Damian Świerblewski: – Młodzi piłkarze mają dzisiaj za dobrze. Nawet na treningach nie chcą iść po bramkę…

DSC_7881

W ekstraklasie wystąpił zaledwie 12 razy, ale na jej zapleczu rozegrał już prawie 270 spotkań. Grał między innymi w Łodzi, Łomży, Bielsku-Białej i Chorzowie, a ostatnie lata spędził w Ząbkach. Z Damianem Świerblewskim porozmawialiśmy m.in. o diecie Sebastiana Madery z czasów gry w Widzewie, rzutach wolnych Piotra Petasza, filmowych seansach Piotra Rockiego, zdjęciach przerabianych w Photoshopie przez piłkarzy Ruchu Chorzów czy o dyrektorze Dolcanu Ząbki, Jerzym Szczęsnym, który spacyfikował marketingowe zapędy Marcina Krzywickiego. Miłej lektury!

fot. Piotr Niciporuk

– Które miejsce na koniec sezonu zajmie Pogoń Siedlce?

– Bezpieczne.

– Liczyliśmy na konkretną pozycję, bo w Dolcanie Ząbki nosił pan pseudonim Nostradamus.

– Pewnie z Leszczem było gadane, co? Nazywali mnie tak przez duży nos. Inna sprawa, że dużo mówię, padło nawet podejrzenie, że w domu żona nie pozwala mi się odzywać, dlatego nadrabiam w szatni. Muszę jednak zdementować tę plotkę – gdy przychodzą do nas znajomi, małżonka narzeka, że nie pozwalam im dojść do słowa.

– Przygodę z futbolem zaczynał pan w Bydgoszczy. Czy ktoś z pańskiego rocznika miał duże papiery na grę?

– Trudne pytanie, ciekawych zawodników było sporo, ale zawodowo raczej nikt już nie gra. Wszystko rozmywało się w momencie przejścia do wieku seniora. Brakowało trochę zacięcia, niektórzy postawili na imprezy zamiast na futbol, rozmieniając się na drobne. A szkoda, bo było kilku chłopaków, którzy mieli dużo większy potencjał ode mnie.

– To skąd w panu to samozaparcie i dążenie do celu zamiast imprezowania?

– Pochodzę z małej wioski pod Bydgoszczą, więc samo dotarcie do miasta wymagało nieco wysiłku. Oszczędzałem czas i energię, wolałem iść na trening i wrócić do domu odpocząć, niż przegapić ostatni autobus i tułać się po mieście. Gdybym mieszkał w centrum, nie wiem, czy czasem bym się nie skusił. Trafiłem też na bardzo dobrego trenera, Leszka Rzepkę, który mi często pomagał. Gdy miałem problem z dotarciem do klubu, wysyłał samochód albo sam po mnie przyjeżdżał. Ukształtował mnie, dzięki niemu postawiłem na piłkę.

– Pierwszym zderzeniem z futbolem na poważnym poziomie był Widzew Łódź.

– Jeszcze po drodze był Chemik Bydgoszcz, ale tam nie było zbyt wielu kibiców, bardziej rodziny, znajomi. W Widzewie pierwszy raz grałem dla fanów. Gdy walczyliśmy o awans, na mecze przychodziło 8-9 tysięcy widzów. Dla mnie to była nowość, ogromny przeskok, trudna sytuacja. Muszę przyznać, że podczas meczów trochę się spalałem psychicznie. Kibice w Łodzi wymagali wyniku na już, nie było czasu na potknięcia. Miałem chwile zwątpienia, dzwoniłem do mamy i mówiłem, że niepotrzebnie podpisywałem kontrakt, trzeba było siedzieć w domu i zająć się nauką, a nie wysłuchiwać obelg pod swoim adresem. Nie byłem wtedy na to jeszcze przygotowany, dziś mnie to nie rusza, ale wówczas chciałem rzucić to wszystko w cholerę.

– Jak wspomina pan trenera Stefana Majewskiego? Już wtedy nie rozstawał się z laptopem?

– Miałem wtedy do niego inne podejście niż starsi zawodnicy. Patrzyłem na Majewskiego jak w obrazek – co powiedział, było święte. Radek Michalski czy Michał Probierz mieli już zupełnie inne relacje, ale to była też kwestia doświadczenia, mogli sobie pozwolić na luźniejsze komentarze. Gdy patrzę na to z perspektywy czasu, rzeczywiście, działo się sporo. Grzesiek Szamotulski w swojej książce zawarł bardzo dużo historii. Pamiętam, jak trener zawsze licytował się z Kubą Wawrzyniakiem, kto szybciej przyjechał do Łodzi z Bydgoszczy. Kiedyś z Kubą wykręciliśmy niemalże rekord, przejechaliśmy tę trasę w półtorej godziny, mieliśmy właściwie osobny pas, wszyscy zjeżdżali nam z drogi. Gdy usłyszał o tym trener Majewski, od razu wypalił: – A ja jechałem godzinę i dwadzieścia minut! Zawsze musiało być coś lepszego. Nie pozwalał nam brać na mecze wyjazdowe żadnych filmów, bo miał już wszystkie DVD. Odbierałem go jednak pozytywnie, u niego grałem, awansował zresztą z Widzewem do ekstraklasy. Każdy ma swoje wady i zalety. Lubił zawodników, którzy nie będą mu się sprzeciwiać. Pamiętam, jak w jakimś meczu chciał zrobić zmianę, a Radek Michalski podbiegł do ławki i krzyknął, żeby wpuścił kogoś innego. Następnego dnia trener zachował się według mnie kapitalnie – przyniósł Radkowi jedenaście koszulek i powiedział: – Wybierz sobie zespół, który ty byś chciał widzieć na boisku. Dla młodych było to bardzo fajne zachowanie.

– Jak został pan przyjęty w tak silnej jeśli chodzi o nazwiska w szatni?

– Chrztu nie przechodziłem, ale faktycznie, drużyna była bardzo mocna pod tym względem. Starsi dawali nam bardzo cenne wskazówki, ale podziałów na starszych i młodszych nie sposób było uniknąć. Nie istniał wymóg gry młodzieżowca, więc nie było sytuacji, gdzie na piłkarskie dzieciaki chucha się i dmucha, podaje im wszystko jak na tacy. Nam po meczach czy treningach nie było lekko. Musieliśmy walczyć o swoje, starszyźnie mogło się nie podobać, że młody gra kosztem któregoś z nich. Ostatnio śmialiśmy się z Mateuszem Żytką, że mogliśmy urodzić się kilkanaście lat później. Teraz nawet po nieudanym meczu trzeba takiego młodziana głaskać, klepać po plecach, żeby tylko się nie obraził. Dziś młodzi nawet po bramkę na treningu nie chcą pójść, bo mają pewne granie, wielcy panowie piłkarze.

– Michał Probierz miał już wówczas cechy, które predestynowały go do pracy trenerskiej?

– Tak, zostawał często z młodszą grupą zawodników po treningach, aby pomagać nam się rozwijać. Przyzwyczajał nas do ciężkiej pracy nad sobą, a nie żel, torebka i galeria handlowa. Uważam, że teraz jest dobrym trenerem i życzę mu jak najlepiej.

– Sebastian Madera był już wtedy na dietach?

– Nie, nawet nie mógł być, bo wiecznie miał połamane nogi. Przyszedł do Widzewa pół roku przede mną i szybko złamał nogę. Lekarze długo nie wiedzieli, co mu jest, wynajdywali jakieś obrzęki, myśleli, że ściemnia. Trener Tomasz Muchiński kazał mu nawet skakać przez płotki. Facetowi ze złamaną nogą! Mieszkaliśmy wtedy z Sebkiem w jednym bloku, oddalonym od stadionu o niecały kilometr. Zdarzało się, że ten dystans zajmował nam trzy godziny! Chłop robił cztery kroki i nie mógł iść dalej. Co ciekawe, następnego dnia szedł na trening i zasuwał. Twardziel, dopiero po około roku dowiedział się, że ma złamaną kość i musiał przejść operację. Szatnia też go ostro wkręcała, kiedyś chłopaki powiedzieli mu, że ma iść do doktora po patyczek do czopka, to chodził za lekarzem i go o to prosił. Na żadnych dietach jeszcze nie był, ale widać było niesamowity charakter i nieustępliwość. Nie sądzę, żeby teraz nie grał przez odżywianie.

– Czemu opuścił pan Widzew?

– Gdyby trener Majewski został w klubie, zapewne przedłużyłbym umowę. Jego miejsce zajął jednak Michał Probierz i chciał zbudować swoją autorską drużynę. Inna sprawa, że doznałem też urazu w meczu z Podbeskidziem Bielsko-Biała i też przez pół roku lekarze nie mogli mnie trafnie zdiagnozować, trenowałem z rozwaloną kostką. W tamtym czasie opieka medyczna Widzewa nie stała na wysokim poziomie.

– Trafił pan w końcu do Łomży, do ŁKS.

– Po pół roku bez gry w piłkę, trudno było myśleć, że będą się o mnie bić kluby z ekstraklasy. Zadzwonił do mnie wówczas Maciej Chrzanowski, manager. Zaproponował mi grę w ŁKS u trenera Czesława Jakołcewicza. Było tam wszystko oprócz pieniędzy. Super atmosfera, gdy jeździliśmy na wyjazdy, zatrzymywaliśmy się w najlepszych hotelach, a rachunki były brane na faktury, które zapewne nigdy nie zostały zrealizowane. Klimat jednak był fajny, w drużynie grał choćby Krzysiek Strugarek. Większość stanowiła młodzież, ze starszych zawodników byli jedynie Zbyszek Kowalski i Jacek Dąbrowski.

– Później dołączył jeszcze chyba Grzegorz Lewandowski.

– Tak, przyszedł najpierw jako zawodnik, a następnie drugi trener. Pozytywna postać… Pamiętam szepty w szatni, gdy przyjechał pierwszy raz. Wszyscy mówili: – Patrzcie, to ten gość, co grał w Legii, w Lidze Mistrzów! Później wyszliśmy na sparing, a facet się przewracał o własne nogi! Co zrobił ruch, to traciliśmy bramkę. Chciał wyprowadzić piłkę, stanął na niej, jeb – gleba, rywal jedzie sam na sam. Chciał przeciąć podanie wślizgiem, nie dojechał do piłki – jeb, bramka. Początki miał ciężkie, szyderka w szatni.  Z każdym treningiem wyglądał jednak coraz lepiej, a w końcowym etapie grał jak profesor. Gdy biliśmy się o utrzymanie, pomógł nam bardzo.

– Spotkał się pan też w szatni po raz pierwszy z Piotrem Petaszem.

– Oj, ten to od razu miał z nami ciężary! To jest gość, który nienawidzi, gdy ktoś narzuca mu własne zdanie, to on chciał zawsze mieć decydujące słowo. Barwna postać, z wszystkimi się kłócił, ale bardziej dla zasady, bo lubi. To go chyba napędza, jak się z kimś nie posprzecza, będzie chodził chory. Odbieram go jednak bardzo pozytywnie, w Dolcanie trener Dariusz Dźwigała myślał, że my się nienawidzimy, a było wręcz przeciwnie. W Ząbkach też nie miał lekko. Przegrywaliśmy z Wisłą Płock, w końcówce dostaliśmy rzut wolny. Na ławce trener odwrócił się do asystenta: – Niech to weźmie Piotrek, on strzeli, ja w niego wierzę! I przez całe boisko do Petiego: – Piotrek, przyduś, Piotrek, przyduś! A ten jak przydusił, to piłka poleciała nad wszystkimi ogrodzeniami w okolicy. Typowy pechowiec, ale bardzo pozytywny człowiek. Ale zdarzyło mi się spotkać jednego zawodnika, który lepiej wykonywał rzuty wolne!

– Zapewne Marcina Korkucia?

– Tak jest! Jego słynne „dajcie mi tylko wrzutkę, a ja to kończę!”. Innym jego znakiem charakterystycznym były „bombki kaloryczne”. Ustawiał piłę, podciągał spodenki, getereczki i krzyczał: – Humer, uważaj, częstuję bombką kaloryczną! I nieważne, jaki strzał mu z tego wyszedł.

– Po Łomży przyszedł czas na kolejne dalekie przenosiny – tym razem do Bielska-Białej.

– Byłem już niemal dogadany z Polonią Warszawa, chciał mnie tam trener Waldemar Fornalik. Porozumiałem się już z klubem co do wysokości wynagrodzenie, wtedy do akcji wkroczył mój manager. Poprosił, żebym na chwilę wyszedł, sam został. Chwilę później sam opuścił pokój i oznajmił: – Nie dogadaliśmy się! Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać, że wyszło mi to na dobre. Chwilę później Polonia połączyła się z Groclinem Grodzisk Wielkopolski. W takim wypadku musiałbym szukać pewnie nowego klubu, a tak trafiłem do Podbeskidzia.

– Ówczesne Podbeskidzie przypominało w jakimś stopniu to dzisiejsze?

– Jak na tamte czasy, był to bardzo profesjonalny klub. Trener Marcin Brosz poukładał to idealnie. Gdyby na mecze przychodziło więcej kibiców, ośmieliłbym się powiedzieć, że było lepszym klubem niż Widzew. Szatnia też była całkiem ciekawa, było wesoło.

– Co pan ma na myśli?

– Choćby relacje Grześka Patera i Łukasza Gorszkowa. Ciągle się ze sobą kłócili, na treningach się bili, i to dosłownie, kopali po kościach, totalna piaskownica, a przypominam, że mieli już swoje lata na karku. Najlepsze było jednak w tym wszystkim to, że… byli najlepszymi kolegami. Po zejściu z treningu wsiadali razem do samochodu i jechali do Krakowa. Co ciekawe, poza tymi utarczkami z Łukaszem, Grzesiek był bardzo spokojnym człowiekiem. Jemu na głowę mógłby wejść nawet 18-latek na progu przygody z piłką, a przecież Grzesiek sporo w karierze osiągnął, ale szacunek był oczywiście ogromny i nikt sobie na to nie pozwalał. A propos podróży, mistrzem ich urozmaicania był Piotrek Rocki. Jakimś cudem zawsze w odtwarzaczu w autobusie brakowało płyty z filmem. Wtedy wstawał Rocky, krzyczał, że ma coś ciekawego i wrzucał dysk. A tam co? Wszystkie jego cieszynki po kolei. Większość znałem na pamięć. A Piotrek tylko zaczepiał: – A zobacz kujawiaczka! A zobacz wózek! Generalnie jednak to bardzo pozytywny facet.

– Sporo folkloru wprowadzili też obcokrajowcy, głównie czarnoskórzy, których w Podbeskidziu nie brakowało.

– Pierwszym, którego pamiętam, jest Mike Mouzie – niesamowicie twardy obrońca, skała, ale działało to tylko w jedną stronę. Sam był w stanie zabić, ale jeżeli tylko ktoś ostrzej wpakował się w niego, płakał, później dwa dni nie trenował, chodził i groził palcem: – Pamiętam, co się stało! To był swoją drogą mocno zakręcony gość. Graliśmy mecz z Arką Gdynia, prowadziliśmy 2:0. Nagle wrzutka w nasze pole, a Mike wyskakuje do góry, łapie piłkę w ręce i krzyczy do sędziego, że jest faul. Sędzia podbiegł, spojrzał jak na chorego i oczywiście podyktował rzut karny. Ostatecznie przegraliśmy ten mecz 2:3. Mike miał swoje schematy, gdy uznał, że ktoś go kopnął – piłka w ręce i faul, na gwizdek nie czekał. Jak na podwórku. Z kolei tytanem pracy był Bernard Ocholeche. Większość czarnoskórych zawodników woli się lenić – a to mnie boli, a to nie zrozumiałem i zamiast zrobić cztery powtórzenia zrobiłem dwa… Bernard od tego nie uciekał.

– A Patmore Shereni i Clemence Matawu?

– Typowi Jamajczycy! Gdy wchodziło się do nich do mieszkania, rzadko było coś widać przez dym z sziszy. Kiedyś pojechał do nich kierownik, wchodzi, a tam siwo jak na dworcu. Nagle wyłania się dwóch asów, uśmiechnięci, zadowoleni. Pytanie, czy to była tylko zwykła szisza… Jedyny moment, kiedy byli niezadowoleni następował, gdy spóźniała się pensja. Wtedy chodzili chwilę smutni, ale jak kasa wpływała na konto, uśmiech nie schodził z ich twarzy.

– W końcu spłynęła oferta z Ruchu. Chyba dość niespodziewanie?

– Zgadza się. Dostałem z Podbeskidzia propozycję przedłużenia kontraktu, a byłem zaraz po ślubie. Nagle odezwał się Ruch, trzecia drużyna ekstraklasy… Nie wahałem się długo. Ominął mnie jednak okres przygotowawczy, bo kluby porozumiewały się do samego końca okienka transferowego. Podbeskidzie wiedząc, że odejdę, zabroniło mi treningów zarówno z pierwszą, jak i drugą drużyną. Tyle, co pobiegałem po lesie. W końcu jednak udało się przenieść do Chorzowa.

– Łatwo było dostosować się do wymagań ekstraklasy?

– Na pierwszym treningu dostałem sporo łokci, ale tak właśnie się trenowało. Wróciłem do domu wykończony, choć nie były to zajęcia o najwyższej intensywności. Łatwiej grało się w meczach – na boisku w ekstraklasie jest dość dużo miejsca.

– Jak wspomina pan duet napastników Andrzej Niedzielan – Artur Sobiech?

– Rozumieli się bez słów! Andrzej nie miał parcia na indywidualne osiągnięcia, grał typowo pod zespół. Trzecie miejsce w lidze w dużej mierze zawdzięczamy jemu i Arturowi. Gdybym miał ich porównać, powiedziałbym, że nieco lepszym zawodnikiem był Sobiech. Umiejętności mieli na podobnym poziomie, ale Artur był dużo młodszy, ukształtowany, by grać wysoko. Szkoda, że jest tak podatny na kontuzje. W Ruchu takim graczem był Grzesiek Bronowicki. Wiedzieliśmy, że im lepiej gra, tym większe prawdopodobieństwo, że zaraz się rozsypie.

– W drużynie funkcjonowała spora grupa bałkańska.

– Tak, ale oni akurat bez problemów dogadywali się z zespołem, nie było tak, jak w Podbeskidziu z czarnoskórymi, którzy rozmawiali tylko ze sobą. Na uboczu nieco bardziej stali Słowacy i Słoweńcy – Gabor Straka, Andrej Komac, Pavol Balaz, Martin Fabus. Matko Perdijić zawsze był za to w centrum uwagi w szatni. Razem z Krzyśkiem Nykielem mówili, że są kumplami 50Centa. Przerabiali sobie zdjęcia w Photoshopie, jeden był na fotce z Eminemem, drugi ze Snoop Dogiem. Matko miał sporo zajęcia po treningach (śmiech). W trójeczce z Krzyśkiem i Matko trzymał się jeszcze Maciek Sadlok. W pamiętnej sprawie z samolotem do Kazachstanu Maćka próbował przekonywać właśnie Nykiel, ale bezskutecznie. Nie mogę sobie przypomnieć, czy Sadlok poleciał później do Wiednia, ale chyba tak. Może się znieczulił – gdy miał lecieć na zgrupowanie kadry, Franciszek Smuda powiedział mu: – Weź se pierdolnij Johnniego Walkera, zaśniesz i będzie dobrze.

– Czemu nie udało się panu przebić w ekstraklasie?

– Chyba zabrakło cierpliwości, którą wykazał się na przykład Arek Piech. Ja zdecydowałem się odejść do Dolcanu Ząbki, w założeniu na pół roku, a zostałem kilka ładnych lat. Muszę przyznać, że spotkałem tam świetnych kolegów, to była najlepsza szatnia, do jakiej trafiłem. Jedna, wielka rodzina. Typowym świrem szatni był Maciek Humerski, wszędzie było go pełno. Potem dołączyli Grzesiek Piesio, Bartek Osoliński, którzy świetnie się wkomponowali. Pamiętam Marcina Stańczyka, który był chyba w Dolcanie najdłużej, a jak goście przychodzili na testy, i tak potrafili z Siwego drzeć łacha.

– Rzeczywiście, atmosfera była kapitalna – każdy wspomina ją z rozrzewnieniem.

– Wcześniej się z tym nie spotkałem, wszyscy byliśmy razem. Trener Robert Podoliński dobierał zawodników nie tylko pod kątem piłkarskim, ale i charakterologicznym.

– Już wtedy był pan czołowym kreatorem mody.

– Tak, śmiali się ze mnie, że ja już przyszedłem, a moda dotrze dopiero za trzy lata. Lubię do tej pory włożyć oryginalny ubiór. Zakładałem na przykład niebieskie dresy, więc zostałem nazwany smerfem, kolorowe buty… Było wesoło. Później dołączył do mnie na przykład Piotrek Petasz. Czasami specjalnie zakładałem coś ciekawego, aby dać chłopakom powody do radości.

– W Dolcanie znalazło się trochę młodych zawodników, zwłaszcza wypożyczonych z Legii, o których krążą różne opinie.

– W ogóle dziś młodzi mają za dobrze. Nie pracują na treningach, mając pewne granie. Zadowalają się tym, że zagrają dziś, a jeśli za tydzień już nie wyjdą na murawę, to nic się nie stanie. Wyjątkiem był Mateusz Wieteska – widać było po nim, że nie boi się ciężkiej pracy i dzięki temu będzie grał w piłkę. Podobnie Mateusz Cichocki, na początku walczył, ale potem Legia i Arka go nieco rozpieściły. Gdy przyszedł do nas po raz drugi, dało się już dostrzegać zachowania „pana piłkarza”. Mam jednak nadzieję, że nieco zejdzie na ziemię i wróci do harówki, bo ma papiery na grę. O Patryku Mikicie z kolei słyszałem wiele opinii – że ma zryty łeb, że szybciej gada, niż myśli. Muszę jednak powiedzieć, że to kawał dobrego piłkarza, ale chyba ktoś za bardzo go podkręcił. Ma niesamowity potencjał, w małych grach zdobywał na treningu kilkanaście bramek, to nie przypadek. Potrzebuje jednak trenera, który byłby jego ojcem – ciągnął do pracy, a w pewnym momencie trzasnął w łeb. Próbował to robić trener Marcin Sasal, próbowaliśmy mu też podpowiadać jako starsi koledzy z drużyny, ale nie chciał nas słuchać. Chyba musi doświadczyć problemów na własnej skórze, może to go czegoś nauczy. Mam nadzieję, że nie będzie musiał za kilka lat niczego żałować.

– Najbardziej szaloną ekipą w szatni byli chyba wówczas bramkarze – Maciej Humerski, Rafał Misztal i Rafał Leszczyński?

– Leszczu wtedy był jeszcze młody, spokojny, taka ciepła klucha. Można powiedzieć, że wywróżyłem mu powołanie do reprezentacji. Przed Prima Aprilis siedziałem w szatni z Patrykiem Koziarą, który raczej nie był typem gościa, który miał w zwyczaju wypuszczać innych. Zaordynowałem: – Kozi, potwierdzaj! Wszedł Rafał, z miejsca powiedziałem: – Leszczu, na górę leć, powołanie do kadry dostałeś! Ten oczywiście swoje, co ty pierdolisz? Nagle wyskoczył Kozi: – Tak, widziałem na 90minut.pl, gratulacje! Rafał wziął wdech na klatę i poszedł do dyrektora Jerzego Szczęsnego.

– Dyrektorze, przyszedłem po powołanie.
– Leszczu, spierdalaj stąd!

Wtedy jeszcze się nie udało, ale później się spełniło. Wracając do tematu, prym wiedli Humerski i Misztal, których ulubieńcem był trener Marek Chański. Typowy szkoleniowiec bramkarzy – godzina 10.00, trening strzelecki, a coach się przeciąga. – Ech, mogłem nie jeść tego strogonoffa… Nie zapomnę, jak trener robił też zakupy przed wyjazdem na mecz. Wchodzi do sklepu: – Poproszę jedną bułkę i dwie parówki. Albo w sumie dwie bułki, bo w rozjazdach jesteśmy! Maciek i Rafał mogliby napisać o tym książkę. Trener miał też swoją „klatkę na koty”, w której trzymał piłki. Chłopaki dorzucali mu 50 kilogramów innego towaru, a szkoleniowiec próbował to z gracją podnieść, a potem krzyk: – Humerski, znowu ty! Nieważne, kto był winien – każdy numer szedł na konto Humera.

– Dobry PR budował też wokół klubu Marcin Krzywicki.

– Jest to jakiś fenomen. Niby pisze to wszystko na Twitterze prześmiewczo, ale niejednokrotnie było po nim widać, że nie do końca czuje się z tym dobrze, że jednak te docinki trochę wchodzą mu do głowy. Nie można cały czas podchodzić do życia na zlewie – musi być moment wyciszenia, koncentracji, przemyśleń.  Marcin chce chyba znajdować się w centrum uwagi i trzeba przyznać, że dobrze się w tym odnajduje. Na boisku też potrafi zaprezentować się z dobrej strony, choć zawsze mieliśmy z nim problem, bo nigdy nie chciał pomagać w defensywie. Kiedyś skasował go niezrównany dyrektor Szczęsny. Trenowaliśmy na głównej płycie, nagle Marcin słyszy:

– Ej, mistrzu, zajmij się grą w piłkę, a nie ciągle w tym internecie.
– Dyrektorze, ale ja robię marketing!
– W chuju mam ten marketing! Tu masz mie grać, na tym zielonym!

Z dyrektorem Szczęsnym odbyliśmy wiele rozmów, świetny człowiek. Potrafił załatwić wszystko, we wszystkim pomóc, a na koniec skwitować całą rozmowę kapitalną puentą. Życzyłbym każdemu klubowi tak oddanego działacza. Był przy tym bardzo uczciwy. Gdy Dolcan się sypał, nie przeciągał sprawy, nie starał się nas omamić, a bardzo szybko przedstawił temat jasno – możecie sobie szukać klubów, nikogo nie będziemy blokować. Duży szacunek.

– Kiedy wróci pan na boisko? Trzeba przyznać, że przygoda z Pogonią Siedlce zaczęła się pechowo, od potrącenia przez samochód.

– Mam złamaną nogę i pęknięty mostek. Pękła mi kość strzałkowa, która zbyt szybko się nie zrasta. Może uda się jednak wrócić do treningów jeszcze pod koniec kwietnia. Dziwna sytuacja, wracaliśmy z Bartkiem Osolińskim z treningu z Siedlec. Zawsze zostawiam samochód na Rembertowie i jeździmy pociągiem. Po powrocie przechodziłem przez ulicę, widziałem już swoje auto. Nagle na pasach potrącił mnie jakiś chłopak, nie zauważył mnie. Zachował się w porządku, sam zadzwonił po policję, przejął się sytuacją. Gorzej, gdyby spotkał się z trenerem Sasalem (śmiech). W ogóle szkoleniowiec zareagował błyskawicznie – wypadek zdarzył się ok. 21.00, a godzinę później miałem już zapewnioną opiekę medyczną w Carolina Medical Center. Mam nadzieję, że wrócę już niebawem.

ROZMAWIALI EMIL KOPAŃSKI, TOMASZ OBRĘPALSKI

Reklamy

One comment

  1. Szkoda, że zimą nie trafiłeś do Chojniczanki. Przydałbyś się a i do Bydgoszczy miałbyś blisko. Z Dolcanu sprowadzili do nas szrot. Krzywicki potyka się o własne nogi a Feruga sprowadzony tuż przed wznowieniem rozgrywek nie ma siły biegać, prezentując się fatalnie pod względem motorycznym.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s