Bartosz Bobrowski: – Lubiłem zabalować, ale z Grześkiem Królem się nie napiłem

bobrowski

fot. MLKS Victoria Sulejówek (victoriasulejowek.pl)

Przez cały 2015 rok był grającym trenerem trzecioligowego Startu Otwock, którego barwy reprezentował łącznie przez osiem lat. W styczniu stał się bohaterem nietypowej sytuacji. Po roku pracy trenerskiej pojawił się na testach w pierwszoligowym Dolcanie Ząbki jako… piłkarz. Bartosz Bobrowski w swoim najdłuższym wywiadzie w życiu opowiada o sześciu nieudanych próbach przebicia się do I ligi, nocnych zwyczajach Piotra Rockiego, strajku w obronie Dariusza Dźwigały czy zwiedzaniu Otwocka razem z Michałem Zapaśnikiem. Zapraszamy do lektury!

Jak było z tym Dolcanem?

Śmiesznie wyszło. Poszedłem, bo trenerem był Darek Dźwigała, który dobrze mnie znał. Zaprosił mnie, żebym się przetestował, chciał zobaczyć, jak wyglądam na boisku. Zagrałem jeden sparing, drugi, trzeci, ale wiadomo, jaka w Dolcanie była sytuacja. Szkoda, bo wreszcie była szansa zagrać w tej pierwszej lidze.

Dla ciebie już chyba szósta.

Dokładnie. Trochę się napaliłem. Chciałem, kurczę, liznąć tej pierwszej ligi, ale wyszło jak wyszło.

Jak wypadłeś na testach? Poprzednie pół roku spędziłeś już praktycznie tylko na ławce trenerskiej.

Darek był zadowolony. Mi się wydaje, że jakoś bym się odnalazł. Tym bardziej, że zespół był naprawdę super. Na początku, jak przychodziłem, trenowała jeszcze większość chłopaków. Nie było wcale czuć, że klub się rozpada, wszyscy wierzyli, że będzie dobrze. Był nawet czas, że trenowałem w dwóch klubach. Rano w Dolcanie, popołudniu w Sulejówku. Przeskok był masakryczny.

Wytrzymywałeś takie obciążenie?

Skończyło się tak, że później miałem problemy z kolanem. Ale zależało mi, chciałem się złapać do Dolcanu. Piłkarzem wielkim nie jestem, umiejętności mam średnie, ale biegowo sobie radziłem.

Myślisz, że gdyby Dolcan się nie rozpadł, byłbyś w stanie regularnie grać w pierwszej lidze?

Uważam, że tak. Przez te wszystkie lata żaden trener nie dał mi możliwości gry wyżej. Testy zawsze wychodziły słabo, nikt mi generalnie nie zaufał. Dlatego tym bardziej poczułem szansę. Rozmawiałem nawet z prezesem Szczęsnym, ale to była rozmowa w stylu: chcemy cię, ale poczekaj jeszcze chwilę, potrenuj. I na tym się skończyło. Byłem w klubie w zasadzie do samego końca. W końcu Darek zadzwonił i powiedział, że światło zostało zgaszone.

Pierwsza szansa gry wyżej pojawiła się w 2011 roku, kiedy pojechałeś na testy do Arki Gdynia.

Już wtedy miałem iść do Dolcanu. W Ząbkach walczyli wtedy o utrzymanie w pierwszej lidze. Jeszcze przed końcem sezonu zadzwonił do mnie trener Podoliński i powiedział, że czy będą grali w drugiej lidze, czy w pierwszej, chce, żebym przyszedł. Sezon się skończył, a ja zajarany, bo w tym czasie w Otwocku zrobiło się słabo. Ale okazało się, że już nie mam przychodzić, tylko się testować. To mnie trochę zraziło. I trafiła się Arka. Myślałem, czy jechać do Gdyni, czy do Ząbek. Mówię: dobra, skaczemy na głęboką wodę, niech będzie Arka. Pojechałem z Wojtkiem Wocialem i Jackiem Morycem. Kilka godzin w pociągu, zajechaliśmy na wieczór, siódma rano pobudka, trener Nemec zrobił nam skakaneczki. Poskakałem, później jeden trening, drugi. Zajechani poszliśmy do pokojów. Wstajemy rano, zapraszają nas na rozmowę. Powiedzieli, że właściwie nie wiedzieli, że mamy do nich przyjechać, więc nam dziękują.

Jak to nie wiedzieli?

Trener Nemec nie był poinformowany, że mamy się stawić na testy.

No to miał niespodziankę.

Dokładnie. Trafili mu się jacyś ludzie z lasu, którzy niespecjalnie go interesowali. Testy były kompletnie nietrafione.

Może nie spodobało mu się, jak skakałeś na skakance?

Może się nie popisałem, bo na skakance nie jestem asem. Nie było nawet żadnego sparingu. Szkoda. Wróciłem z tej Gdyni do domu jak zbity pies, ale chciałem jeszcze gdzieś pojechać. Trafił się Ruch Radzionków, drugi koniec Polski. Tam już pojechałem sam. Obóz, dwa sparingi. Była szansa, ale klub miał problemy finansowe.

Wszędzie gdzie trafiasz są problemy finansowe.

Dopiero teraz, w Sulejówku, pierwszy raz ich nie ma. Potrenowałem z Radzionkowem, Skowronek był tam trenerem, ale w końcu wyszło, że z podkulonym ogonem mam wracać do domu. Później byłem jeszcze w Zniczu Pruszków. Wyszedłem na sparing z Legią, w którym przez cały mecz wymieniliśmy łącznie chyba z pięć podań. Legia zagrała najmocniejszym składem, przegonili nas niesamowicie. Nie stworzyliśmy żadnej sytuacji. Po tym meczu dowiedziałem się, że nie są mną zainteresowani. Ale trener Pawlak nie powiedział mi tego osobiście, tylko przekazał przez prezesa Muchę. Wróciłem do Otwocka.

Spotkałeś w Radzionkowie braci Mak?

Byli bracia Mak, był Piotrek Rocki. Z „Rokim” na zgrupowaniu byłem nawet w pokoju. Pamiętam, jak o drugiej czy trzeciej w nocy wychodził do łazienki na papierosa. Bardzo pozytywny gość, chociaż osobiście nie poznałem go za dobrze. Generalnie w testach słabe jest to, że masz tylko 90 minut i musisz w tym czasie pokazać, jaki jesteś zajebisty. Ja nigdy nie byłem zawodnikiem, który czarowałby na pierwsze wrażenie.

Tylko na drugie.

Albo trzecie i piąte. Jak trener popracuje ze mną dłużej to dopiero może powiedzieć, że z tym gościem faktycznie dobrze się pracuje.

Potem, w 2012 roku, jeszcze raz był Dolcan.

Chyba nie podpasowałem trenerowi Podolińskiemu przez tę decyzję, którą podjąłem wcześniej. Wtedy, kiedy zamiast testów u niego wybrałem Arkę. Jak mam jakiś wybór, to zawsze wybieram źle. Byłem jeszcze w Pogoni Szczecin i Warcie Poznań. Do Pogoni na test-mecz wysłał mnie menedżer. Dziesiąta rano, zima, minus pięć stopni, wszystko zmrożone. Pojechałem tam na wycieczkę. Poznań – tak samo. Pojechaliśmy w kilku, jeden sparing, z Zagłębiem Lubin. I tak jak z Legią – Lubin tak nas przycisnął, że zamiast grania było bieganie za piłką.

Przez cały czas byłeś piłkarzem Startu Otwock, w którym łącznie spędziłeś osiem lat. Można powiedzieć, że – patrząc na ostatnią dekadę – jesteś tam legendą.

Otwock dał mi szansę. Dzięki chłopakom, którzy tam byli, nauczyłem się grać w piłkę. Na początku grali z nami Rafał Szwed, „Dźwigu”, Jarek Mazurkiewicz, Sebek Kęska. Jak przychodziłem był jeszcze Igor Gołaszewski, więc było się od kogo uczyć. Ale później ten Otwock mnie zdołował. Jak po tych wszystkich testach zostałem w trzeciej lidze, to już się w niej zakopałem i nie było opcji stamtąd wyjść. Chociaż tak naprawdę sam jestem sobie winny. Zawsze w okresach przejściowych, zamiast dobrze się poprowadzić, lubiłem zabalować. Na testy do Szczecina miałem jechać tydzień wcześniej, ale menedżer powiedział, że na razie nie jadę. No to przybalowałem ostro, przez dwa dni. Trzeciego dnia, na kacu, odbieram telefon:

– Słuchaj, jutro wsiadasz i jedziesz!
– No, fajnie…

Jak jeszcze byłem w Radomiaku, miałem świetną rundę jesienną. Potem przerwa, zima, święta. I to samo. Trener Engel kazał w tym czasie coś robić, ja oczywiście nic nie robiłem. Wróciłem na treningi i z zawodnika, który był najlepszy wydolnościowo, wlokłem się na końcu. Brakowało samodyscypliny.

W Otwocku nie było szansy na zrobienie czegoś większego? W 2009 roku graliście przecież w barażach o awans do I ligi.

Szansa była i to duża. Czego zabrakło? Pieniędzy, ale o tym nawet nie mówię. Funkcjonowaliśmy z miesiąca na miesiąc. Zabrakło trochę organizacji. Na kluczowy mecz, do Stróż, pojechaliśmy tego samego dnia, w upale, autobusem bez klimy. Wyszliśmy na boisko trzepnięci, było 2:2, do awansu zabrakło nam jednej bramki. Do Jastrzębia, na baraż, też jechaliśmy w dniu meczu. Może jakbyśmy się spokojnie wyspali, byłoby inaczej.

Wyobrażaliście sobie w ogóle pierwszą ligę w Otwocku?

Z obecnymi wymogami bez szans, ale wtedy? Coś tam by dołożyli, może trafiłby się jakiś sponsor. Ale my o tym nie myśleliśmy. Graliśmy, byle wygrać, dla siebie. Każdy myślał, że może odejdzie do innego klubu.

***

Kiedyś na obozie trener Cezary Moleda chciał zrezygnować z Darka Dźwigały. Ja, Paweł Nowotka, Tomek Karaś, Jarek Kęsek i chyba ktoś jeszcze zrobiliśmy strajk. Nie wyszliśmy na trening.

Ale ty miałeś wtedy ze 20 lat.

Trochę głupio, nie? Ale moje decyzje zawsze były mało rozsądne. Powiedzieliśmy, że nie wychodzimy na trening. Trener powiedział: to pakujcie się i wyjeżdżajcie. No to spakowaliśmy się i wyjechaliśmy. Chłopaki przez pół roku musieli grać w rezerwach, a ja odszedłem do Radomiaka.

Kto zainicjował ten strajk?

Chyba Paweł Nowotka. Przyszedł do pokoju.

– Ty, słuchaj, „Dźwiga” chcą odpalić!
– Co?
– No, poważnie! Dawaj, nie wychodzimy na trening!

Chcieliśmy być fair wobec kolegi z drużyny i autorytetu, bo dla każdego z nas – młodych chłopaków – Darek był wzorem. I to bardziej niż trener. Może właśnie to przeszkadzało Moledzie. Pamiętam, że był bardzo porywczy. Kiedyś graliśmy mecz w Piastowie i w szatni jak Alex Ferguson kopnął butelkę. Trafił kogoś w łeb, a wszyscy w śmiech. Raz przegraliśmy i tak się wściekł, że w następnym tygodniu tak nam dowalił, że w kolejnym meczu po piętnastu minutach odcięło nam prąd i dostaliśmy czwórkę od Okęcia.

Strajkowaliście wtedy tylko w pięciu?

Tak, tylko nasza garstka. Reszta została, normalnie trenowali.

Później mieliście całkiem fajną przygodę w Pucharze Polski.

Trochę sobie pograliśmy. Podbeskidzie, ŁKS… Trafiliśmy na Ruch Chorzów i wcale nie byliśmy gorszym zespołem, ale przegraliśmy 0:1 po głupiej bramce. A była szansa, żeby jeszcze z nimi wygrać. Powinien być karny na Sebku Kęsce, który zerwał wtedy więzadła w kolanie, bo bramkarz go skasował. Chyba Perdijić wtedy bronił.

Z Podbeskidziem wygraliście dopiero po karnych. Piątego, decydującego, strzelał… bramkarz. Dawid Bułka.

„Buła” nogami grał niesamowicie. Ze swoją posturą spokojnie mógłby grać na stoperze. Do karnego podszedł na pewniaka. W meczach czasami podchodził do wolnych, strzelił nawet gola w drugiej lidze z Concordią. Jak miał iść do wolnego, zawsze się śmialiśmy: ty, „Buła”, ale żebyś zdążył jeszcze wrócić, bo trzeba przebiec 90 metrów.

Była kiedyś taka sytuacja?

Była, była. Ale zdążyliśmy zblokować, nie poszła żadna kontra. Dawid nie podchodził do rzutów wolnych często, do strzelania byli jeszcze inni. On robił to raczej w trudniejszych sytuacjach, gdy musieliśmy ryzykować. Zawsze był kapitanem i gościem, z którym nie można było zadzierać. Nikt nawet nie próbował. Dyscyplinę trzymał razem z Rafałem Szwedem. Ten z kolei naprawdę mocno trzymał innych za gębę. Nie było przebacz. Kiedyś graliśmy mecz. Na stoperze Szwed z Norbim Jędrzejczykiem, ja na prawej obronie. Jedno podanie zagrałem źle, Norbi tak samo. A „Szwedzik” już jedzie z nami na maksa. Teraz to by było nie do pomyślenia. Niektórzy młodzi po takich słowach, jakie my usłyszeliśmy, mogliby uciec do szatni. Chciał nas prawie ganiać po boisku.

Opowiedz coś o Grześku Królu. Właśnie Start był jego ostatnim klubem na wyższym poziomie.

W Otwocku był dość krótko. Raz trenował, raz nie trenował. Umiejętności fajne, piłkarz, tylko, że maksymalnie na 20 minut. Był już zalany tłuszczem, w dodatku często było od niego czuć wczorajszy dzień, więc zawsze biegał mocno opatulony, bo musiał swoje wypocić. Miał dobre momenty, ale przyjazzować potrafił do odcięcia.

Z tobą też?

Właśnie nie. Nie miałem za bardzo okazji napić się z Grześkiem. Aż dziwne, ale za bardzo nie obracałem się w jego składzie. Trzymałem się bardziej z młodszymi.

Jak na to patrzył Dźwigała?

Zdawał sobie sprawę z sytuacji Grześka, ale jak ktoś ma taki problem, ciężko coś zrobić. Tym bardziej się cieszę, że już z tego wyszedł i fajnie funkcjonuje.

Przez Otwock przewinęło się też wielu obcokrajowców.

Najfajniejszą postacią był Christian Okafor Agu. Piłkarsko średni, ale kawał byka, strzelał sporo bramek. Jak to Murzyni, lubił się dziwnie ubrać. Kiedyś przyszedł w brązowym dresie, bardzo luźnym. Adaś Warszawski nie mógł tego nie skomentować. Śmiał się, że to niedźwiadek, bo wtedy podobno w Zakopanem jakiś niedźwiedź wyszedł na ulice. Chłopaki chcieli, żeby stał na meczu i jako niedźwiadek robił sobie zdjęcia z dziećmi. Był też Luke Uzoma. Kiedyś poszliśmy na imprezę, to masakra. Non stop tańczył, dużo tankował, był zwariowany. Był też bramkarz z Argentyny (Martin Herman – przyp. aut.).

Skąd w ogóle pomysł, żeby nie mając w klubie pieniędzy ściągać bramkarza z Argentyny?

Jak zwykle, podesłał go jakiś menedżer. Ja opowiadałem o testach, że pojechaliśmy do Arki. A gość przyjechał z Argentyny i zorientował się, że tu nie ma pieniędzy. W dodatku musiał mieszkać w jakimś brudzie i jeszcze, do tego wszystkiego, nie grał. Jakbym ja znalazł się w takich warunkach w Argentynie chciałbym tylko jak najszybciej wrócić do domu.

A James Oamen?

Jemu siadło kiedyś kolano. Miał coś pozrywane, ale nie chciał iść na operację, bo się bał. Grał, mimo, że się nie nadawał, cały czas ciągnął tę nogę za sobą. Podejrzewam, że do tej pory jeszcze tego nie wyleczył.

Wiesz co ze Startem łączy Wojciecha Kowalczyka i Tomasza Hajtę?

Nie.

Artur Kowalczyk i Mateusz Hajto, czyli brat i syn.

Kowalczyk był z nami krótko. Dobry chłopak. Na Mateusza wołaliśmy „Gianni”, ale talentu po tacie chyba jednak nie ma. Piłkarsko prezentował się przeciętnie. I miał problem, bo na boku obrony grałem ja. Jedna historia z Mateuszem jest dobra. Sędziowie zawsze czepiają się lajkrów pod spodenkami, że zły kolor. On właśnie wchodził z ławki, a sędzia: nie no, nie możesz w tym wejść. I normalnie na ławce przebieranie. Publiczność się patrzy, a on gacie w dół.

Największym talentem, który wybił się z Otwocka, jest chyba Michał Zapaśnik. Grałeś z nim jeszcze zanim trafił do Zagłębia Lubin.

Pamiętam jak kiedyś oprowadzał mnie po Otwocku. Wygraliśmy jakiś mecz, wracamy podjarani. Dobra, to lecimy na imprezę. Ja, Jarek Kęsek i właśnie Zapaśnik. W Otwocku była taka dyskoteka, „Galaktyka”. Taka rzeźnia, że masakra. I poszliśmy w tango. Wróciliśmy na stadion, do hotelu, ale nie mogliśmy wejść, bo ktoś spał w naszym pokoju. No to rzucaliśmy w okno jakimiś butami. Wyszedł dozorca, my pijani, na następny dzień bura od trenera Moledy, jakaś kara wjechała. Tak się skończyła „Galaktyka”. A Michał – miał bardzo duże możliwości. W Lubinie nie poszło mu tak, jak chciał, a później już schodził coraz niżej. Teraz znowu ma kontuzję.

Były inne talenty, którym nie udało się przebić?

Przez Otwock przewinęło się mnóstwo chłopaków, którzy mogliby grać wyżej. Nawet Mikołaj Tokaj, Łukasz Choiński. Ostatnio zaimponował mi Sebek Szerszeń. Chłopak pewny siebie, nakierowany na piłkę nożną. Szkoda, że w Arce mu nie poszło. Był też Bartek Pacuszka, który wrócił z Holandii. Były śmiechy, bo w jakimś wywiadzie powiedział, że w Otwocku chce odbudować formę i pojechać na Euro 2012. Od razu to podłapaliśmy. On też się zakopał, został jeden sezon, drugi i tak się skończyło.

Dlaczego rok temu, przed rundą wiosenną, drużynę powierzono właśnie tobie? Nie było chętnych z zewnątrz?

Może i byli, ale ja miałem uprawnienia i chciałem iść w trenerkę, więc wziąłem ten zespół. Teraz uważam, że byłem na tyle zżyty z chłopakami, że nie było sensu tak robić. Ale nie żałuję, bo dla mnie to niesamowite doświadczenie. Może dobrze, że zrezygnowałem. Bo zrezygnowałem, a nie – tak jak niektórzy podawali – zostałem zwolniony. Jeszcze z pół roku i bym w Otwocku kilku przyjaciół nie miał, a chcę ich mieć.

Na wiosnę byłeś grającym trenerem, a jesienią, w drugiej rundzie, grałeś już mało.

Wystawianie się samemu źle wpływa na drużynę, bo wtedy kto inny nie gra. Ale czasami musiałem.

Wystawiłeś się na rezerwy Legii.

Ale nie dlatego, że to Legia. Były chyba jakieś kartki. Mogę teraz powiedzieć, że trener na boisku to bzdura. Patrzę w inną strefę, podpowiadam komuś, a sam zawalam swoją robotę. Z trenerskiego punktu widzenia to bez sensu. Trzeba stać z boku.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI (@mateosokolowski)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s