawałem puste kartki.

Jak poszła matura?

W końcu nie zdawałem rozszerzonej biologii. W ostatnim momencie wyszło na to, że jednak będę grał w piłkę, więc zdecydowałem się tylko na podstawową chemię. Zdałem na prawie 90 procent, jakoś poszło.

Nigdy się nie załamałeś?

Wiedziałem, że muszę to znieść dla rodziców. Dużo dali i dużo ich kosztowało, żebym miał szansę wrócić do zdrowia, może grać w piłkę i może to wszystko spłacić. Nie miałem wyboru. Wiedziałem też, że to nie przypadek. Wierzę w jakąś własną drogę, jestem mocno religijny i miałem przeczucie, że z tego wyjdę.

Widziałem twój tatuaż na przedramieniu.

To wypadkowa tamtych czasów.

Kiedy go sobie zrobiłeś?

Już w Holandii. To jeden z fragmentów Biblii: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje”. Niektórzy pamiętają to z „Pana Samochodzika”. Nawet trener Fornalik w Ruchu Chorzów pytał:

– To Pan Samochodzik?

– Nie, panie trenerze. Pewnie też, ale głównie Biblia.

Jako, że śpię na lewym ręku, budząc się zawsze mam ten napis przed sobą. Przypomina mi o tym, przez co przeszedłem i o tym, że mam jakąś misję. Pamiątka po złych czasach. Nieważne jak jest, wszystko można przejść. Nawet, jeśli mam zły dzień, to pamiętam, że przecież nie z takich rzeczy się wychodziło.

Teraz wcale nie masz źle.

Do tego zmierzam. Jako zawodnik czuję się spełniony. Wierzyłem w siebie, ale gdyby ktoś powiedział mi kiedyś, że będę grał w takim miejscu, w jakim grałem, pewnie nie przyznałbym racji. Modliłem się o to, żeby mieć jeszcze kiedyś szansę. Rozmawiając z Bogiem mówiłem, że jeżeli mi się uda, będę próbował żyć nie tylko dla siebie. Stąd te wszystkie akcje charytatywne.

Właśnie. Kim są Dawcy Uśmiechu?

To kontynuacja czegoś, co rozpocząłem jeszcze przed Holandią. Już przed maturą organizowaliśmy wolontariat w szpitalach na oddziałach paliatywnym (oddział, który zajmuje się opieką nad nieuleczalnie chorymi – przyp. aut.) i na geriatrii (leczenie schorzeń podeszłego wieku – przyp. aut.). Poszliśmy z kolegą i zaczynaliśmy od zera. Organizowaliśmy imprezy okolicznościowe, wigilie, widzieliśmy, że dobrze nam to wychodzi. Później, kiedy byłem już w Holandii, zaczęliśmy zbierać pieniądze na coś większego. Pojawiły się domy dziecka, rodziny wielodzietne. To był jednoosobowy projekt, ale miałem ludzi, którzy mi pomagali.

To forma podziękowania za to, że udało ci się odbić od dna?

Dokładnie. Spełnienie obietnicy, jaką dałem w modlitwie. Kiedy byłem na kompletnym dnie, gdzie nie było nic. Ani pieniędzy, ani perspektyw. Walczyłem o całkiem inne cele, a gra w piłkę była tylko w sferze marzeń.

Śledziłeś piłkarskie wydarzenia w czasie swojej rehabilitacji?

Nie myśląc, że będę jeszcze kiedyś w tym środowisku, kompletnie się od niego odwróciłem. Do dziś nie lubię piłki. Nie lubię jej oglądać, robię to tylko wtedy, kiedy grają moi koledzy. Siłą rzeczy znam się, wiem, co się dzieje, ale nie lubię tego. Jeżeli mam do wyboru mecz i cokolwiek innego, zawsze wybiorę cokolwiek innego. Potrafię nie oglądać finału Ligi Mistrzów, bo mi się nie chcę. Bo mam okazję porobić wieczorem coś innego, na przykład wyjść na ławkę.

Wracając do działalności charytatywnej – macie chyba trudniej, bo Lubelszczyzna nie jest zbyt bogatym rejonem.

Tak, tam jest duże zapotrzebowanie. Ludzie nie mają pieniędzy. Teraz pomagamy rodzinom wielodzietnym, czasami też rodzinom zastępczym z dużą liczbą dzieci. To naprawdę fajni ludzie, którzy chcą pomóc. Biorą do siebie dzieci, wierząc w to, co jest napisane. „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Są też domy dziecka. Kiedyś 40 dzieciaków dostało na Boże Narodzenie dokładnie to, o co prosiło w listach do Świętego Mikołaja.

O co prosiły?

O rzeczy, które są na topie, ale dla nich nieosiągalne. MP4, komórki z dotykowym ekranem, klocki Lego. Pamiętam upośledzoną dziewczynkę, która poprosiła o „wielką poduszkę z wielkim sercem”. To było coś bardzo ckliwego. Znaleźliśmy czerwoną poduszkę w kształcie serca i oczywiście ją dostała. Na pytanie, jak się podoba, zarumieniła się i schowała twarz w dłoniach. Później jej wychowawczyni powiedziała nam, że to był emocjonalny szczyt, sposób, w jaki mogła to wyrazić.

Dzieci wiedzą, że jesteś piłkarzem?

Oczywiście. W szkołach, albo innych miejscach, gdzie jest kilkudziesięciu dzieciaków, w ten sposób najłatwiej skupić ich uwagę. Jeżeli przychodzi jakiś policjant, pokaże pistolet, pięć minut i po zabawie. A tutaj są pytania: z kim grałem, jakie mam korki, jakie rękawice. I się tłumaczę.

Wolontariat jest trudny emocjonalnie?

Nie. Ja się w tym odnajduję dość dobrze. Łzy, płacz i dziękowanie są częste, do tego człowiek się przyzwyczaja. Jest dużo emocjonalnych sytuacji, ale nie traktujemy tego jako zapłatę. Po prostu utwierdza nas to w przekonaniu, że to, co robimy, ma sens. Pamiętam sytuację z jednej z wigilii, jaką organizowaliśmy na oddziale paliatywnym. Były śpiewy, instrumenty, laurki, jakieś małe upominki. Leżała tam pewna pani, miała może z siedemdziesiąt lat. To były ostatnie godziny jej życia. Nie było z nią już kontaktu, ale podobno jeszcze słyszała. Była z nią córka, która powiedziała, że mama była kiedyś śpiewaczką i uwielbia kolędy. Śpiewaliśmy najlepiej, jak mogliśmy. I wtedy ta pani po prostu się uśmiechnęła. Jej córka płakała przy nas chyba przez dziesięć minut. Mówiła, że nie wierzyła, że zobaczy jeszcze uśmiech swojej matki. Jak przyszliśmy na drugi dzień, tej pani już nie było.

Nawet na początku nie było ci ciężko?

Oczywiście, że było. Nie wiem, czy można bać się zapachu, ale ja się bałem. Jak wchodzi się na oddział paliatywny, jest tam specyficzny zapach. Taki, który kojarzy się ze śmiercią. Długo musiałem się przyzwyczajać. Bałem się śmierci, to był mój lęk. Ale w takim miejscu można pokonać swoje słabości. Zobaczyć, jak małe są twoje codzienne problemy. A jednocześnie nadzieja i szczęście z małych rzeczy są tam po prostu namacalne, można je dotknąć. Oczywiście, zdarzają się też pacjenci, którzy wysysają z człowieka życie.

Dlaczego?

Mają takie usposobienie. Mówią różne straszne rzeczy, przeklinają. Różnie się to objawia.

O czym z nimi rozmawiasz?

Trzeba być uniwersalnym. To zależy od osoby. Czasami próbuje się naprowadzić człowieka na pewne wspomnienia, wspomnieć lata PRL-u, które oni bardzo lubią, bo byli wtedy młodzi. Oczywiście, zawsze aktualnym tematem jest pogoda. Bardzo dobrze, jeśli ktoś jest osobą wierzącą. W przypadku takich osób jedyną rzeczą, która im została, jest religia. Ja mocno wierzę, że rola takich osób – często zapomnianych – jest ogromna. Potrafią wymodlić wielkie rzeczy. Swój ból i swoje cierpienie ofiarują innym. Ja w to wierzę.

Pewnie jest dużo samotnych osób, które po prostu chcą się wygadać.

Jak najbardziej. Czasami rozmowa kończy się obietnicą, że na drugi dzień coś wypijemy. Oczywiście to się nie odbywa. Albo, że jak dana osoba wyjdzie, to gdzieś razem pójdziemy. Takie rozmowy są bardzo częste, mimo, że ci ludzie wiedzą, że ze szpitala już nie wyjdą.

Zżywasz się z nimi w jakiś sposób?

Może nie zżywam, bo te osoby czekają na śmierć. Często na głos, w żartach, pytają Boga, dlaczego ich tak długo trzyma na tym świecie. To bardzo częste stwierdzenie, które można tam usłyszeć.

Boją się, czy raczej po prostu czekają?

Absolutnie się nie boją. Są spokojni. Inaczej jest, kiedy choroba dopadnie kogoś nagle. Czuje, że traci siły, że jest coraz gorzej. Często towarzyszy temu jeszcze załamanie. Ale jeżeli to długoterminowy pobyt w szpitalu, są przygotowani.

Jak traktują was lekarze?

Są przyzwyczajeni. Zdarzają się uwagi, że za głośno gadamy czy śmiejemy się z pacjentami, ale oni też widzą chyba, że robimy coś dobrego.

Ile osób jest teraz zaangażowanych w waszą działalność?

Dzisiaj Dawcy Uśmiechu to trzy osoby. Ja, mój przyjaciel, Kamil Tomczyszyn – bramkarz, który aktualnie gra w Hetmanie Zamość i Małgosia Ostasz, człowiek-anioł. Złota osoba, która zajmuje się wszystkim na miejscu, kiedy nas nie ma. Jeżeli chodzi o wolontariat w szpitalu, to coś zorganizowanego zupełnie odrębnie. Tam działa co najmniej dwadzieścia pięć osób. Przez pierwsze sześć lat prowadziłem to głównie sam, mając wiele osób, które pomagały dorywczo. Środki, które wydaliśmy z różnych źródeł przez ten czas, to około dwieście tysięcy złotych. Jak na akcje w ubogim regionie, to bardzo dużo.

Znajomości ze świata piłki się przydadzą?

Oczywiście! Pomagają nam Przemek Tytoń, Paweł Kieszek czy Tomek Kupisz. Nawet Danilo Pereira przekazał nam koszulkę Ikera Casillasa, która zostanie zlicytowana w grudniu.

Kredyty zaciągnięte przez rodziców są już spłacone?

Oczywiście. Zwrot podatku po pierwszym półroczu w Holandii wiele załatwił. Klub też pomógł, wypłacając kilka pensji do przodu.

Wiedzieli, co cię spotkało?

Oczywiście, przecież mnie badali. Jeśli ktoś robi rentgen, widzi śruby, które są we mnie. I będą do końca. Dwie tytanowe kotwice w jednej kości kulszowej, dwie w drugiej. To wygląda jak dość spor igła, około dwa centymetry każda.

Gdyby nie wydarzenia z przeszłości robiłbyś to, co robisz?

Nie wiem. Na pewno czuję się zobowiązany. Zawsze miałem w sobie siłę i poczucie misji, natomiast moje przeżycia na pewno bardziej mnie zdeterminowały. Wiadomo, że ludzie są z natury dobrzy, tylko czasami zmieniają ich doświadczenia. Nie wierzę, że są źli. Trzeba ich tylko dobrze pokierować. A, że dobro robi dobro, później sami się nakręcają. Wracając do pytania – nie mam pojęcia. Pewnie coś bym robił, ale nie na taką skalę.

Wyjazd do Holandii – niedosyt czy spełnienie?

Można patrzeć na to różnie. Ja zrobiłem wszystko, co mogłem. Po dwóch latach było nawet zainteresowanie Leicester. Wiem, że przysłali konkretne zapytanie, ale działacze Rody odpowiedzieli, że nie, bo jestem przyszłościowym zawodnikiem, który będzie u nich grał.

Przysłali zapytanie czy konkretną ofertę?

Nie jestem w stanie odpowiedzieć. Zapytanie było na pewno. W każdym razie Roda nie chciała o tym słyszeć, bo miałem grać. Ale przyszedł trener, Ruud Brood, który mnie odsunął i na moment zdegradował nawet do pozycji trzeciego bramkarza. Po prostu poodsuwał wszystkich, którzy tworzyli trzon drużyny u poprzedniego trenera. Nie chciał mieć żadnego sprzeciwu, taki dyktator. Wszystkie osoby, które miały posłuch w szatni, były odsuwane.

Jako 22-latek miałeś posłuch?

Tak. Każdy widział, że z Polakami się nie zadziera, bo lubią sobie z kogoś pożartować. Był też Mikołaj Lebedyński, z którym robiliśmy jakieś żarty i tworzyliśmy atmosferę w szatni. Nawet ta działalność charytatywna sprawiała, że miałem większe poważanie wśród innych. Po trzech latach – mimo wieku i tego, że nie grałem za dużo – ten posłuch był.

Z którym z Polaków było najtrudniej rywalizować o miejsce w bramce?

Nie do osiągnięcia był Przemek Tytoń. Jak przyszedłem do Rody, był tam półbogiem. Ja z nim nie rywalizowałem, ja po prostu byłem drugim bramkarzem. Przemek był tam gwiazdą.

A później – Kieszek czy Kurto?

Paweł zagrał może 14 meczów, ja 12. To był moment, kiedy Paweł się budził, bo wcześniej też miał trudny okres i długo nie grał. O tym, kto był pierwszym bramkarzem decydowały detale, może nawet rzeczy pozasportowe. Wątpię, żeby na boisku dzielił nas wtedy jakikolwiek poziom. Myślę, że Paweł powiedziałby podobnie. Później wystrzelił i to nie przypadek, że dzisiaj jest tam, gdzie jest.

Mam wrażenie, że w Polsce nikt go nie dostrzega.

Rzeczywiście. Nie wiem dlaczego tak jest. To przecież jeden z najlepszych bramkarzy w lidze portugalskiej. Nawet ja otarłem się kiedyś o kadrę. Za czasów trenera Smudy oglądał mnie trener Kazimierski. Miałem utrzymać miejsce w bramce jeszcze przez dwa mecze, żeby być powołanym. Akurat wtedy to miejsce straciłem, bo miałem lekką kontuzję, która mnie wykluczyła.

Przygoda z Rodą w pewnym momencie dobiegła końca. Wiem, że odrzuciłeś wtedy kilka ofert.

Odezwała się między innymi Cracovia. Były jakieś zapytania ze Skandynawii, z drugiej ligi holenderskiej, ale kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Czekałem na coś konkretnego, najlepiej zespół z Eredivisie. Był temat Willem II Tilburg, był Dordrecht. Ale zrobiła się połowa sierpnia, ja zostałem na lodzie i zgłosił się Ruch Chorzów. Wtedy był tam Krzysiek Kamiński, który miał sezon życia. Później zgłosił się Chrobry Głogów i postanowiłem, że tam pójdę. Z Chorzowa odszedłem na własną prośbę. Wbrew temu, co się mówiło, Ruch wcale się mnie nie pozbył. W Głogowie miałem w miarę udany okres przygotowawczy, wygrałem rywalizację, ale nie grałem za dobrze, na pewno nie na miarę oczekiwań. To nie był mój najlepszy czas. Do tego w piątej kolejce poszedł mi bark, osiem miesięcy z głowy. Zostałem potraktowany bardzo brzydko, bo miałem podpisany kontrakt na pół roku i kompletnie się na mnie wypięli. Miałem dostać zwrot kosztów przynajmniej za jakieś USG. Nie mówię już o konsultacjach czy paliwie. Skończyło się tak, że około cztery-pięć tysięcy wydałem sam. W dodatku groziła mi operacja, która kosztowałaby ze dwadzieścia tysięcy. To bardzo ciekawe, bo po siedmiu-ośmiu miesiącach samo przestało boleć. Operacji nie było, ale złapał mnie październik i nie było już tematu gry w żadnym klubie.

Osiem miesięcy przerwy – nie wróciły najgorsze wspomnienia?

Nie, bo byłem w domu. Poznałem wtedy kupę ludzi, trochę odpocząłem. Ten okres nie był przypadkowy.

Jak wspominasz swój pobyt w Chorzowie?

Niesamowici ludzie, szatnia. Było kilku zawodników, z którymi się zżyłem. Na przykład z Michałem Efirem, który też jest z moich rejonów. Przez jakiś czas mieszkałem w Krakowie, jeździłem na treningi z Surmą i Zieńczukiem.

Gigołajew cię nie woził?

Woził! Jak mieszkałem w hotelu z Visnakovsem, często z nim jeździliśmy.

I jak było?

Ma bardzo fajny samochód, dość masywnego Mercedesa. Nie dziwię się, że sobie szalał, ale niepotrzebnie, że z alkoholem.

Jak było z pieniędzmi?

Do dzisiaj zalegają mi za rozpoczęty proces sądowy. Ale nie było tak jak w Zagłębiu Sosnowiec, gdzie musiałem chodzić do sekretariatu po dziesięć czy dwadzieścia złotych. Mieszkałem tam na stadionie, w hotelu. Na korytarzu stała lodówka. Pewnego razu kupiłem sobie kilka rzeczy i je schowałem, a później zorientowałem się, że… ktoś mi to zjadł. Zostały tylko papierki. Wydałem na to jedzenie ostatnie pieniądze, jakie wtedy miałem. To był poniedziałek, wtorek miał być wolny, a trening dopiero w środę. Nie miałem nic na koncie, żeby zadzwonić, w klubie też nikogo nie było, a nie miałem godności, żeby pójść do recepcji i prosić o coś do jedzenia. Wyszło tak, że przez dwa dni niczego nie zjadłem. W środę tylko jabłko przed treningiem. Akurat były wtedy dwa treningi, pierwszy – strzelecki. Był moment, że po jakiejś interwencji byłem na kolanach i już nie wytrzymałem. Powiedziałem, że źle się czuję. Jak mam bronić, skoro nic nie jadłem? Trener Pierścionek był w szoku i nawet na którejś konferencji powiedział: jak mam trenować drużynę w takich warunkach, kiedy zawodnicy proszą mnie o jedzenie?

Po Holandii powiedziałeś w jednym z wywiadów, że masz dość piłki.

Rzeczywiście. Po kontuzji barku poszedłem do Rakowa, ale bez żadnej obietnicy na regularną grę. Miałem wracać do siebie po kontuzji i być przygotowywanym na pierwszą ligę. Ale awansu nie było, przyszli też nowi trenerzy, którzy mieli swój plan – stawiać na młodzieżowca. Dogadaliśmy się, że odejdę.

Dlaczego Świt?

Jak trener Cecherz usłyszał, że chcę wrócić na Mazowsze i iść na studia, od razu zaproponował mi grę. Chodzi mi o to, żeby przez rok postudiować dziennie. Później zobaczymy – może przeniosę się na zaoczne. Na razie idzie mi bardzo fajnie, bo w klubie pełnię dwie funkcje. Jestem grającym trenerem bramkarzy w pierwszej drużynie i trenerem bramkarzy w akademii. Wszystko zgodnie z teorią: jak nie zależy, to wychodzi.

Już nie zależy?

Po prostu się tak mocno nie spinam.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI

Obserwuj autora wywiadu na Twitterze: @mateosokolowski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s