Piotr Włodarczyk: – Bramka z Górnikiem? Profesjonalny balans ciałem!

władek

10 maja 2006 roku. W przedostatniej kolejce sezonu Legia Warszawa mierzy się na wyjeździe z Górnikiem Zabrze. Zwycięstwo zapewni jej mistrzostwo kraju. Mija niespełna kwadrans gry… – Szałachowski. Ładnie wypuścił piłkę w stronę Włodarczyka, Włodarczyk, jest w polu karnym, Włodarczyk na lewą nogę, Włodarczyyyyk… Gol dla Legii! 14. minuta, ależ kapitalnie zrobił to Włodarczyk! – wykrzyczał komentator. Po dziesięciu latach spotkaliśmy się z byłym piłkarzem Legii, aby powspominać lepsze i gorsze dni w jego karierze. Było ciekawie…

– Kiedy ostatnio piłeś wódkę po fińsku?

– O Jezu, dawno, bardzo dawno. Raz w życiu i nie chciałbym tego powtórzyć. Grałem wtedy w Auxerre, to był okres noworoczny, a że liga gra tam niemal bez przerwy, nie mieliśmy czasu na duże świętowanie. Mieliśmy w zespole Fina, Teemu Tainio. Zaproponował, żebyśmy pili jego sposobem, a pochodził gdzieś z północy, chyba z Laponii. Pomieszaliśmy wódkę z szampanem, mały „kociołek Panoramiksa”. Kac jest po tym jak stąd do Władywostoku, nikomu nie życzę, żeby tak się czuł.

– W czasie kariery zdobyłeś mnóstwo bramek – liczyłeś ile było takich, gdzie musiałeś jedynie dostawić nogę do pustaka?

– Było trochę. A to obrońca się pomylił, a to ktoś wypracował idealną sytuację, a to bramkarz popełnił błąd… Sztuką jest jednak znaleźć się we właściwym miejscu.

– Gol zdobyty równo 10 lat temu w meczu z Górnikiem Zabrze był najważniejszym w karierze? To był niby świetny drybling, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że niemal upadłeś.

– Wszystko było pod kontrolą, balans ciałem (śmiech). Chyba to była najistotniejsza zdobyta przeze mnie bramka, dała przecież mistrzostwo Polski. Legia czekała na nie długo – przez kilka lat na krajowym podwórku niepodzielnie panowała przecież Wisła Kraków.

– Gdyby zsumować wszystkie kwoty odstępnego, które płaciły za ciebie kluby, byłbyś jednym z najdroższych polskich piłkarzy. Jak się z tym czujesz?

– Fakt, przecież z Wałbrzycha do Legii przechodziłem za pięć miliardów! Nieważne, że starych złotych, liczy się kwota. Największą sumą odstępnego, za którą zmieniałem klub, były dwa miliony złotych, więc to chyba nie jest powalająca kasa. Ale rzeczywiście, gdy wszystko się połączy, nie wygląda tak źle. Milion marek zapłaciło za mnie Auxerre, gdy odchodziłem ze Śląska. Kończył mi się kontrakt, nie wiedziałem, że w Polsce weszło właśnie prawo Bosmana. Uświadomili mi to we Francji. Wróciłem do Polski i… przedłużyłem umowę z klubem z Wrocławia o kolejne dwa lata.

– Dlaczego?

– Chciałem być fair. Wyszedłem na tym źle, bo Śląsk później nie zachował klasy, zwyczajnie mnie oszukując. Nie chcę jednak już do tego wracać, było, minęło.

– Miałeś szczęście pracować z wieloma trenerskimi oryginałami. W Ruchu trafiłeś na Oresta Lenczyka.

– I doskonale to wspominam, współpracowało nam się wyśmienicie. Był wf, ale mam do niego ogromny szacunek. Miał swoje zasady, jasne i klarowne. Jeżeli ktoś się dostosował, nie miał żadnych problemów. Potrafił kapitalnie przygotować do rozgrywek, nie wiem, czy ktokolwiek w Polsce potrafił robić to lepiej. Z każdego wyciągał maksimum możliwości.

– A jak wyglądała współpraca z Mirosławem Jabłońskim w Legii? Grzesiek Szamotulski rzeczywiście tak bardzo go tyrał?

– Pamiętam, jak przed meczem z Vicenzą Calcio trener zaordynował bardzo długi, ponad dwugodzinny trening. Szamo się wpienił, zaczął krzyczeć, wreszcie pogonił Jabłońskiego, wykonując za nim wślizgi. Nie było w tym żadnej chęci zrobienia mu krzywdy, absolutnie, chciał go tylko trochę przestraszyć. Jeżeli chodzi o całokształt, ten trener był bardzo pozytywną postacią. Wydawał się bardzo grzeczny, ale gdy było trzeba, potrafił wrzasnąć i postawić do pionu. Szkoda, że zabrakło tych pięciu minut do mistrzostwa. To był jeden z niewielu meczów w rundzie, w którym nie zagrałem. Błędem trenera było zdjęcie z boiska Czarka Kucharskiego i Marcina Mięciela. Na boisko weszli Marcin Jałocha i Jacek Kacprzak, przesunęliśmy się na własną połowę, a Widzew to wykorzystał. Pamiętam tę niesamowitą, rozdzierającą ciszę w szatni. Później każdy odjechał w swoją stronę, totalna żałoba.

– Jak się pracowało z duetem Jerzy Kopa – Stefan Białas?

– Dziwnie, nie mogli się jakoś dogadać. Kopa miał być managerem, a Białas pierwszym trenerem. Później jednak okazało się, że to Kopa wszystkim rządził, był odpowiedzialny za wszystko. Nie był to zdrowy układ, doprowadził do pewnych podziałów. Z Lecha przyszedł Maciej Murawski, w ogóle ludzie z Poznania byli trochę faworyzowani. Powstał niesmak, trenerzy się unikali. Najlepiej we wszystkim się odnajdywał Kenneth Zeigbo, bo niewiele kumał. Wiecznie zadowolony, nic mu nie przeszkadzało. Miał dostać od Daewoo samochód, ale wybrał Poloneza. Pamiętam, że jego auto było poobijane z każdej strony, po tygodniu użytkowania już nie wyglądało najlepiej (śmiech).

– Ty też nie ustrzegłeś się niebezpiecznych przygód na drogach…

– Tak, wyszedłem cało z bardzo poważnego wypadku autobusowego, a innym razem rozbiłem swoje niemal nowe auto. Wracałem z Chorzowa do Warszawy na święta, a nie zdążyłem jeszcze zmienić opon na zimowe. Nie dostosowałem prędkości do warunków i skasowałem samochód. Na szczęście nic bardzo poważnego się nie stało, choć moja dłoń dość długo dochodziła do pełnej sprawności.

– Miałeś też Forda Mondeo, który wyglądał jak nieoznakowany radiowóz. Z tego również potrafiliście zrobić użytek.

– Oj, lekkie jaja. Siedzieliśmy w klubie na pomeczowym obiedzie, nagle bum! Wyskakujemy, a tu jakiś facet uderzył w samochód jednego z zawodników, nie pamiętam już którego. Podeszliśmy, ale gościu masz pecha – my z policji. Zbladł przerażony, zaraz napisał oświadczenie, że to jego wina. Mogliśmy w sumie wtedy wystawić mu mandat, ale to już podpadałoby pod wymuszenie (śmiech).

– Wracając do trenerów – w reprezentacji młodzieżowej po raz pierwszy trafiłeś na Pawła Janasa i od razu musiał poszukiwać was na mieście.

– Tylko raz nas ścigał. Tak naprawdę nie musieliśmy uciekać, bo dostawaliśmy od niego przyzwolenie, żeby posiedzieć przy piwku w hotelu. Raz się jednak zdarzyło, że przed meczem barażowym z Turcją na zgrupowaniu we Wronkach padł pomysł, żeby wyskoczyć na dyskotekę do Poznania. Jechałem z kolegami ostatnią taksówką i złapał nas Jacek Kazimierski. Daliśmy znać kolegom o wtopie, ale oni nie zastanawiali się długo – skoro już dojechali, to nie po to, żeby od razu wracać (śmiech). I tak przejebane, i tak.

– Twardy był też Janusz Wójcik, z którym pracowałeś w Śląsku Wrocław. Szamo w swojej książce wspominał, że niewiele brakowało, a biegałbyś karne kółka dookoła boiska w czasie meczu.

– Tak, choć Grzesiek się pomylił – to nie był mecz ligowy, a sparing z Polarem Wrocław na Oporowskiej. Miałem zacząć od ćwiczeń, a potem ewentualnie przejść do biegania. Szybko jednak trafił się rzut karny, więc trener kazał mi strzelać. Udało się wykorzystać i uniknąć nadprogramowej aktywności. Wójcik był ciekawym trenerem. Mieszkał cały czas w Warszawie, latał do niej po meczach w weekend i wracał do Wrocławia czasem w poniedziałek, czasem w czwartek (śmiech). Potrafił wywoływać bardzo silną presję. Pamiętam, jak Maciek Kowalczyk miał wykonywać rzut karny. Był tak przerażony, że złamał piłkę, ledwo dotoczyła się do bramki. Wójcik opierał się głównie na motywacji, merytorycznie zbyt mocny nie był. Trenowaliśmy jednak mocno, wtorki i środy zawsze dawały nam w kość. Dziś już to nie zdałoby egzaminu.

– Franciszek Smuda był przeciwnikiem picia alkoholu? Wiemy, że Artur Boruc i Michał Żewłakow się o tym przekonali.

– Nie, aczkolwiek wszystko musiało być otwarte. Powiedział wprost – możecie napić się piwa przy barze, ale jeżeli któregoś z was złapię na żłopaniu czegokolwiek w pokoju, wypierdolę z miejsca. Jeśli chodzi z kolei o warsztat, jako pierwsi graliśmy systemem 4-4-2, Smuda szukał nowinek, podpatrywał Zachód.

– Bardziej przewidywalnym szkoleniowcem był z pewnością Guy Roux, z którym miałeś okazję pracować w AJ Auxerre.

– Był przewidywalny w kwestii treningów – doskonale wiedzieliśmy, co danego dnia będziemy robić. Do dziś pamiętam rozkład zajęć, ale to się sprawdzało. Zajęliśmy przecież trzecie miejsce w lidze… Konkurencję miałem sporą – choćby Djibrila Cisse. Roux był trenerem, który bardzo rzadko robił zmiany. Jeżeli drużyna prowadziła, często kończyliśmy mecz tą samą jedenastką, która zaczynała. Trener nie zmieniał też pozycji zawodnikom – jeżeli ze składu wypadał np. prawy obrońca, nie przestawiał tam środkowego, tylko brał nawet chłopaka z rezerw. Nieważne, czy akurat był to mecz w Lidze Mistrzów czy sparing. Grałem więc mało, co bardzo mi się nie podobało. Dziś jednak żałuję, że nie zostałem dłużej i nie powalczyłem o miejsce w składzie. Mogłem pójść na wypożyczenie, ale uparłem się na powrót do Polski. Byłem niecierpliwy, mogłem poczekać.

– Zdecydowałeś się wrócić do Widzewa, skąd potem trafiłeś do Legii. O transfer jednak nie było łatwo?

– Nie, negocjacje trwały dość długo. Wreszcie musiałem się zrzec sporej części zaległości, postawiłem zresztą wcześniej sprawę ostro – albo mnie puścicie do Legii, albo nie będę robił nic. W końcu dostałem zielone światło i wróciłem na Łazienkowską.

– Drugie podejście do Legii było dla ciebie bardzo udane.

– Fakt, już pierwsza runda wyglądała bardzo dobrze. Wiosną w lidze przegraliśmy tylko jeden mecz, z dominującą wtedy w Polsce Wisłą. Szkoda, że nie udało się wywalczyć Pucharu Polski. Słabo zagraliśmy w Poznaniu, u siebie nie daliśmy rady odrobić strat, choć nie brakowało wiele.

– Duet Marek Saganowski-Piotr Włodarczyk był niesamowicie skuteczny. Od tego czasu nie było w Legii bardziej zabójczej dwójki.

– Teraz jest o to trudniej, bo najczęściej gra się jednym napastnikiem. W tamtych latach oprócz nas świetnie współpracowała też w Wiśle para Tomasz Frankowski-Maciej Żurawski, ładowali mnóstwo bramek. Teraz nosa do strzelania bramek ma Nemanja Nikolić. Nie wchodzi w walkę z obrońcami, tylko czatuje na linii spalonego. Chętnie bym z nim pograł.

W wywiadzie dla Legia.Net Kenneth Zeigbo twierdził, że Legii przydałby się teraz Dariusz Czykier. Potwierdzasz, że rzeczywiście był playmakerem tak wysokiej klasy?

– Umiał zagrać prostopadłą piłkę, choć nie był typową „dziesiątką” – przed nim grał jeszcze Rysiek Staniek. Miał świetny okres, gdy nic mu nie przeszkadzało i skupiał się wyłącznie na piłce, grał super. Ogromny potencjał.

– Niewielu zawodników Legii doczekało się murali im poświęconych, ty tak. Skąd bierze się taka sympatia kibiców do ciebie?

– Nie wiem. Na pewno czasem byłem irytujący na boisku, ale nigdy nie kalkulowałem, nie chowałem się za obrońcami. Bezpieczna gra na alibi to nie był mój styl. Tymczasem wielu zawodników wolało się nieco odsunąć, żeby czegoś nie spieprzyć, na zasadzie „byle nie było na mnie”. Nie lubię takiej postawy.

– Trudno było cię nie zauważyć, wyróżniałeś się fryzurami.

– Taka była moda (śmiech). Eksperymentować lubili też Sagan, Tomek Jarzębowski czy Artek Boruc, który był bardzo pozytywnym wariatem. Potrafił rozładować napięcie, ale także kogoś opieprzyć.

– Jak ty Manuela Arboledę?

– Czasem trzeba. Mieliśmy spięcie, to dobrze znana historia, ale jakoś nie obawiałem się na treningu o swoje kości. Pojechaliśmy później na mecz do Kielc, wygraliśmy 4:0, więc wszystko jakoś się poukładało.

– Po co był wyjazd do Grecji na koniec kariery?

– Sam nie wiem, trochę to wszystko wyszło na siłę. Mogłem zostać, nieco żałuję, że zabrakło mi ośmiu goli w ekstraklasie do osiągnięcia setki, ale już chyba nie zdołam tego nadrobić.

– W jednym ze skeczów Kabaretu Moralnego Niepokoju padają słowa: – Wstaję rano, idę do łazienki, robię sobie przedziałek na głowie i w zasadzie mam już fajrant. Tak jest też teraz z tobą?

– Podobnie, chociaż nie mam w czym zrobić przedziałka. Kiedyś mówiłem, że z łóżka wstaję na Teleexpress. Dziś zrywam się wcześniej, ale tylko po to, żeby móc się dłużej opierdzielać. A poważnie, prezesuję Ożarowiance Ożarów, rozkręcam też własny biznes. I tak jakoś leci…

Rozmawiali Emil Kopański i Tomasz Obrępalski

Fot. Legia.Net

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s