Dariusz Banasik: – Spodziewałem się, że zostanę asystentem Berga. Na początku miałem żal

banasiklegianet

(fot. Legia.Net)

Przez 12 lat pracował w Legii Warszawa. Jako trener w tym klubie przeszedł wszystkie szczeble, z wyłączeniem pierwszego zespołu. Nieco ponad tydzień temu odniósł pierwszy znaczący sukces w pracy z seniorami – awansował ze Zniczem Pruszków na zaplecze ekstraklasy. W długiej rozmowie dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami zarówno na temat Legii, jak i klubu z Pruszkowa. Człowiek z wizją i twardymi zasadami. Poznajcie bliżej Dariusza Banasika!

– Jakim piłkarzem był Dariusz Banasik?

– Na pewno strasznie ambitnym. Z perspektywy czasu powiedziałbym nawet, że za bardzo ambitnym, a za mało cierpliwym. Dość szybko trafiłem do GKS Bełchatów, który występował wówczas na zapleczu ekstraklasy, i wszystko chciałem od razu. To mnie troszeczkę zgubiło. A jakieś zadatki były, dostałem nawet nagrodę dla największego talentu Bełchatowa. Fizycznie jednak okazałem się za słaby, prześladowały mnie kontuzje i szybko zdecydowałem się zakończyć grę w piłkę. Postawiłem na karierę trenerską – podjąłem studia w Warszawie.

– Na AWF była wtedy niezła ekipa.

– Oj, niesamowita paka. Robert Podoliński, Leszek Ojrzyński, Andrzej Blacha, Jarosław Wójcik, Piotr Stokowiec, Jurek Engel junior, Marcin Korkuć… Mocny zestaw, i na boisku, i poza nim. Mieszkaliśmy wszyscy na jednym piętrze. Kiedyś w akademickiej drużynie był jeden zawodnik, który nie mieszkał w akademiku. Przyszedł na zbiórkę pół godziny przed meczem, a w szatni tylko trener.

– Trenerze, gdzie jest cała drużyna?

– Spokojnie, są juwenalia!

I rzeczywiście, chwilę później cała ekipa się zebrała i koniec końców ograliśmy rywala. Być może jeszcze w rytmie disco (śmiech).

– Który z tych trenerów rokował już wtedy najlepiej?

– Niemal wszyscy, którzy wtedy się wyróżniali, osiągnęli jakiś poziom. Leszek Ojrzyński – bardzo mocna osobowość i twardy charakter, Robert Podoliński – najbardziej rozrywkowy z nas wszystkich, dusza towarzystwa, ale bardzo ukierunkowany na swoje cele. Andrzejowi Blasze troszkę się ścieżki pokręciły, ale charakteru i warsztatu nie można mu odmówić. I wreszcie Piotrek Stokowiec, twardo stąpający po ziemi, dziś cieszy się z awansu do europejskich pucharów.

– Pan zaczął nieco inaczej – nie od seniorów, a grup młodzieżowych w Legii Warszawa.

– W 2002 roku powstawały na Legii Młode Wilki. Ja akurat pracowałem w CWKS Legia, na Bemowie, który był osobnym podmiotem. Pracowali tam też między innymi Ojrzyński czy Maciek Skorża. Miało dojść do połączenia, ale nic z tego nie wyszło. Gdzieś jednak moja praca została doceniona i dostałem propozycję od dyrektora Młodych Wilków, Andrzeja Trzeciakowskiego. Bardzo szybko stwierdziłem, że zostawiam wszystko i następnego dnia podpisałem umowę z prezesem Leszkiem Miklasem. Dostałem etat, co w tamtych czasach nie należało do standardów, jeśli chodzi o trenerów grup młodzieżowych. I tak zostałem na ładnych kilka lat…

– Jak układała się współpraca z Piotrem Strejlauem, z którym prowadził pan początkowo zespół Młodej Legii?

– Bardzo dobrze. Każdy z nas odpowiadał za swoją działkę, więc nie wchodziliśmy sobie w kompetencje. Na początku brakowało jedynie wyniku, ale dostaliśmy zaufanie, czas i szybko przyszedł progres.

– Początek był trudny, także pod aspektem zawodników i słynnego konfliktu Maciej Górski – Tomasz Chałas.

­- Obaj z pewnością potrafią grać w piłkę. Kto wie, może jeszcze się kiedyś zdarzy tak, że stworzą parę napastników w moim zespole. Z oboma mam dobry kontakt, w Maćka zawsze wierzyłem, dałem mu też szansę, by odbudować się w Zniczu Pruszków i ją wykorzystał. Miał trudne momenty, ale dojrzał. Kiedyś chłopakom głowa się zagrzała i nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy zrezygnować z usług Tomka. Dla mnie to zawsze ostateczność – nie jest sztuką wyrzucić zawodnika, wyzwaniem jest zmienić jego postępowanie.

– Później było już zdecydowanie spokojniej i zdecydowanie lepiej w kwestii osiąganych rezultatów.

– Tak, trafiliśmy na grupę świetnych zawodników. Patryk Kamiński, Damian Zbozień, Kuba Kosecki, w kolejnych latach Ariel Borysiuk, Rafał Wolski, Daniel Łukasik, Dominik Furman czy Michał Efir, który miał ogromne papiery na grę, ale miał pecha do przyciągania kontuzji. Było kim pograć, więc udało się wywalczyć dwa wicemistrzostwa i dwa mistrzostwa Młodej Ekstraklasy.

– Który z tych zawodników miał największy potencjał?

– Zdecydowanie Rafał Wolski, zaraz po nim Michał Efir. Pamiętam, gdy pojechaliśmy do Afryki, aby tam wziąć udział w turnieju. Graliśmy ze świetną drużyną z Kamerunu, 45-stopniowy upał, w pierwszej połowie po prostu nas zmiażdżyli. Michał Kopczyński mówił, że po 20 minutach miał już przed oczami mroczki, nie mógł złapać tchu. I po pewnym czasie w tych warunkach Wolak z Efirkiem po prostu oszaleli, zrobili akcję zakończoną bramką i rywal stanął. Wygraliśmy ten mecz.

­– A młodszy z braci Wolskich, Paweł?

– Z nim pracowałem nieco dłużej niż z Rafałem. Ma lepsze warunki fizyczne niż brat, dysponuje świetną techniką, jest niemal piłkarzem kompletnym. Jest tylko jeden problem – trochę nie dorósł. Strasznie luźny, mało skoncentrowany w czasie gry. Potrafił być najlepszy na boisku, a później jednym zagraniem przekreślić wszystko. Ma bardzo duży potencjał, musi się jednak jak najszybciej skupić na konkretnych celach, bo na razie przypomina duże dziecko.

– Patryk Mikita też budzi takie skojarzenie?

– Patryka sam ściągałem do Legii, piłkarsko wygląda świetnie, ale podobnie jak w przypadku Pawła, nie idzie za tym właściwe podejście. Mikita ma duży talent, ale nie do końca poparty pracą. Gdyby połączyć Patryka z zawziętością Maćka Górskiego, wyszedłby zawodnik kompletny.

banasiklegianet1

(fot. Legia.Net)

– Rozwiązanie Młodej Ekstraklasy było dobrym pomysłem?

– Fatalnym! To był fajny pomysł na młodzież. Drużyny grały na ładnych stadionach, z dobrymi rywalami. Pomagała też dostrzec tych zawodników sztabom pierwszych zespołów. Przecież prędzej zobaczylibyśmy trenera Czerczesowa na stadionie przy Łazienkowskiej podczas meczu Młodej Legii z Lechem Poznań, niż na meczu z Nerem Poddębice czy Energią Kozienice. ME zapewniała też regularność gry między 19. a 21. rokiem życia, co pozwalało tych chłopaków ukształtować. Sporo zawodników z niej wyszło i dotąd gra na wysokim poziomie. Ktoś powie – lepiej, że powstają drużyny rezerw, jest już rywalizacja z seniorami. Problemem pozostaje jednak przygotowanie, zwłaszcza fizyczne, młodych piłkarzy. Weźmy Miłosza Szczepańskiego – chłopak lepiej poradziłby sobie w I lidze, niż w III, gdzie większość spotkań to pospolita rąbanka.

– Dzięki jej rozwiązaniu dostał pan jednak szansę w piłce seniorskiej.

– Tak, ale to był bardzo trudny okres. Całkiem inna specyfika gry, przerzucenie się z fajnych obiektów na smutne realia niższych lig w Polsce. Początkowo całkowicie sobie z tym nie radziliśmy. Chłopaków wyzywano od gwiazdeczek, wiadomo, jak postrzegana jest Legia, psychicznie było im trudno. W końcu jednak wzięliśmy się w garść i skończyliśmy rundę na pierwszym miejscu w tabeli.

– Ma pan żal do Legii, że w takim momencie podziękowano panu za pracę z tą drużyną?

– Na początku nieco miałem. Byłem tym zaskoczony. Gdy Legię objął Henning Berg, zostałem zaproszony na rozmowę. Spodziewałem się, że naturalną koleją rzeczy będzie propozycja pracy w pierwszym zespole w roli asystenta, przeszedłem w końcu wszystkie szczeble pracy w klubie. Dowiedziałem się jednak, że zostałem przesunięty do CLJ. Nie mam oczywiście żadnych pretensji do Jacka Magiery, który zajął moje miejsce, widocznie tak musiało być. Zacząłem zastanawiać się nad odejściem, pojawiły się propozycje, ale działo się to bardzo szybko i zdecydowałem się zostać. Po pół roku nadeszła oferta ze Znicza Pruszków, z której już skorzystałem.

– Zanim przejdziemy do Znicza – czy akademia Legii idzie w dobrym kierunku?

– Na pewno gdy w niej pracowałem, odpowiadali za nią świetni ludzie. Krzysztof Dębek, Jarek Wójcik, Marcin Pawlina… Wszyscy się znali, całymi rodzinami, więc współpraca i zrozumienie stało na wysokim poziomie. Dziś wygląda to nieco inaczej. Trening, a później każdy szkoleniowiec idzie w swoją stronę – cześć, widzimy się jutro w pracy. Wszystko poszło w stronę korporacji, jak zresztą cała piłka nożna. Jeszcze kilka lat temu nie było też tak ogromnej rotacji. Opierano się na długofalowej koncepcji, a obecnie trenerzy pracują pół roku, czasem rok, a w ich miejsce przychodzą kolejni. Problemem jest też baza treningowa, a raczej jej brak. Nie można oceniać pracy trenerów, którzy nie mają pełni możliwości, aby rozwijać swoje koncepcje, bo po prostu nie pozwala im na to infrastruktura. Mam też wrażenie, że trenerom w akademii Legii brakuje też nieco doświadczenia. Dobrze, że stawia się w niej na młodzież, sam zaczynałem będąc młodym trenerem, ale przeszedłem wszystkie szczeble, od najmłodszych roczników, po seniorów. Przykładowo, jeżeli ktoś zaproponowałby mi pracę w Młodej Ekstraklasie w wieku 26 lat, prawdopodobnie po pół roku bym zginął. Progres jest najważniejszy.

– Czy zgodzi się pan ze stwierdzeniem Stanisława Czerczesowa, że zaplecze Legii to tak naprawdę przedszkole i nie ma w kim wybierać?

– Oczywiście, że nie. Kwestią kluczową jest danie szansy młodym graczom. Jeżeli wychodzi się z nastawieniem, że nie ma komu jej dać, to nic z tego nie będzie. Gdy byłem trenerem Młodej Legii, Mateusz Możdżeń w Lidze Europy strzelił pięknego gola Manchesterowi City. Kilka osób zaczęło pytać, jak to możliwe, że chłopak z naszego regionu odnalazł się w Lechu, czemu u nas nie ma takich młodych wilków. Odparłem, że u nas są lepsi. Prezes zapytał: – A dlaczego nie grają? Bo nikt nie chce dać im szansy! I wtedy zaczęło się stawianie na Rafała Wolskiego, Dominika Furmana, Daniela Łukasika… Okazało się, że mogą, że istnieją młodzi, którzy dają radę. Tacy gracze są w akademii Legii i dziś, tylko trzeba im zaufać i dać czas. Zdolni zawodnicy muszą jak najszybciej trafiać do pierwszego zespołu. Na pewno będą mieli wahania formy, ale trzeba być cierpliwym. Nie jeden obóz, dwa sparingi i „nie, to nie to”. Trzeba zachować zimną krew. Nie każdy z miejsca będzie Messim. Spójrzmy, jak długo w Legii grał Michał Żyro, jak wiele dostawał szans, jak duży kredyt zaufania, aby dojść do poziomu reprezentacyjnego.

– Młodzi zawodnicy odchodzący z Legii na wypożyczenia często zderzają się z twardą rzeczywistością i piłkarsko giną. Może przy Łazienkowskiej mają aż za dobrze?

– To zależy od indywidualnego podejścia. Aby wymagać czegoś od zawodnika, trzeba stworzyć mu dobre warunki. Legia, poza wspomnianymi już boiskami, stwarza świetne. Ci gracze nie znają innej sytuacji, niż wszystko na swoim miejscu – wyżywienie, sprzęt, opieka. Po odejściu z Legii trafiają na prawdziwą szkołę życia, czy są w stanie poradzić sobie w innych, już nie tak szklarnianych warunkach. To też element swego rodzaju „odsiewu” zawodników.

– Wracając do Znicza – pierwszy sezon był średnio udany w lidze, ale za to udało się osiągnąć ćwierćfinał Pucharu Polski.

– Co do ligi, już w kwietniu zdaliśmy sobie sprawę, że o awans będzie niesamowicie trudno i zdecydowaliśmy się w wielu meczach na grę odmłodzonym składem. Miejsce końcowe nie było więc najbardziej istotne. Z bardzo dobrej strony pokazaliśmy się natomiast w Pucharze Polski – wyeliminowaliśmy dwa zespoły, które awansowały do ekstraklasy, czyli Zagłębie Lubin i Termalikę Bruk-Bet Nieciecza. Nie podołaliśmy dopiero w starciu z późniejszym mistrzem Polski, Lechem Poznań. To w ostatnich latach największy sukces klubu.

– W tym sezonie było już zgoła odwrotnie.

– Tak, odwróciliśmy nasze priorytety. Odpuściliśmy nieco Puchar Polski na rzecz ligi. Krok po kroku zmierzaliśmy do celu, którym był awans na zaplecze ekstraklasy. Wiadomo, początek nie był najbardziej imponujący, ale z tygodnia na tydzień wyglądało to coraz lepiej. Trener to nie czarodziej – potrzebuje czasu, tym bardziej, że przed sezonem dostałem 14 nowych zawodników. Lepiej jednak gorzej zacząć i lepiej skończyć, niż odwrotnie. Dotarliśmy się w porę, świetnie skończyliśmy rundę jesienną, a wiosną dopięliśmy swego.

– Presja była spora, mimo świetnego rezultatu sportowego, w klubie było dość nerwowo.

– W każdej chwili trzeba sobie z nią radzić. Nie ma momentów, gdy jest rozluźnienie, taki jest sport. Zawsze są oczekiwania, którym trzeba sprostać. Gdy już udało nam się wskoczyć na miejsce premiowane awansem, logiczne jest, że chcieliśmy je utrzymać. Spirala się nakręciła, zagraliśmy na maksimum możliwości i dziś możemy się cieszyć.

– Spory postęp zrobił Patryk Kubicki, który chyba odkleił wreszcie z pleców łatkę „syna taty-trenera”.

– Pokazał, na co go stać, zasłużył na wyróżnienie. Wszystko rozwijało się w trakcie sezonu. Początkowo czasami nie łapał się do osiemnastki meczowej, grał w drugim zespole, okazał się jednak cierpliwy, zabrał się za sumienną pracę i wywalczył swoje. Stał się podstawowym zawodnikiem i jednym z czołowych strzelców w drużynie. Może być wzorem dla tych mniej cierpliwych.

– W pańskim CV znalazło się motto „Bądź lepszym każdego dnia”. Dotychczasowa kariera zdaje się potwierdzać to hasło.

– Przede wszystkim trzeba być człowiekiem i postępować po ludzku. Nawet, gdy jestem zmuszony rozstać się z jakimś zawodnikiem czy odstawić go od składu, rzadko zdarza się, aby miał pretensje. Staram się być sprawiedliwy, poświęcam sporo uwagi graczom, którzy mniej grają, tłumaczę, dlaczego tak właśnie jest. Często rozmawiam też z zespołem, czasami nawet zdarza się, że pytam zawodników, z którymi kolegami gra im się lepiej, gdy mam dylemat dotyczący składu. Na razie moja praca układa się bardzo dobrze, krok po kroku w górę. Zobaczymy, gdzie ta ścieżka mnie zawiedzie.

Rozmawiali Emil Kopański i Tomasz Obrępalski

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s