Łukasz Nawotczyński: – W Zawiszy postąpili bardzo brzydko. Bozia szybko ich ukarała

14legia-zawisza37

(fot. Legia.net)

Dwa mistrzostwa, trzy krajowe puchary i sukcesy w kadrach młodzieżowych. Łukasz Nawotczyński CV ma całkiem przepastne, ale dużej kariery – nawet na skalę polskiej ligi – nie zrobił. W pierwszym wywiadzie po rozwiązaniu kontraktu z Zawiszą opowiada m.in. o zaszczycie, jaki spotkał go ze strony bydgoskich kibiców oraz wspomina karę w wysokości 5 tysięcy złotych, którą w Jagiellonii Białystok wlepił mu Adam Nawałka.

29 lutego rozwiązałeś kontrakt z Zawiszą i… zniknąłeś z radarów. Co działo się z tobą przez ostatnie miesiące?

Kontrakt z Zawiszą rozwiązałem w ostatnim momencie, kiedy kadry innych zespołów były już pozamykane. Przez ostatnie cztery miesiące byłem bez pracy. Propozycje, które miałem, były mało konkretne. Zabrakło czasu, bo była szansa, żeby iść do Chojniczanki Chojnice. Mogłem pograć sobie u trenera Bartoszka, ale za późno zaczął tam pracować. Musiałem pogodzić się z tym, żeby czekać na następną szansę.

Myślisz, że jeszcze nadejdzie?

Szczerze? Nie wiem. Może to miejsce i czas, żeby w swojej przygodzie z piłką podjąć jakieś inne kroki.

Jak wspominasz prawie trzy lata spędzone w Zawiszy?

Po awansie do ekstraklasy została zmontowana fajna ekipa, która dogadywała się na boisku i poza nim. To zaowocowało Pucharem Polski i dostaniem się do pierwszej ósemki w lidze. Później, w tej ósemce, nie było już tak dobrze, ale postawiony cel został osiągnięty. Zdobycie pucharu było największym osiągnięciem tego klubu i wydaje mi się, że drugi raz Zawisza go już nie powtórzy.

Zawieszenie na 8 miesięcy w wieku 31 lat, w dodatku od razu po awansie, to chyba najgorsze, co wtedy mogło cię spotkać?

Stara, przykra sprawa. Byłem młodym zawodnikiem i padłem ofiarą procederu, który w Polkowicach trwał już od kilku sezonów. Trafiłem dosyć szczęśliwie, bo trenerem Zawiszy był Ryszard Tarasiewicz, który wyraził aprobatę, żebym został i trenował przez cały czas z drużyną.

Myślisz, że inny trener by cię odstawił?

Nie wiem, ale Tarasiewicz na pewno mi pomógł. Tak samo jak prezes Osuch, który też zachował się w porządku.

Jeśli odsunęliby cię od drużyny, mógłby być to koniec gry w piłkę?

Po ośmiu miesiącach ciężko byłoby wrócić, ale myślę, że jeszcze gdzieś bym pokopał. Teraz, z perspektywy czasu, można powiedzieć, że Zawiszy opłaciło się mnie zostawić. Odnieśliśmy największy sukces w historii klubu, nie spadliśmy z ekstraklasy, a wynagrodzenie, na jakim mnie trzymali, było bardzo niskie. Właściwie takie, żeby tylko utrzymać się przy życiu. Później pozostało mi tylko się odwdzięczyć i myślę, że to zrobiłem.

Przez te lata spodziewałeś się, że w końcu może nadejść jakaś kara za Polkowice?

Przez pierwszych pięć lat na pewno nie. Ale odkąd zaczęły się zatrzymania starszych kolegów wiedziałem już, że coś jest na rzeczy i zacząłem kojarzyć fakty. System polegał na tym, że podpisywane były zawyżone premie, a odbieraliśmy mniejsze kwoty. Mi nigdy nikt nie powiedział, na co przekazywane są pozostałe pieniądze. Nie byłem świadomy, że robię coś złego.

Nie interesowałeś się, co dzieje się z tą kasą?

Nie wiem. Młody byłem, nie miałem nic do powiedzenia. Wszyscy podpisywali, ja szedłem ostatni. Taki chory system był w klubie.

Podpisałeś się, rzekomo, nawet po meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki, po którym od razu z boiska trafiłeś do szpitala.

Próbowałem to podkreślić w sądzie, ale oni argumentowali, że nie ma to znaczenia w stosunku do mojego końcowego wyroku. Nie byłem w stanie podpisać wtedy premii, bo zostałem na noc w szpitalu, w Nowym Dworze. Zrobili badania i powiedzieli, że nic mi nie jest. Jak pojechałem drugi raz, następnego dnia, lekarz tylko mnie dotknął, nawet nie musiał robić żadnych badań. Od razu powiedział, że szczęka jest złamana. A później do Krakowa, na szczękówkę i operacja.

Wracamy do Zawiszy. Jak wspominasz Osucha?

Z perspektywy czasu można powiedzieć, że moje zdanie o nim nie jest najlepsze, bo cały klub został rozpieprzony i zniknął z piłkarskiej mapy Polski. Wydaje mi się, że będą grali w czwartej lidze, ale pod inną nazwą.

Rozważasz możliwość gry w Zawiszy w czwartej lidze?

Na tę chwilę nikt nie wie, co tam będzie, a ja swój kontrakt rozwiązałem z końcem lutego. Klub przestał istnieć tylko i wyłącznie dlatego, że nie było szans na awans do ekstraklasy. Teraz drużyna była o wiele słabsza niż na jesieni. Po pierwszej rundzie zajmowaliśmy trzecie miejsce, a po sezonie – szóste, kompromitując się w kilku meczach przegrywając po cztery czy pięć do zera. Niestety, ludzie odpowiedzialni w tym klubie za transfery bardzo mocno się pomylili i klub skończył jak skończył. Prezes po prostu miał dość.

To nie była jedna pomyłka.

Pomyłki w klubie zaczęły się w momencie, kiedy odszedł Ryszard Tarasiewicz. Po zdobyciu Pucharu Polski sprowadzony został trener nie wiadomo skąd, który wziął ze sobą piłkarzy nie wiadomo skąd. I po miesiącu trzeba było z nimi rozwiązywać kontrakty. Piętnaście kolejek, a my na koncie mieliśmy chyba cztery oczka. Przyszedł trener Rumak, zrobił bardzo fajną drużynę, ale było ciężko. Do końca walczyliśmy o utrzymanie, ale brakowało nam tych punktów z jesieni.

Drużyna była podzielona?

Był podział na Portugalczyków i Polaków. Między jednymi a drugimi nie było żadnego kontaktu. Mieli lekcje polskiego, ale się nie przykładali. Nie było chemii. Do tego odeszło kilku chłopaków, którzy stanowili o sile zespołu zdobywającego Puchar Polski. Jeden z kolegów został dyrektorem sportowym i zaczął wprowadzać swoją politykę. Po dwóch latach przekonaliśmy się, że nie była słuszna. Klub przez ten czas się stoczył.

Wydawało się, że po spadku trener Rumak został w klubie za karę. Nie chciał pracować w pierwszej lidze?

Od początku nie był zadowolony, że pracuje w pierwszej lidze. Miał ważny kontrakt, ale dało się odczuć, że robi to na siłę. Dlatego po którejś kolejce prezes postanowił rozstać się z nim za porozumieniem stron.

Najbardziej ekscentryczny prezes, jakiego poznałeś?

Można tak powiedzieć. Prezesa było stać na wszystko. Jeżeli były mocniejsze rozmowy, wchodził do szatni, przez trzy minuty nas opierdalał, a później przez pół godziny opowiadał kawały o dupach. Jedyne, co zawsze mnie bolało, to wszystkie jego wydatki i kwoty, o których opowiadał. Wiedzieliśmy, że prawdziwa kwota nie przekraczała połowy tej, o której mówił. Powiem szczerze, że po roku każdy miał już dość i go nie słuchał.

W lutym, rozwiązując kontrakt, spodziewałeś się, że po sezonie tak się to może skończyć?

O tym, że będą chcieli ze mną rozwiązać kontrakt, dowiedziałem się jeszcze przed meczem Pucharu Polski ze Śląskiem Wrocław. Dyrektor sportowy, Łukasz Skrzyński, poprosił mnie do siebie. Powiedział, że będzie trzeba rozwiązać kontrakt za porozumieniem i tego meczu już i tak nie rozegram. Trenerem był wtedy Maciej Bartoszek razem z Hermesem. Dla nich to była dziwna sytuacja, bo widzieli mnie w drużynie i żaden z nich nigdy nie powiedział, że mnie nie chce. Mecz ze Śląskiem był dla mnie dziwny. Wiadomo, że na boisku robi się wszystko, żeby dać z siebie sto procent, ale wtedy, po meczu, byłem obojętny. Nie wiedziałem, czy cieszyć się, że awansowaliśmy dalej.

Po Sylwestrze wróciliśmy do treningów i dowiedziałem się, że nie mogę trenować. Któregoś dnia, wieczorem, zadzwonił nieznany numer. Odbieram, a tam nowy trener, Zbigniew Smółka. Mówi, że widzi mnie w zespole. Trenowałem przez ponad miesiąc i po którymś z treningów dowiedziałem się, że… jednak już mnie nie widzi. Postąpili bardzo brzydko. Nie jestem zawistny, ale można powiedzieć że Bozia szybko ich ukarała.

Kilka razy wspomniałeś o Skrzyńskim. Wcześniej byliście kolegami z boiska.

Można powiedzieć, że przyczyniłem się do końca jego przygody z piłką. W pierwszej lidze graliśmy razem. Po awansie grał już sporadycznie, a jak zdobywaliśmy Puchar Polski nie grał już w ogóle, bo na środku obrony byliśmy ja z Andre Micaelem.

Którego Osuch kreował na świetnego piłkarza.

Bardzo dobry w destrukcji, gorszy przy wyprowadzeniu piłki. Dla mnie to taki typowy Thiago Cionek z polskiej reprezentacji. Podskocz, odskocz, kasuj. Bardzo chętnie wróciłby jeszcze do Polski, ale po dwóch latach praktycznie bez gry jest mu ciężko.

Dorobiłeś się własnej trumny?

Tak! Mój krzyż, bardzo ładny, był obok Osucha.

Zaszczyt!

Zaszczytne miejsce, tak. Miałem trumnę; uważam, że na nią nie zasłużyłem. Ogólnie, nikt nie zasłużył.

Jak podchodziliście do sytuacji z kibicami?

Każdy z nas był obojętny, chciał stać z boku. Po rundzie jesiennej pierwszego sezonu w ekstraklasie było klubowe zakończenie i jeden z kolegów, w imieniu Osucha, przedstawił reszcie drużyny lojalkę. Taką, że odcinamy się od kibiców. Część chłopaków postanowiła to podpisać. Ja nie podpisałem, bo sądziłem, że nie jestem stroną w tym konflikcie. I do tej pory myślę, że właśnie tak należało zrobić. Niestety, kilku kolegów podpisało. Życie szybko ich zweryfikowało, bo pół roku po tej lojalce już ich nie było w klubie. Myślę, że jeżeli byśmy tego nie podpisali, sytuacja aż tak by się nie zaogniła. Później były jajka na treningach, wyzwiska pod szatnią, krzyże.

Odczuwaliście tę sytuację też poza klubem?

Nie. Ze dwa razy miałem jakieś wyzwiska, ale nie było żadnych problemów.

Musimy zapytać o Michała Masłowskiego. Duży transfer, który zupełnie nie odpalił.

Bardzo dużo rozmawiałem z Michałem na ten temat. Miał duże problemy, już nie pamiętam, z jakimi mięśniami. Jeździł po lekarzach. W Zawiszy zrobił bardzo fajną robotę, ale Osuch sprzedał go chyba do klubu troszkę za dużego jak na jego możliwości. Michał na pewno ma ogromny potencjał i miejmy nadzieję, że gdzieś się odnajdzie. Rozmawiałem z nim i wiem już, gdzie prawdopodobnie będzie grał. Wcześniej był smutny, mówił, że nie daje sobie rady, że chce skończyć grać w piłkę. Mówię mu: co ty, chłopie, mówisz? Z takiego klubu jak Legia weźmie cię każdy z ekstraklasy. Będziesz grał, zarabiał, będziesz zdrowy. U niego z psychiką i nastawieniem zawsze były problemy, ale może było to spowodowane problemami zdrowotnymi. Do tej pory gra i trenuje na jakichś środkach przeciwbólowych.

Ty też wyobrażałeś sobie chyba, że zrobisz bardziej okazałą karierę. Nie masz wrażenia, że Wisła trochę cię zatrzymała?

Może nie był to dla mnie odpowiedni kierunek do rozwoju. Szanse na grę były zerowe. To nie była ta Wisła, co teraz. Absolutny dominator. Jechała na mecz i była kwestia czy strzeli trzy gole, czy pięć. Gdzie poszedłem na wypożyczenia, tam grałem. I w Polkowicach, i w Katowicach, i w Arce.

Nie chciałeś wcześniej odejść z Krakowa?

Nie chcieli mnie puścić. My, młodzi, mieliśmy bardzo niskie pieniądze, więc nie byliśmy dla klubu żadnym kosztem. Byliśmy dobrym materiałem na to, żeby nas wypożyczać i na tym, nieduże pieniądze, ale zarabiać.

Kilka trofeów jednak podniosłeś.

Szczerze? Te wszystkie mistrzostwa są w CV, ale jeśli grałem pięć meczów na sezon… Drużyna była wtedy tak silna, a na moich pozycjach grali Tomasz Kłos, Arek Głowacki, Mariusz Jop. Nie było szans, żeby pograć.

Jeden taki moment był.

Z Anderlechtem, no.

Omonia, Anderlecht, początek sezonu w lidze.

Można powiedzieć, że to właśnie była największa szansa. Przegraliśmy z Anderlechtem, ale patrząc z perspektywy czasu to nie był wstyd. Kilka lat później Wisła jeździła przecież po Azerbejdżanach i Kazachstanach. A jeśli chodzi o Anderlecht – nikt nie grał dobrze, ale zawsze odpowiedzialność idzie na najmłodszego. Grałem słabo, ale bramki nie zawaliłem.

Swoją drogą masz ciekawy bilans w ekstraklasie. Jeden gol…

…i trzy swojaki. Ale wszystkie wślizgami, w akcjach ratujących. Nie zdarzył mi się taki jak Adriana Mrowca z Arki.

Jak wspominasz trenera Smudę z początków gry w Wiśle?

Nie było pytania.

A Nawałkę z Jagiellonii?

Typowy dyktator. Było u niego jak w wojsku. Wydaje mi się, że teraz się zmienił. Kiedyś potrafił zadzwonić o 23, albo przyjść w niedzielę po meczu na śniadanie, żeby tylko kogoś zobaczyć. Były momenty, że kazał chłopakom instalować Cyfrę albo kupować sokowirówki. Chciał mieć wgląd do wszystkiego. Życie z nim nie było łatwe, ale jeśli chodzi o piłkę – pełen profesjonalista.

Ty też nie miałeś łatwo?

Parę razy miałem z nim problem. Słusznie i niesłusznie.

Opowiedz coś.

Raz dostałem od niego karę, 5 tysięcy złotych. Przyszła premia za trzy mecze, 5700. Wszyscy dostali pełną. Ja patrzę na konto, a u mnie 700 złotych. Myślę sobie – coś jest nie tak. Po czym dowiaduję się, za co jest kara. Bo nie zrobiłem wślizgu na przedmeczowej rozgrzewce. Bolało mnie to strasznie, bo kara była nieadekwatna do zachowania.

Inni też takie dostawali?

Pamiętam mój pierwszy obóz z Jagiellonią, w Turcji. Jestem po porannym spacerze. Dzwoni do mnie telefon, odbieram, trener. Pyta: Łukasz, czy to ty jesteś w tej grupie, co stoi nad morzem? Mówię: nie, ja już dawno wróciłem. Schodzę na śniadanie, Nawałka wstaje i mówi: tysiąc, tysiąc, tysiąc! Trzem piłkarzom dał po tysiąc złotych kary za to, że zamiast spacerować, przystanęli nad morzem. Ciekawe, czy teraz w kadrze zachowuje się tak samo. Ale na pewno się zmienił, jest bardziej człowiekiem. Kiedyś potrafił uwalić kogoś bez przyczyny.

Jak było z twoim odejściem z Jagiellonii?

Przyszedł Michał Probierz i z całego zespołu został chyba tylko Dariusz Łatka. Wymienili całą kadrę i tyle. Do Korony poszedłem razem z Jackiem Markiewiczem i Ernestem Kononem. Trenerem był na początku Włodzimierz Gąsior, później przyszedł Marek Motyka. A podziękował mi Marcin Sasal, z którym trenowałem bodajże tylko przez dwa tygodnie. Później byłem w Klubie Kokosa.

Jak to wyglądało?

Przez pierwsze dwa miesiące był problem. Robili nam po dwa czy trzy treningi dziennie. Oglądanie wideo, spotkania z psychologiem, wypełniali nam cały dzień. Później otoczyłem się dobrą opieką prawną i odpuścili. Sasala szanuję. Robił zawsze trzy listy: muszą zostać, nie muszą i reszta, pośrodku. Zawsze grał w otwarte karty i za to należy mu się szacunek. Po prostu nie chciał mnie oszukać.

W Cracovii, jako były Wiślak, nie miałeś żadnych kłopotów?

Na początku dało się to odczuć, na przykład na rozgrzewkach, ale od razu zaczęliśmy robić bardzo dobre wyniki. Zremisowaliśmy z Legią i Śląskiem, wygraliśmy z Lechem i Koroną. Było sporo dobrych piłkarzy, ale z Cracovią zawsze był jakiś problem. Tam jest wszystko. Stadion – jeden z ładniejszych w Polsce, pieniądze – płacone na czas. Wtedy, jak graliśmy o utrzymanie, profesor Filipiak wariował. Dawał takie premie meczowe, jakich nie było w żadnym innym klubie.

Zdobywałeś mistrzostwo, puchar, zagrałeś też w kadrze… B. Jak wspominasz mecz z Niemcami?

Ta drużyna była zrobiona bez sensu. Powoływani byli głównie ci, którym skończyła się kadra olimpijska. Roczniki 81, 82 i 83. Wspominam tę przygodę bardzo dobrze, wygraliśmy w Niemczech, prowadził nas Edward Klejdinst. Ale reprezentacja to reprezentacja, a nie kadra B.

ROZMAWIALI TOMASZ OBRĘPALSKI I MATEUSZ SOKOŁOWSKI

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s