Wojciech Wocial: – Miałem ofertę z Polonii, ale musiałbym dostać koszulkę bez herbu

DSC_8975

W Legii wystąpił tylko w czterech oficjalnych meczach, ale z klubem przeżył znacznie więcej. Piłkę nożną zna nie tylko z boiska, ale również z trybun. Z Wojciechem Wocialem porozmawialiśmy o podawaniu piłek Grzegorzowi Szamotulskiemu, kibicowskich wyjazdach i uratowaniu szalika Legii przed spaleniem przez kibiców Wisły Kraków. A w kwestiach piłkarskich – m.in. o grze przeciwko Borussii, perypetiach w Otwocku, testach w Widzewie, czy ofercie z Polonii Warszawa. Zapraszamy do lektury!

fot. Piotr Niciporuk

Kojarzysz Kamila Tumulca?

(chwila ciszy) Nie…

Gość, który w dowodzie osobistym podpisał się z (L) w kółeczku. Ty kilka lat temu też się tak podpisywałeś, rozdając autografy kibicom.

Tak było. W Zniczu Pruszków nie patrzyli na to z sympatią. Że dawałem autografy z „eLką”, że miałem samochód oblepiony różnymi gadżetami Legii. Zjeżdżają się chłopaki ze wszystkich kątów Polski. Nie każdy kibicuje Legii i jest z nią zżyty tak, jak ja byłem i jestem. Kiedyś poszedłem do banku, dostałem pieniądze i musiałem podpisać, że je odebrałem. Podpisałem się właśnie z (L) w kółeczku i kobieta mi powiedziała: co pan wyprawia, to nie ten podpis! A w dowodzie mam inny, więc się nie zgadzał. Dziś już się tak nie podpisuję, z czasem to przeszło. Pojawiałem się w różnych klubach i czasami nie było to mile widziane.

tumulec

13016350_1247229905289022_1456794456_o

Zdjęcie z autografem – fot. Rafał Cygan, napilkarskimszlaku.blog.pl

Ale na wywiad przyszedłeś w czapce Legii.

Żyję z tym klubem. To nie tylko czapka, mam różne gadżety. Miło patrzeć, jak wszystko się rozwija. Jak dzieciak zadebiutuje teraz w drużynie, to wychodzi na boisko i na trybunach ma przynajmniej 14 tysięcy ludzi. Jak ja debiutowałem, były 3 tysiące, może 4. Fajnie, że Legia przyciąga kibiców i jest ich coraz więcej.

Jak u ciebie zaczęło się kibicowanie?

Wychowałem się na Marysinie. Byli tam kibice Legii, którzy jeździli na wyjazdy. Zawsze słyszałem o Legii na podwórku, (L) w kółeczku była wysprejowana wszędzie.

Pamiętasz swój pierwszy mecz na Legii?

U mnie nie było tak, że tata wziął mnie za rękę i zaprowadził na stadion. Pierwsze mecze zaliczyłem jako chłopak od podawania piłek. Zawsze starałem się stać za bramką Szamotulskiego. Kiedyś Legia przegrywała 0:1 i „Szamo” wybiegł do mnie, żebym podał mu piłkę. Chciałem mocno mu ją rzucić. Z tyłu był słupek, na który naciąga się siatkę. Oczywiście walnąłem w ten słupek i piłka poleciała gdzieś do tyłu. „Szamo” już na mnie kurwi, a ja, zamiast lecieć po tę piłkę, zdębiałem i stałem w miejscu. A żebyś go wtedy widział!

Mój kolega, też bramkarz, miał z nim dobry układ. Czasami przynosił mu wodę, biegł coś przekazać do ławki rezerwowych. Był na każdym meczu, a „Szamo” po sezonie dawał mu rękawice. Chętnych do podawania było wtedy mnóstwo, więc nie dało się być na każdym meczu. Nawet piłkarze Legii przyprowadzali swoich synów, przychodził na przykład syn Kubickiego. Ciężko było się dostać. Ja miałem o tyle dobrze, że u trenera Andrzeja Sikorskiego w CWKS-ie na nowo uczyłem się piłki nożnej. Miałem u niego dodatkowe treningi, szkolił mnie indywidualnie. Wcześniej miałem złamane obie nogi.

Co się stało?

Pojechaliśmy z rodziną do małej miejscowości. Było święto, stragany. Kupiłem sobie fajerwerki i poszedłem na pierwsze piętro, na balkon, żeby stamtąd nimi rzucać. Balkon był ogrodzony betonowymi słupkami. Jeden z nich musiał być niezalany cementem. Stał, bo stał. Każdy, kto by się oparł, poleciałby. Niestety, przytrafiło się to akurat mi. I lecieliśmy sobie na dół razem ze słupkiem. Niestety, ja skończyłem gorzej. On wrócił na swoje miejsce, a ja wylądowałem na wózku. Tak naprawdę dopiero po tych złamanych nogach zacząłem bawić się piłką.

***

Jeśli chodzi o podawanie piłek, pamiętam jeszcze mecz Legii z Polonią. Pół trybuny Krytej było oddane Polonii. Ja wtedy stałem z piłką przy Żylecie i nagle z trybuny, prosto na mnie, wylecieli kibice. Byłem przerażony, bo pierwszy raz znalazłem się w takiej sytuacji. Ale następnym razem już się nie bałem. Tak samo było z Wisłą Kraków. Stałem pod zegarem, a na płocie sektora gości wisiały szaliki Legii do spalenia. Oczywiście zaczęła się zadyma, pod zegar weszła policja, zaczęła ich stamtąd wyprowadzać. A ja wdrapuję się na płot. Nic mi nie mogli zrobić, chyba nawet nie mieli czym we mnie rzucać. Uratowałem jeden szalik. To była dla mnie taka satysfakcja, jakbym zagrał właśnie 90 minut w pierwszej drużynie Legii.

Masz jeszcze ten szalik?

Mam. Taki stary, nietypowy. Barwy i sam napis „Legia”, bez herbu.

Prosiłeś piłkarzy o koszulki?

Nie, o frotki. Marcin Mięciel biegał wtedy z frotką. Dzisiaj piłkarze mają dużo koszulek i mogą je rozdawać. Ja zagrałem kiedyś w sparingu Legii z Borussią. Po takim meczu fajnie jest zatrzymać koszulkę dla siebie, albo z kimś się zamienić. Moim rywalem na stronie był Brazylijczyk Dede. Byłoby miło zamienić się z takim piłkarzem.

Próbowałeś?

Nie, bo nam nie pozwolono. I dla siebie też nie mogliśmy zabrać.

Dostałeś w końcu tę frotkę od Mięciela?

Zawsze mówił: przyjdź na koniec sezonu. A wtedy trzeba było być pierwszym. Przychodzili do niego wszystkie chłopaki. To była walka. Ostatni mecz sezonu, podajemy piłki, sędzia kończy i trzeba było grzać do niego, aż cholewy się paliły. I się leciało, dla zwykłej frotki. Ale dzieci mają na to wszystko inne spojrzenie. Mają satysfakcję, że udało im się coś takiego zdobyć. Niby mała rzecz, ale piłkarze tacy jak Mięciel byli wtedy dla mnie wzorem. I do niektórych się latało. Kiedyś Marek Citko dał mi koszulkę. Ale nie meczową, tylko taką zwykłą, którą miał pod spodem. Cała spocona po meczu. Od razu spakowałem ją do swojej torby.

Do piłkarzy z przeciwnych drużyn też biegaliście?

Nie, ale pamiętam sytuację z meczu Polska – Hiszpania, który był na Legii. Tomek Hajto strzelił wtedy gola z wolnego, wygrywaliśmy 1:0, ale skończyło się 2:1 dla Hiszpanii. Oczywiście – Raul Gonzalez. Trochę wcześniej dostałem koszulkę Realu Madryt, jeszcze z Teką z przodu. Poleciałem do Raula i najpierw poprosiłem go o koszulkę. Nie dał mi. To chociaż, żeby złożył mi autograf na mojej. Złożył, ale nikt by nie powiedział, że to podpis Raula. Po prostu wziął markera i coś nabazgrał. Wtedy byłem wręcz smutny.

Pierwszy wyjazd na mecz Legii jako kibic?

Pojechałem do Bełchatowa. I trochę się przyklopsowałem. Wtedy była straszna nagonka na ITI. Kibice wzięli transparenty z twarzą Waltera i cały czas ubliżali. A mi porobili zdjęcia do „Naszej Legii”, zrobili artykuł, że wyjazdowicz, że byłem na meczu. Złapali mnie w nie za fajnej otoczce.

Śpiewałeś?

Nie śpiewałem, zresztą „Staruch” mnie za to opierdalał.

Miałeś później w klubie jakieś kłopoty?

Oficjalnie nie, nikt mi niczego nie powiedział. Ale po latach zdałem sobie sprawę, że grając w piłkę można być kibicem, ale jednak trzeba to trochę rozdzielać. Jeżeli klub uważa, że jako piłkarz robisz coś, co negatywnie wpływa na jego wizerunek, to sam sobie strzelasz w plecy. O to mi chodzi. Każdy odbierze to jak chce. Jeden powie, że nie śpiewałem na ITI, więc nie utożsamiam się z kibicami. Ale to nie tak.

Były kolejne wyjazdy?

Tak. Później pojechaliśmy jeszcze raz do Bełchatowa, na finał Pucharu Polski z Wisłą Kraków.

Działo się.

Był wtedy Mercedes dla najlepszego zawodnika…

I akurat stał w tym rogu, w którym doszło do zadymy.

Trochę go poturbowali (śmiech). Wsiedliśmy w samochód, ja za fajerkę i ruszyliśmy. Wziąłem na ten wyjazd kilku chłopaków z drugiej drużyny. Dawid Cempa, Damian Zbozień… Byłem już wcześniej w Bełchatowie, więc wiedziałem, gdzie jest parking. I lecimy. Wjeżdżamy, a tu wszędzie Wisła Kraków. A my w środku. Mówię tylko: żeby przemknąć gdzieś bliżej policji, bo jak nas przyczają… A my w pięciu, na warszawskich blachach. Jakoś przejechaliśmy, policja później powiedziała nam, gdzie jechać. Później, po meczu, musieliśmy się szybko zrywać, bo zaparkowaliśmy tak, że nikt nie mógłby wyjechać.

A zadyma?

My byliśmy akurat po drugiej stronie. Pamiętam jeszcze sytuację, jak grałem w Grodzisku Wielkopolskim jako młody chłopak, w juniorach. Nie ukrywałem się z kibicowaniem Legii. Jak jechałem do Grodziska zastanawiałem się: jak ja się będę tam poruszał? Tramwaje, autobusy? A tam nic nie ma. Pole, nagle jakieś chałupki i stadion. W pół godziny obchodzisz całe miasto. Ale ciężko uciekać (śmiech).

Była taka potrzeba?

Niestety. Kiedyś na Groclin na mecz ligowy przyjechała Legia. Chciałem iść na sektor, ale na początku zatrzymała mnie policja. Pokazałem dowód, że Warszawa. Powiedzieli: dobra, leć. Przybiłem piątkę z „Bosmanem”, wszedłem na sektor. Chłopaki z mojej drużyny siedzieli na trybunie obok i mnie zobaczyli. Pomachałem im, oczywiście dostali jeszcze kiełbasami, później się z nich śmiałem.

Od ciebie?

Nie, od kogoś. Śmiechy miałem z nich później straszne. Ale chwila moment i rozeszło się, że jestem na sektorze Legii. I zaczęło się polowanie na mnie. Trzeba było sobie radzić, ale jakoś nikt mi krzywdy nie zrobił.

Zdarzały się jakieś przejścia z policją?

Na wyjazdach nie. W Warszawie, jak wracaliśmy z meczów, były wesołe autobusy. Wtedy częściej się nas czepiali. Ja nie latałem ze sztachetami, nie miałem z tego frajdy. A znam takich, własnych znajomych, którzy latali. Mnie do tego nie ciągnęło. Byłem kiedyś na wakacjach, w Egipcie albo Tunezji, już nie pamiętam. Ja koszulka Legii, kolega koszulka Legii. Gdzieś na plaży przyczaili nas chłopaki z Bytomia, naładowani emocjami. Szukali zaczepki. Ja w takich sytuacjach jestem trochę polityczny. Od razu zaczęła się rozmowa, a trochę o piłce wiem. Zacząłem im mówić o nazwiskach, o tym, co się dzieje w ich klubie i trochę się zdziwili. Nie jest powiedziane, że jak jeden kibic widzi drugiego – chyba, że Wisła z Cracovią – od razu lecą i się walą. Jak słyszymy, że Polonia poluje na legionistów, żeby szaliki im urwać…

Ty w takich polowaniach nie uczestniczyłeś?

Nie, nie mam po co (śmiech). Najśmieszniejsze, że mnie kilka razy wzięli za polonistę. Miałem szalik Legii, łączony z Zagłębiem Sosnowiec. Czarny z czerwonymi i białymi wstawkami. Jak był na szyi, pod kurtką, wyglądał jak szalik Polonii. Ze dwa razy byłem punktowany jakąś odzywką w stosunku do mnie. Musiałem odsłaniać kurtkę i pokazywać, jaki mam szalik. Potem mnie przepraszali (śmiech).

Mówiłeś wcześniej o wesołych autobusach. Z Marysina na Legię jeździłeś 520?

Najpierw „J”, potem 520. Wesołe przegubowce. Dziwię się, że żaden nie spadł nigdy z Mostu Łazienkowskiego do Wisły. Chodziły jak harmonia. Policja jechała zawsze za nami. Autobus zaczynał skakać, więc wpadali: zobaczycie, zaraz wszystkich wyrzucimy i spałujemy! No dobra. Na chwilę spokój, przejechaliśmy ze sto metrów i znowu skakanie. Przypadkowi ludzie mieli śmierć w oczach. W zły autobus wsiadali.

Kiedy poczułeś, że możesz zaistnieć w Legii jako piłkarz?

Pierwszym takim momentem było zauważenie mnie przez trenera Wdowczyka, który wziął mnie na mecz Pucharu Ekstraklasy na ŁKS. Tam dostałem pierwsze minuty, akurat wygraliśmy, a mój kolega, Adrian Paluchowski, strzelił gola. Niby najwyższa klasa rozgrywkowa, ale wszystko dookoła wyglądało tak, jakby zaraz miało się rozpaść. Na meczu byli też kibice Legii, nawet moi znajomi pojechali na sektor. Wtedy był akurat taki moment, że kibice byli trochę podzieleni z zawodnikami, szły różne komentarze. Ja od razu po meczu poleciałem do swoich chłopaków, przybijać piątki. Zazwyczaj pierwszy do kibiców idzie kapitan, a tutaj poleciałem ja, jako młody i wszyscy musieli lecieć za mną. Trochę się wyrwałem, ale dobrze to wyszło.

To chyba dziwne uczucie, że najpierw jeździsz z kimś kibicować, a później on jest na sektorze, a ty na boisku.

Tak samo było, jak sam jeździłem jako kibic. Śpiewy, kibicowanie, a tu koledzy na boisku. Im jestem starszy, tym bardziej interesuje mnie sam mecz. Na Żylecie ostatnio byłem, bodajże, na meczu ze Śląskiem. Niedawno poszedłem na Cracovię, ale na sektor rodzinny. Wtedy można zobaczyć oprawę na żywo, a nie na zdjęciach.

Na wyjazdy już nie jeździsz?

Nawet ci nie powiem, kiedy byłem ostatnio. Są przymiarki, ale wiadomo, jaka jest sytuacja. Mam swoje mecze ligowe, mam rodzinę…

Koledzy z Marysina jeszcze jeżdżą?

To były takie lata, że po tej stronie Wisły nie było za fajnie. Chłopaki z bloków zapędzili się trochę w kozi róg, niektórzy różnie pokończyli. Jedni dalej jeżdżą, inni nie żyją… Wtedy były wielkie grupy. Jak zebrali się na pętli, to z Marysina jechał cały autobus. Mieliśmy chłopaków, którzy byli flagowymi i do tej pory są przy Legii. Są tacy, którzy poprzez lata spędzone na kibicowaniu zakumplowali się z fajnymi osobami – Borucem, Fonfarą. U nas byli też chłopaki, którzy prowadzili sklepik Legii, założony przez „Bosmana”. Jednym ze wspólników był właśnie chłopak z Marysina.

Jak wyglądało twoje wejście do pierwszej drużyny Legii?

Nie miałem nigdy takiego wejścia. Trener co jakiś czas przychodził do mnie, mówił, że trenuję dzisiaj z pierwszą drużyną. Odbywaliśmy ze dwa treningi, potem mecz i tyle. Jak miał być ten mecz z Borussią, akurat wracałem do domu z treningu. Trener do mnie zadzwonił.

– Posłuchaj, ty jutro się stawiasz na mecz.
– Ale na jaki mecz?
– Z Borussią!

A ja: niemożliwe, gęsia skórka. Ja cię kręcę, z Borussią! Oczywiście się stawiłem. Wchodzę do szatni, patrzę na tablicę, a ja wrzucony do pierwszego składu.

Grałeś wtedy na prawej obronie.

Komentator w telewizji robił ze mnie najpierw Grzegorza Bronowickiego, a później Rogera. Miałem ciemną karnację, byłem wtedy trochę modniś. Żelik, słoneczko też robiłem. W pierwszej połowie byłem Bronowickim i Rogerem. Dopiero w drugiej, jak grałem pod trybuną Krytą, zorientowali się, że to ani jeden, ani drugi. Trener Urban dawał pokazać się młodym. Coraz częściej zacząłem się pojawiać na treningach pierwszej drużyny i grać w Pucharze Ekstraklasy.

W drugim sezonie zagrałeś trzy mecze.

Z ŁKS-em, Ruchem i w Grodzisku. Mól najgorszy występ w pierwszej drużynie. Zostałem wtedy postawiony na środku obrony.

Co to w ogóle był za pomysł?

Ktoś sądził, że może tam się sprawdzę. Nie zaprezentowałem się rewelacyjnie, zostałem zmieniony chyba w 60. minucie. Na szczęście nie przegraliśmy, zremisowaliśmy 3:3. Z kolegą, który grał ze mną na środku – Błażejem Augustynem – dostaliśmy za ten mecz najgorsze noty. W ataku w Groclinie grał wtedy Piotrek Rocki. Miał posturę, lubił powalczyć. Nie było łatwo. Raz podałem piłkę do Wojtka Skaby, on ją wybił, za krótko poleciała, padła z tego bramka… Nie jest to super wspomnienie. Zresztą wracałem na Groclin, więc chciałem pokazać się jak najlepiej.

Często grałeś w meczach, w których gole strzelał Bartłomiej Grzelak. Wtedy, w Grodzisku, zdobył hat-tricka, z Borussią strzelił dwa.

Był taki zawodnik, ale nasza – młodych – styczność z pierwszą drużyną była niewielka. Spotykaliśmy się na posiłkach, podchodzili, przybijali piątki. Ja lubiłem pójść sobie do Choto, który był wiecznie uśmiechnięty, albo do Chinyamy, żeby spytać go, czy stek z żyrafy przyszedł już z Afryki. Mi było bliżej do obcokrajowców. Jak jechaliśmy na ten mecz, do Grodziska, nie było tak, że siedziałem w autokarze z tyłu. Tam siedzieli Mucha, Grzelak, Burkhardt. Ja siedziałem gdzieś z przodu, za trenerem, słuchawki na uszach i jechałem. Nie udało mi się znaleźć w drużynie jakiegoś „ojca”. Mówi się o Borysiuku, że jak przyszedł do Legii od razu pod swoje skrzydła przygarnął go Vuković. Mnie się tak nie zdarzyło. Nie pojechałem też na żaden obóz, byłem osobą z doskoku. Wpadałem na trening, dwa, zabrali mnie na mecz, coś zagrałem. To były sygnały: pracuj chłopaku, widzimy cię. Dawało mi to motywację i na pewno podnosiło morale. Ale sezon się skończył i przyszli do mnie z propozycją, żebym poszedł jednak na wypożyczenie. Proponowano mi różne kluby.

Jakie?

Kotwica Kołobrzeg, Tur Turek… Jak usłyszałem, że mam jechać do Tura Turek… Nie ujmuję niczego temu klubowi. Chodzi mi o to, że będąc w Legii wyobrażasz sobie, że odejść możesz tylko zagranicę. Bo jesteś przecież w najlepszym miejscu, w jakim się da. Każdy z młodych w pewnym momencie dostaje taką informację: albo idziesz się ogrywać, albo się rozstajemy. Tylko niektórzy od razu przebijają się do pierwszego zespołu.

Na przykład Rybus.

Ale to są jednostki. Większość szła na wypożyczenia. Jak Jędrzejczyk – on sobie utorował w ten sposób drogę do reprezentacji. Wrzucili go do Dolcanu, później do Korony, wrócił, zaczął dobrze grać.

Ty takiego szczęścia nie miałeś.

Ale tu nie chodzi o szczęście. Miałem za mało zawzięcia. Dopiero teraz widzę, jak ucieka mi czas. Jak byłem młody i mogłem przez cały czas robić wszystko na 200 procent, w pewnych momentach były śmichy-chichy, odpuszczę, czy coś.

I poszedłeś na wypożyczenie do Znicza Pruszków.

Nie udało mi się w Zniczu, kontrakt z Legią się skończył i Trzeciak powiedział, że nie zostanie przedłużony. Mój temat z Legią się skończył.

Opowiedz więcej o roku spędzonym w Zniczu.

Przychodziłem jako kapitan Legii w Młodej Ekstraklasie, występowałem też w pierwszej drużynie. W Pruszkowie nie znałem nikogo oprócz Adriana Paluchowskiego. Trenerem był Jacek Grembocki. Pamiętam wyjazd na mecz do Płocka. Mieliśmy w hotelu odprawę i trener podał skład. Ja byłem w wyjściowej jedenastce. Dojechaliśmy na miejsce i okazało się, że już mnie nie ma, zaczynam na ławce. Nie wiem, co zmieniło się po drodze.

Pewnie liczyłeś, że to wypożyczenie da ci o wiele więcej.

Wiadomo. Jeśli nie grasz, nie strzelasz, jesteś fusem. Ile można siedzieć na ławce? Grałem w rezerwach Znicza, w A-klasie. Jeździliśmy gdzieś na pole. Stawałeś na środku boiska, patrzyłeś w obie strony, a tam bramki stoją po skosie.

Masz do kogoś żal?

Jedynie do siebie, do nikogo więcej. Wszystko jest zawsze w moich rękach. Może jeszcze trochę tego szczęścia złapię.

***

Wcześniej powiedziałeś, że w Legii nie miałeś swojego „ojca”. Czy w końcu stał się nim Dariusz Dźwigała?

Po Zniczu wziął mnie do Otwocka, do drugiej ligi. Wiadomo, że pracowałem z nim przez parę lat i dalej utrzymujemy znajomość. Ale nie jest tak, że trener mnie bierze, żebym po prostu u niego był. Biorąc mnie liczy na to, że mu pomogę.

Otwock, druga liga. Znowu o jeden poziom niżej.

Nie było tam super organizacji, ale byli chłopaki, którzy nie mieli nic do stracenia. Fajne charaktery. W Pucharze Polski doszliśmy do 1/8 finału, przegraliśmy dopiero z Ruchem Chorzów. A wcześniej wyeliminowaliśmy Podbeskidzie i ŁKS. Mieliśmy nawet szanse na awans do pierwszej ligi. Jechaliśmy na ważny mecz do Stróż, ale nie dzień wcześniej, żeby się przygotować, tylko w dniu meczu, z samego rana, przez pół Polski. Po treningach trzeba się było szybko rozbierać, żeby załapać się na ciepłą wodę pod prysznicem. Pieniądze płacono nam w czekach, czyli ciągle trzeba było czekać. Takie były realia. Młodym chłopakom nie dawało to żadnych bodźców ani dodatkowej motywacji.

U ciebie skończyło się w sądzie.

Dostałem informację, że zaczęło się rozliczanie z zawodnikami. Ale, że moje nazwisko jest na „W”, to dostanę pieniądze na sam koniec. Nie wytrzymałem.

Dużo ci zalegali?

5 miesięcy. Nie zarabiałem dużo. Byłem młody, mieszkałem z rodzicami, więc z wyżywieniem czy spaniem nie miałem problemów. Ale czasami chciałem kupić sobie buty do grania, iść do sklepu, do kina.

Udało się coś odzyskać?

Wszystko. Dostawaliśmy nawet różne premie i dotacje. Pieniądze, które klub dostał z PZPN-u za wyniki w Pucharze Polski, zamiast na nasze premie poszły na krzesełka ze starego stadionu Legii, bo stadion miał być modernizowany.

Te krzesełka leżą tam do dziś, za trybuną.

Leżą. I stworzyli super trybunę krytą. Dach z blachy. Jakbym chciał odebrać swoje pieniądze od razu, musiałbym wziąć sobie parę krzesełek.

Ekipa, jak sam mówiłeś, była ciekawa. Mieliście nawet bramkarza… z Argentyny. Martin Herman.

Był jeszcze Igor Migalewski z Ukrainy. Przyjęli ich do super hotelu naprzeciwko stadionu. To było polowanie na chrabąszcze. Jak nie masz złotówki, nic nie możesz zrobić. Teraz można się śmiać, ale to żenada. Jedyne, co mieli, to wyżywienie i spanie. I też w dramatycznych warunkach. Nawet prysznica nie mieli w pokoju, tylko wspólny, na korytarzu. Chłopak przyjeżdża pograć w piłkę, na coś się umawia, nie dostaje pieniędzy. I nie może nic zrobić. A na Ukrainie ma żonę, dzieci. Tak samo miał ten z Argentyny. I powyjeżdżali. Kontuzje, kartki i robiło się nas coraz mniej. Jak graliśmy wyjazd w Rzeszowie, wsiadaliśmy w trzy samochody i ogień. Wpadaliśmy na pół godziny przed gwizdkiem. Odprawę musiałeś zrobić sobie sam, w swojej głowie. Było coraz gorzej.

Mogło się odechcieć.

Mi się nie odechciało. Drugi sezon miałem w miarę przyzwoity, parę bramek strzeliłem. Wtedy byłem zadowolony. Dzwonili jacyś menedżerowie, ale nigdy z nikim się nie związałem. Nagle pojawił się temat, że Darek idzie do Radomiaka. Wziął mnie, Jacka Moryca i Mikołaja Tokaja. Potem odszedł do Jagiellonii, a ja dostałem ostro po dupie. Największy spadek. Zima, okres przygotowawczy zbliża się do końca, a nowy trener zawołał mnie i Tokaja i mówi, że nie widzi nas w pierwszym składzie. Mamy szukać sobie klubu.

Tym trenerem był Armin Tomala?

Tak. Dostaliśmy wtedy od niego takiego polika… Nie mam klubu, a okienko już się zamyka. Ale trener się obronił, awans zrobił. Chociaż nie jest powiedziane, że ja nie mógłbym pomóc mu w tym awansie. Wtedy popełniłem swój największy błąd, bo poszedłem do Karczewa. Ale nie miałem alternatywy.

Wiesz, kim jest Bruno Anciaes?

Bruno Anciaes…

Mówi ci coś to nazwisko?

Nie.

Mi w sumie też nie, ale razem z nim rozpoczynałeś testy w Widzewie w 2013 roku.

Trener Dźwigała, nie ma co ukrywać, pomógł mi pojechać na testy. Ale z testami bywało różnie. Po tym Otwocku wydawało mi się, że zdobyte bramki mi pomogą. Pojechaliśmy na testy do Gdyni, do Arki. Miały się odbywać cały tydzień, u trenera Nemeca. Pojechałem ja, Bobrowski i Moryc. Nemec miał taką szkołę trenerską, że jak przyjechał Łągiewka z Ukrainy, to po jednym dniu zrezygnował, bo mówił, że nie wie, co się dzieje. Nasze testy też strasznie długo trwały, bo cały dzień. Byliśmy na porannym rozruchu i dwóch treningach. Wydawało mi się, że jest fajnie, ale tak się właśnie często wydaje.

Jak było w Łodzi?

Podobnie. Trener Darek zadzwonił: posłuchaj, ja zadzwonię, żeby cię może tam sprawdzili w tym Widzewie. Jeśli chciałbym znowu dostać się do Legii, to tylko poprzez to, że byłbym na takim samym poziomie jak Legia. No to wsiadam w samochód i jadę. I jeszcze kosztowało mnie to mandat.

Aż tak śpieszyłeś się do Widzewa?

Nie, zadzwoniłem, żeby dowiedzieć się jak podjechać pod hotel. I złapali mnie za rozmowę w czasie jazdy. Ja, oczywiście, w dokumentach nie mam miejsca zameldowania, więc „musi pan od razu płacić”. Za bardzo nie chciałem, ale powiedzieli, że w takim razie zabiorą mnie na komendę. Pojechałem z nimi do bankomatu. A testy też nie trwały za długo.

Trener Mroczkowski wiedział w ogóle, kim jesteś?

To było na zasadzie: dobra, niech przyjedzie. Do startu ekstraklasy było 10 dni. Przyjechałem z czwartej ligi. Co z tego, że miałem 30-parę strzelonych bramek? Nikt na to nie patrzył, nikogo to nie obchodziło. Byłem tam dwa dni, nie zagrałem w żadnym sparingu. Trener, jak przedstawiał mnie przy drużynie, powiedział: Wojciech Wocial, polska liga. Nie powiedział, która.

Koszulka Widzewa nie parzyła?

(śmiech) Wiesz co? Bardziej parzyło kibiców. Na mój temat poszło dużo komentarzy. Pisali: jak to jest możliwe, że ktoś wpuścił do Widzewa człowieka, który jeździ z Legią na wyjazdy?

Później poszedłeś jeszcze do Pogoni Siedlce. Pół roku w drugiej lidze, awans do pierwszej.

Łącznie trwało to rok, a wydawało mi się, że lecę do góry. Balon pękł. Później miałem jeszcze jakieś propozycje. Najwyższy poziom to Legionovia. Oczywiście była też Polonia Warszawa, która do mnie wydzwaniała, ale z tym byłoby ciężko. Chyba, że zrobiliby dla mnie koszulkę bez herbu, to może wtedy. Taki mam charakter i już tego nie zmienię. Sukcesów z Polonią nie chciałem osiągać, wolałem zostać w Sulejówku.

Można było osiągnąć coś więcej?

Zawsze można. Cały czas o coś walczę, mam cele życiowe, mam rodzinę, której też muszę dużo zapewnić. Muszę iść do pracy, zakasać rękawy, a dopiero później mogę iść na trening. W Siedlcach myślałem, że będzie lepiej. Zrobiliśmy awans, miałem parę bramek. Później zrobiła się pierwsza liga i ruszyli menedżerowie. Od jednego mieliśmy chyba z jedenaście osób! Mnie wysłali na rezerwy, tam zacząłem coś strzelać. Jeszcze Polonii strzeliłem, co mnie niezmiernie cieszyło. W pierwszej lidze nie grałem wiele, dostałem szansę na sam koniec.

W przegranym 0:5 meczu w Chojnicach.

I później, z Płockiem. Trenerowi Purzyckiemu już podziękowali i Tarachulski powiedział, że daje mi ostatnią szansę. Tak to jest. Twoja ostatnia szansa przychodzi gdzieś na koniec rundy i masz się bronić. A nie grasz sam, jest cały zespół. Nie przedłużyłem umowy, nie chcieli. Ale chciałbym coś jeszcze w tej piłce depnąć. Nie jest powiedziane, że nie można. Coś wpada do sieci, nie jestem jeszcze dinozaurem. Bartek Tarachulski ma 40 lat i zgłaszają go do pierwszej ligi. To jest gość!

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI (@mateosokolowski)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s