Arkadiusz Ryś: – Gdybym w Auxerre nie postawił na naukę języka, nie miałbym teraz pracy

rys

fot. arekrys.skynetblogs.be

Rówieśnik Roberta Lewandowskiego. Kapitan młodzieżowej reprezentacji Polski, w której występowali m.in. Kamil Glik, Patryk Małecki czy Maciej Korzym. Arkadiusz Ryś, bo o nim mowa, jako nastolatek był kreowany na przyszłą gwiazdę bloku defensywnego naszej kadry. Skończyło się na kilkudziesięciu występach w I lidze i podjęciu odważnej, życiowej decyzji. – Postanowiłem coś zmienić i poszukać normalnej pracy. Nie chciałem odnaleźć się w wieku 35 lat, nie mając niczego – powiedział w rozmowie z Gramy bez bramkarza.

Ryś występował w Auxerre w latach 2005-2009. Najpierw w juniorach, później w drużynie rezerw. Po powrocie do Polski grał kolejno w: GKS-ie Katowice, Garbarni Kraków i Okocimskim Brzesko. Obecnie jest zawodnikiem IV-ligowego zespołu spod Warszawy, KS Raszyn.

Po czterech latach spędzonych w Auxerre nie spodziewałeś się pewnie, że przygoda z profesjonalną grą w piłkę skończy się tak szybko.
Na pewno. Z mojej perspektywy gra w drugiej czy trzeciej lidze jest już bez sensu. Mam 28 lat. W tym wieku w piłkę nie gra się po to, żeby zarabiać 1,5 tysiąca złotych, tylko po to, żeby móc się utrzymać i jeszcze odkładać. Postanowiłem coś zmienić i poszukać normalnej pracy. Mógłbym pograć sobie jeszcze pięć czy dziesięć lat, ale po tym czasie byłbym w takiej sytuacji jak dziś – bez żadnego doświadczenia. To raczej nie pozwoliłoby mi na stabilne życie.

Jako 35-latek, który nie robił w życiu nic poza grą w piłkę, byłbyś – delikatnie mówiąc – w lesie.
Zdecydowanie. Inaczej, kiedy masz plecy, ktoś cię gdzieś przygarnie i zostaniesz w sporcie. Ale jeśli miałbyś nagle zacząć robić coś innego, byłoby bardzo ciężko. Ludzie, którzy robili wielkie kariery, mają problemy z odnalezieniem się później w życiu. A co dopiero ja.

Odnalazłeś się już?
Nie miałem problemu ze znalezieniem pracy. Głównie dzięki temu, że będąc we Francji postawiłem na naukę języka. To było sporym ułatwieniem.

Co teraz robisz?
Siedzę w księgowości. Jednym z wymogów była właśnie znajomość francuskiego, bo mamy styczność z klientami z Francji. Teraz mogę powiedzieć, że gdybym nie uczył się języka, po wyjeździe do Auxerre nie zostałoby mi nic. A czemu księgowość? Liczby, cyferki i statystyki lubiłem od najmłodszych lat. Do czternastego, piętnastego roku życia miałem zanotowany każdy mecz, w którym grałem. Potrafiłem też wymienić całą tabelę ligi polskiej, hiszpańskiej czy każdej innej. Piłka była kiedyś w moim życiu numerem jeden, ale teraz priorytety się zmieniły. Nie chciałem odnaleźć się w wieku 35 lat, nie mając niczego. Jednak nie wykluczam powrotu do piłki w innej roli. Chcę być trenerem, dobrym trenerem, bo myślę, że się do tego nadaję. Na razie pracuję w Raszynie z dziećmi, jednak celem są seniorzy. I tu zawieszam sobie poprzeczkę, a nie jakieś niższe ligi. Aktualnie czekam na kurs wyrównawczy UEFA A w Warszawie, bo dyplom trenera drugiej klasy zdobyłem już w 2013 roku na AWF Katowice. Serio, jak będę miał trochę szczęścia to wiem, że w trenerce zajdę daleko!

Mateusz Szczepaniak w wywiadzie dla Weszło powiedział, tu cytat, że maturę francuską zdałeś lepiej niż Francuzi. To prawda?
Prawda. Byłem w klasie o profilu matematyczno-biologicznym, z przedmiotami ścisłymi. W klasie było nas czterech. Ja zdałem bez poprawek, dwóch kolegów – po poprawkach, a czwarty nie zdał w ogóle.

Sam zdecydowałeś, że stawiasz na naukę? Nie wierzę, że klub kazał nastolatkowi uczyć się biologii.
Klub wrzucił mnie do takiej klasy, bo w humanistycznej – po roku spędzonym we Francji – mógłbym mieć problemy z pisaniem. Powiem ci ciekawą historię. Jednym z moich ważniejszych egzaminów maturalnych była biologia połączona z geografią. We Francji traktują to jako jeden przedmiot.

Coś takiego jak w polskich szkołach przyroda.
Nauka o ziemi, tak to nazywają. To był dla mnie ważny przedmiot. Od początku powiedziałem, że stawiam na matmę, fizykę i chemię, bo nauczę się wzorów i jakoś to zdam. A przyrodę odpuściłem. To znaczy – walczyłem, ale nie stawiałem jej na pierwszym miejscu. Innymi przedmiotami chciałem nadrobić to, co straciłbym tutaj. A okazało się, że najlepiej poszła mi właśnie ta przyroda. Głównym zadaniem było napisanie rozprawki. Do tej pory nie wiem, jak to zrobiłem. Z pisemnym francuskim było mi bardzo ciężko.

O czym pisałeś?
Nie pamiętam już tematu. Było dużo fachowego języka, poza tym wszystko było trzeba ułożyć gramatycznie. Nie mam pojęcia, jak sobie z tym poradziłem. Napisałem chyba na 80 procent. Cieszyłem się, że zdałem tę maturę i nie musiałem jeździć na poprawki. Czekając na wyniki wróciłem do Polski i okazało się, że jest super. Później z gratulacjami dzwonili do mnie trenerzy. Z jednym założyłem się, że jak zdam maturę, wyśle mi koszulkę Auxerre z moim nazwiskiem. I po miesiącu przyszła.

W akademii mocno stawiali na naukę?
Nikomu nie pozwolili się nie uczyć, ale wszystko było dopasowywane do poziomu intelektualnego danej osoby. W szkole były klasy o różnych profilach. Właśnie ta matematyczna, humanistyczna i jeszcze jakaś trzecia. Ale równie dobrze można było iść do zawodówki.

Droga na łatwiznę?
Dokładnie. Korzystali z niej ci, którzy chcieli mieć skończoną szkołę, ale nie chcieli się wysilać.

Dużo takich było?
Sporo. Większość chłopaków wybierała łatwiejszą ścieżkę.

Skoro mówisz, że w twojej klasie były cztery osoby…
Nas było czterech, w innej klasie z siedmiu. Razem ze mną do matury podchodziło 12, może 15 osób.

Znałeś francuski, gdy wyjeżdżałeś z Zielonej Góry do Auxerre?
Nic a nic. O wyjeździe dowiedziałem się w maju, a jechałem w lipcu. Przez ten czas zaliczyłem tylko kilka lekcji, żeby umieć powiedzieć „dzień dobry” i „do widzenia”, ale nie umiałem niczego więcej. Pierwszy poważny sprawdzian był na miejscu.

Ile czasu minęło, zanim zacząłeś mówić komunikatywnie?
Pierwsze trzy miesiące były tragiczne. Siedziałem w szatni, słyszałem „Arek”, a później śmiech. Nie miałem pojęcia, o co im chodzi. Po trzech miesiącach zacząłem kapować, o czym rozmawiają. Po pół roku, przed Bożym Narodzeniem, zerwałem więzadła. Na boisku była dziura od zraszaczy. Niefortunnie na niej stanąłem, uciekła mi noga. Od razu operacja. W szpitalu nastąpił przełom. Po lekach wszystko mnie swędziało. Miałem słownik, więc zacząłem dukać coś do pielęgniarek i lekarzy. Jakoś mnie zrozumieli. Później dogadywałem się już wszędzie. Po roku poszedłem na prawo jazdy, zacząłem szkołę. Cały czas się uczyłem i tak naprawdę cały czas się uczę. Czytam francuskie wiadomości, czasami wpadnie mi w ręce jakaś książka. Ale i tak trochę straciłem. Z napisaniem rozprawki miałbym teraz problem.

Jakim cudem nauczyłeś się francuskiego w pół roku, a Ireneusz Jeleń, który we Francji spędził pięć lat, nie był w stanie powiedzieć w tym języku ani słowa?
Niektórzy ludzie mają talent do języków. Mi akurat francuski nie sprawiał problemów. Druga sprawa – ja byłem we Francji sam, nie było żadnego Polaka. Jak Irek przyjechał, byłem ja, więc jak trzeba było, to pomogłem. On przyjechał już z rodziną, zamieszkali razem w domu, więc po treningach rozmawiał po polsku. Ja najpierw mieszkałem w internacie. Musiałem mówić po francusku. Jeśli jesteś zmuszony, nie ma szans, żebyś nie nauczył się języka chociaż w stopniu „Kali umieć mówić”. Irek bronił się grą, był tam gwiazdą. Do tej pory jest bardzo szanowany. W Auxerre to drugi Polak po Szarmachu.

Innym Polakom też pomagałeś? W pewnym momencie zrobiła się was cała gromadka: Jeleń, Dariusz Dudka, Mateusz Szczepaniak, Kamil Oziemczuk i ty.
Czasami byłem proszony przez klub, albo przez nich samych, żeby na przykład pojechać do banku i coś załatwić. Były też zabawne sytuacje, kiedy Kamil Oziemczuk prosił mnie, żebym zadzwonił i zamówił mu pizzę. Najlepszy kontakt miałem z Matim Szczepaniakiem. W którymś wywiadzie sam opowiedział, jak po meczu w juniorach zawołał mnie jego trener. Poprosił, żebym tłumaczył, po czym zaczął się na mnie drzeć, że Mati nie podaje piłki kolegom, tylko non stop się kiwa.

Komuś z rezerw albo juniorów udało się w tamtym czasie przebić do pierwszego zespołu?
W Ligue 1, w Angers, gra mój dobry kumpel, Denis Petrić. To bramkarz ze Słowenii. Dużo chłopaków powyjeżdżało do ligi bułgarskiej albo greckiej. Jeden, który w Auxerre nie był doceniany i nie dostał nawet propozycji profesjonalnego kontraktu, trafił do Espanyolu i zadebiutował nawet w Primera Division. Z młodszych roczników był jeszcze Yaya Sanogo. W Arsenalu trochę się zatracił, ale był moment, kiedy wszyscy myśleli, że to drugi Adebayor. 94 rocznik, wszystko jeszcze przed nim.

Z waszej grupy, młodych Polaków, nie udało się nikomu.
Problem był podwójny. Jak Francuz był na tym samym poziomie co my, zawsze brali Francuza. Nie jest tak jak w Polsce, że przyjeżdża obcokrajowiec i gra, a Polak siedzi na ławce, albo go wyrzucają.

Dobra gra Jelenia czy Dudki nie powodowała, że trenerzy patrzyli na was łaskawszym okiem?
Nie było tak, że nigdy nie dostaliśmy szansy. Mati siedział nawet na ławce. Ja nie, ale miałem treningi z pierwszym zespołem. Często szedłem na zapchajdziurę, kiedy inni zawodnicy wyjeżdżali na zgrupowania reprezentacji.

W 2005 roku zostałeś przez warszawski dziennik „Metro” wybrany do jedenastki piłkarzy, którzy będą reprezentować Polskę na Euro 2012. Do pewnego momentu byłeś ku temu na dobrej drodze.
Byłem wymieniany jako przyszłość polskiej piłki. Zawsze miło się na to patrzy, ale wiedziałem, że do tego jeszcze daleka droga.

Szło dobrze. W młodzieżówkach grałeś regularnie, byłeś nawet kapitanem.
Widzisz. Robert Lewandowski do reprezentacji naszego rocznika był powołany tylko kilka razy. I w dodatku nie załapał się do osiemnastki na eliminacje mistrzostw Europy. Jako napastnik pojechał wtedy bodajże Kamil Oziemczuk. Gdzie jest teraz „Lewy”, a gdzie ja czy inni z tego rocznika? Zawodnik wcale nie rozwija się do 20. roku życia, tylko musi doskonalić się przez cały czas. Taki jest właśnie Lewandowski. Moim zdaniem w każdym klubie, sezonie, jest coraz lepszy. Nie można powiedzieć, że jako 21-latek wszedł na najwyższy poziom i od tamtej pory tylko go utrzymuje. Moim zdaniem może być jeszcze lepszy i grać w jeszcze lepszym klubie. Nie wiem, czy mam ci powiedzieć, że mogłem zrobić coś inaczej. Na pewno mogłem, ale czasu nie cofnę.

W waszym roczniku było sporo piłkarzy z potencjałem, którzy później nie zaistnieli.
Może po prostu wskoczyli na swój najwyższy pułap? I tak z tego rocznika sporo ludzi gra w ekstraklasie.

Po czterech latach we Francji, jako 21-latek, wróciłeś do Polski. Co wtedy myślałeś? Że skoro grałeś w Auxerre, każdy cię weźmie?
Jeśli mam być szczery – dokładnie tak.

Zacząłeś z wysokiego poziomu: Legia Warszawa.
Mój menedżer znał dyrektora Trzeciaka. Błędem było to, że przysłał mnie do Legii jako prawego obrońcę. We Francji nigdy nie grałem na tej pozycji, a w kadrze tylko kilka razy.

Skąd w ogóle taki pomysł?
Wymyślił to menedżer, bo Legia szukała akurat prawego obrońcy. Pierwsza drużyna była na zgrupowaniu, więc poszedłem na treningi do Młodej Ekstraklasy. Zagrałem w sparingu, ale źle się czułem na prawej stronie. Na testach razem ze mną byli bracia Mak, ale też się nie dostali. Jakbym mógł zagrać w Legii przez pół roku jako środkowy obrońca, to w Młodej Ekstraklasie spokojnie bym sobie poradził.

W Legii się nie udało, więc ruszyłeś w Polskę.
Trafiłem do Katowic, do trenera Nawałki. Miał tam powstawać mocny klub z wielkim sponsorem, a okazało się, że była bieda jak nie wiem. Ja przyjechałem po okresie przygotowawczym, a u Nawałki liczyło się, żeby przepracować całe przygotowania. Pierwszy raz spotkałem się z treningami trwającymi trzy godziny, na których każdy, co do milimetra, miał stać na swojej pozycji. Nawet we Francji nikt nie przywiązywał takiej wagi do szczegółów. Na początku byłem do tego nastawiony mocno sceptycznie. Spotkałem się nawet ze stwierdzeniem, że Nawałka jako trener był terrorystą.

A był?
Tak. Wymagał bardzo dużo. Najwięcej ze wszystkich trenerów, z którymi się spotkałem. Teraz nigdy nie nazwałbym go terrorystą, tylko fachowcem. I nie dlatego, że robi wynik z reprezentacją. Wtedy wyciągnął z GKS-u więcej niż 100 procent możliwości. W tabeli byliśmy nawet nad Górnikiem Zabrze, do którego później poszedł i zrobił z nim awans. Cieszę się, że go spotkałem i żałuję, że trwało to tylko pół roku.

Później GKS stał się, można powiedzieć, drużyną emerytów.
Nie nazywałbym ich emerytami. Piotr Piechniak czy Jacek Kowalczyk przyszli przecież z ekstraklasy. Pojawiły się pieniądze, więc postawili na doświadczonych zawodników, którzy mieli trochę większe oczekiwania finansowe.

Wszystko odbywało się w momencie, gdy klubem zaczął rządzić Ireneusz Król.
W ciągu dwóch lat mieliśmy grać w ekstraklasie. Przychodzili zawodnicy, którzy nigdy wcześniej by do klubu nie przyszli. Na początku kilku, a później – po paru kolejkach, gdy totalnie nam nie szło – w ostatnim dniu okienka transferowego pojawili się Szala, Sokołowski, Dziedzic, Zieliński i Karwan. Kilka wypłat dostaliśmy na czas, ale koniec końców klub wpadł w tarapaty finansowe. Czasami, po gorszych meczach, Król przychodził do szatni i dawał nam do zrozumienia coś w stylu: dlaczego ja mam wam płacić, jak wy przegrywacie?

Karwan nie zapomniał nigdy koszulki na mecz?
Nie, ale ktoś zapomniał. Nie pamiętam już kto. Trener Moskal zawołał go do zmiany, a tu nie ma koszulki. Musiał lecieć do szatni.

U Nawałki coś takiego by przeszło?
Nie sądzę. Myślę, że cofnąłby zmianę.

Dostałeś kiedyś łokciem od Wojtka Szali?
Nie biegał na treningach i nie walił łokciami. Śmiejemy się, ale każdy sposób jest dobry, żeby powstrzymać napastnika.

Twoja przygoda z Katowicami zakończyła się w rezerwach.
Trener Górak mówił w wywiadach, że wszystkim dał szansę, a ja nie zagrałem ani minuty. Mam żal, bo nie powiedział prawdy. Do rezerw zesłał kilka osób, z pierwszego zespołu było nas tam chyba sześciu. Zrobiliśmy awans z okręgówki do czwartej ligi. Nie jest fajnie być zesłanym do rezerw, ale ta sytuacja nauczyła mnie wielu rzeczy. Awans do czwartej ligi to może śmieszny sukces, ale byłem wtedy wiodącą postacią.

Pojawiła się wtedy refleksja, że jako piłkarz nie podbijesz jednak Polski?
Nie chciałem się oszukiwać, że zarobię na grze w piłkę tyle, żeby po zakończeniu kariery móc przez dziesięć lat nic nie robić. Zacząłem studia, zaangażowałem się w pracę z dziećmi jako trener. To był przełom. Ale piłki jeszcze nie skreślałem. Miałem nadzieję, że uda mi się pograć na wyższym poziomie.

Trafiłeś do Garbarni Kraków, do trenera Krzysztofa Bukalskiego, a później Marka Motyki. Była szarańcza?
Nie było. Trener nie chciał już tego stosować, bo mówił, że w każdym klubie jest kojarzony z szarańczą. Ale i tak stałe fragmenty gry były jego konikiem. Dużo wymyślał, dużo ćwiczyliśmy. Czasami nawet przez godzinę! Zdarzało się, że gdy do przetrenowania było po pięć wariantów rzutu rożnego, z prawej i z lewej strony, ciężko było je wszystkie zapamiętać. Dlatego później, przed meczami, sami wybieraliśmy sobie warianty, które będziemy stosować.

Jako zawodnik Garbarni zacząłeś swoją przygodę z… dziennikarstwem. Pisałeś na portalu igol.pl.
Zacząłem w Krakowie, a później, gdy grałem w Okocimskim Brzesko, kontynuowałem. Robiłem to hobbystycznie. Lubię pisać, chciałem też podtrzymać francuski. Czasami były jakieś newsy, na przykład na L’Equipe, które mogłem tłumaczyć na polski i wrzucać na stronę.

Pisałeś też o swoich meczach?
Nie, ale zdarzało się, że robiłem wywiady ze swoimi kumplami, Mateuszem Kamińskim czy Tomkiem Cywką. Kiedyś był pomysł zrobienia wywiadu z Ljuboją, gdy grał jeszcze w Legii. Miałem porozmawiać z nim po francusku, ale nie udało mi się dodzwonić.

Koledzy w drużynie wiedzieli o tej pasji?
Wiedzieli, bo linki do swoich tekstów wrzucałem na Facebooka. Podchodzili do tego pozytywnie, mówili: szacun, że ci się chce. A mi się chciało, bo co można było robić siedząc w Brzesku?

Pić piwo.
Oczywiście (śmiech).

Nie pojawiła się wtedy myśl: kurczę, przecież nie o to się starałem?
Czasami zadawałem sobie pytanie: gdzie ja jestem? W Auxerre miałem wszystko, a tutaj wiążę koniec z końcem. Pierwszy sezon w Brzesku był moim najlepszym w Polsce. Grałem wszystko, od dechy do dechy. Trener Stach dążył do profesjonalizmu, mimo, że nie było nawet wiadomo, czy dogramy sezon do końca. Udało się, po spadku przystąpiliśmy też do drugiej ligi. W końcu stwierdziłem: koniec tej męczarni. Postanowiłem, że przyjadę do Warszawy i tu już zostanę. Były opcje, żeby próbować jeszcze w innych klubach. Na testy zapraszała mnie Kotwica Kołobrzeg, chciał mnie u siebie trener ŁKS-u, ale nic z tych rzeczy nie wchodziło w rachubę. Nie chciałem obudzić się w wieku 35 lat z ręką w nocniku i zarabiać 2 tysiące złotych na rękę. Teraz mogę sobie na to pozwolić, bo zdobywam doświadczenie. Ale później, jeśli na przykład będę miał dziecko, nie chciałbym bać się o swój byt.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI (@mateosokolowski)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s