Kacper Tatara: – Darmstadt w Bundeslidze? Wystarczy, że odszedłem!

tataraglowne

Jeszcze trzy lata temu był piłkarzem niemieckiego SV Darmstadt 98, które obecnie, po dwóch awansach z rzędu, gra w Bundeslidze. W Cracovii rozegrał 2 mecze w ekstraklasie, a na jej zapleczu występował w Zniczu, Dolcanie i Okocimskim. Kacper Tatara, bo o nim mowa, jako 27-latek zdecydował się zawiesić buty na kołku. Teraz, zamiast męskiego towarzystwa w piłkarskiej szatni, jego codziennością jest… branża kosmetyczna.

Swój ostatni mecz rozegrałeś w II lidze, w barwach Legionovii, w kwietniu ubiegłego roku. Później zniknąłeś z piłkarskiego środowiska. Czym się teraz zajmujesz?

Poszedłem w biznes, działam w branży kosmetycznej. Jestem w spółce, a nasza firma ma sklep z akcesoriami kosmetycznymi, salon kosmetyczny, organizuje też szkolenia w tym zakresie.

Nietypowa branża jak na byłego piłkarza.

Nietypowa, ale tak się układa życie. Trzeba dokonywać wyborów, które zapewnią nam przyszłość i zarabiać pieniądze.

Jak to się zaczęło?

Moja partnerka korzysta z zabiegów kosmetycznych i dzięki niej złapałem kontakt z moją obecną wspólniczką.

Ciężko było wprowadzić się w temat? Nie mów, że znałeś się na kosmetykach, bo i tak nie uwierzę.

Nie znałem się. Nie było ciężko. Współpracuję praktycznie z samymi kobietami, więc łatwo było nawiązać kontakty. Szybko się na wszystkim poznałem. Generalnie, zajmuję się bardziej stroną czysto biznesową: marketingiem, rozpisaniem biznesplanu, wprowadzeniem całej strategii i rozwojem firmy. Zabiegów nie robię (śmiech).

Jak wygląda teraz u ciebie typowy dzień?

Sam układam sobie plan dnia, tygodnia, miesiąca. Cały czas skupiam się nad rozwijaniem tego wszystkiego, pilnowaniem interesu. Mamy jeden sklep stacjonarny, teraz będziemy otwierać salon w Gdyni.

Niedawno obchodziłeś 28. urodziny. Czujesz się staro?

Bardzo! Jestem młody duchem, ale fizycznie czuję się bardzo staro.

Pytam, bo była też inna rocznica. 17 marca minęło dokładnie 10 lat od twojego debiutu w ekstraklasie. Kawał czasu!

Powiem, że mnie zaskoczyłeś. Wtedy był początek, a teraz mamy już koniec, co? Dużo czasu minęło, ale zleciało bardzo szybko.

Debiutowałeś w Warszawie, w meczu z Legią, przegranym przez Cracovię 0:5. Jak wspominasz tamten dzień?

Wchodziłem, gdy było już 0:4. Graliśmy jeszcze na starym stadionie, ze starą Żyletą. Nie miałem jeszcze skończonych osiemnastu lat, mecz był dosłownie kilka dni przed urodzinami. Atmosfera była niesamowita, ryk trybun pamiętam do tej pory. Ale po wejściu na murawę w ogóle się wyłączyłem i muszę powiedzieć, że to było dla mnie dobre pięć czy dziesięć minut.

Myślisz, że wszedłeś wtedy na boisko tylko dlatego, że wynik był tak wysoki? Na zasadzie: i tak już nie odrobimy, to wpuśćmy młodego?

Wydaje mi się, że tak. Najśmieszniejsze było to, że w następnej kolejce, z Groclinem, miałem wyjść w pierwszym składzie. Pamiętam to jak dziś. Od początku tygodnia byłem przygotowywany do gry w pierwszej jedenastce, ale w przeddzień meczu przyszedł nowy trener, Stefan Białas. I koncepcja się zmieniła. Byłem w osiemnastce, ale w ogóle nie pojawiłem się na boisku. Może, gdyby Albin Mikulski nie został wtedy zwolniony, dzisiaj byśmy nie rozmawiali (śmiech)?

Na Legii zagrałeś jako napastnik?

Tak. Do przodu, na fantazji. Pamiętam, że bronił wtedy Łukasz Fabiański. Na Legii oddałem swój pierwszy strzał w ekstraklasie. To było jakieś 12 metrów obok bramki.

Pytałem o pozycję, bo na środku obrony w Legii grali wtedy Dickson Choto i Moussa Ouattara, którzy razem ważyli pewnie ze dwieście kilo. Przejebane.

Pamiętam, że przy pierwszym bezpośrednim kontakcie któryś z nich – nie pamiętam już czy Choto, czy Ouattara – wybił mi serdeczny palec u ręki.

A propos wagi, zagrałeś wtedy z dość ciężkim numerem na koszulce. 10.

Nie pamiętam, jak to było, ale kojarzę, że zupełnie nie chciałem tego numeru. Wtedy z drużyny odszedł Marek Citko i 10 była wolna. Nikt jej chyba nie chciał i nie wiem, dlaczego przypadła właśnie mi. Do dziś mam tę koszulkę w domu.

Zapytałem, bo wydało mi się dziwne, że 18-latek, który dopiero wchodzi do pierwszej drużyny, od razu dostaje „dychę”.

Nie wiem, kto wiązał ze mną takie nadzieje i wybrał mi ten numer. Może kierownik drużyny?

Była szydera ze strony starszych?

Na bank, ale wiedzieli, że sam sobie nie wybrałem tego numeru. Mówiłem w szatni, że chcę go zmienić. Zresztą, w głowie wtedy szumiało dość mocno, więc kompletnie nie przejmowałem się tym, czy ktoś starszy coś mówił, czy nie.

Na dłuższą chwilę twój licznik zatrzymał się na tym jednym meczu w lidze. Nie było szans na ugranie czegoś więcej u trenera Białasa?

Powiem tak – nie byłem jego faworytem. Presja na wynik była wtedy dość duża i w końcówce sezonu grali głównie starsi.

Przed Legią był jeszcze mecz z Wisłą Kraków, u siebie. Siedziałeś wtedy na ławce.

Pamiętam atmosferę, była wtedy bardzo napięta. Godzinę przed meczem do szatni przyszedł prezes Filipiak. Powiedział, że za zwycięstwo będzie dodatkowa premia. Bardzo wysoka. Sponsorem meczu był wtedy Samsung i w szatni, razem z prezesem, był również człowiek z Samsunga. Powiedział, że jak wygramy, to każdy z meczowej osiemnastki dostanie jakąś super kamerę, która była warta ze 3 tysiące złotych. Wygrywaliśmy 1:0, a w drugiej połowie Tomasz Kłos strzelił na 1:1. Siedziałem wtedy na ławce obok mojego przyjaciela, Łukasza Uszalewskiego. To była końcówka meczu, nawet nie zostaliśmy wysłani do rozgrzewki, więc wiedzieliśmy, że na murawie się nie pojawimy. Spojrzeliśmy na siebie i mówimy: już, kurwa, po kamerze… (śmiech)

Powiedziałeś o Filipiaku, jak go wspominasz?

Z perspektywy czasu oceniam go niezwykle pozytywnie mimo tego, jakie chodzą o nim opinie. To jeden z niewielu biznesmenów w Polsce, którzy inwestują w klub piłkarski regularnie, od tylu lat.

Pod względem stażu chyba tylko Cupiał z Wisły może się z nim równać.

Dokładnie. Mimo spadku, braku stabilności sportowej, cały czas wkładał w klub swoje pieniądze. Jak byłem w Cracovii, przychodził nawet na mecze juniorów czy drugiej drużyny, żeby być na bieżąco.

A trenera Stawowego? Właśnie za jego czasów zostałeś włączony do pierwszej drużyny.

Widział we mnie potencjał i bardzo dużo ze mną rozmawiał. Był dla mnie bardzo dużym autorytetem.

Jego odejście było błędem?

Subiektywnie mogę powiedzieć, że tak. On podpisał wtedy dziesięcioletni kontrakt, więc wyglądało to niepoważnie. Z drugiej strony – to trener Mikulski dał mi zadebiutować w ekstraklasie.

Najlepszy piłkarz, z którym grałeś?

Zdecydowanie Danny Latza z którym występowałem razem w SV Darmstadt 98. Danny gra teraz w Bundeslidze, jest zawodnikiem Mainz.

Zapytałem podchwytliwie. Liczyłem, że wskażesz Piotrka Gizę, który z Cracovii pojechał na Mundial.

Piłkarsko „Gizmo” był znakomity. Czegoś mu jednak brakowało. Wydaje mi się, że pewności siebie. Uważam, że powinien wtedy wyjechać zagranicę. Po transferze do Legii coś się u niego popsuło.

Dlaczego w ówczesnej Cracovii nie zaistniał na dłużej praktycznie nikt z młodych? Byli przecież Uszalewski, Baliga, Mateusz Jeleń, Kostrubała, Kaszuba, Urbański, Karcz… Wszyscy skończyli z kilkoma, kilkunastoma meczami w lidze i słuch po nich zaginął.

Jedynym, który się przebił, był Bartek Dudzic. W przygodzie z piłką każdego z tych chłopaków przyszedł moment, kiedy musieli wybrać: zostać w drużynie i walczyć o meczową osiemnastkę, albo iść na wypożyczenie. Klub nakłaniał zawsze do tej drugiej opcji. Większość się zgodziła, odeszła, a wypożyczenia tak naprawdę niczego im nie dały. Jeden miał kontuzję, drugiemu przytrafił się słabszy sezon gdzieś w drugiej lidze, i tak dalej. Było też dużo roszad trenerskich i w ten sposób wszystko się rozmyło.

Dudzic rzeczywiście był najlepszy z całego tego grona?

Miał niesamowitą szybkość. Ta cecha sprawiła, że był bardzo lubiany przez trenera Majewskiego, który dawał mu dużo szans. W grze Bartka nie było finezji. Potrafił wykorzystać swoją szybkość, przyjąć piłkę, odstawić gościa na pięciu czy dziesięciu metrach i dośrodkować. Tego wymagał od niego trener i to wychodziło mu super. Dzięki swojej szybkości ma teraz ponad 100 meczów w ekstraklasie.

A piłkarsko? Kto z nich był numerem jeden?

Zdecydowanie ja (śmiech). Potem był Karol Kostrubała, Tomek Baliga, Mateusz Klich. „Klichu” odstawał fizycznie, ale dobrze się rozwinął. Świetny piłkarsko był Mateusz Jeleń. To jeden z największych talentów, jakie zostały zmarnowane w Cracovii. Miał papiery na grę w najlepszych ligach zagranicą. Szybkość, drybling, strzał z dystansu.

Co się z nim stało?

Kontuzja, potem wypożyczenie, jakieś problemy z kręgosłupem. I tak się rozmyło.

Pierwszym młodym, który osiągnął w Cracovii coś więcej, był Mateusz Klich. Dlaczego jemu się udało?

Miał do wyboru: zostać w Młodej Ekstraklasie, albo iść na wypożyczenie do Wisły Płock. Klub oczywiście za wszelką cenę chciał go wypchnąć do Płocka, ale on nie zdecydował się na ten krok. W jego miejsce na wypożyczenie poszedł Karol Kostrubała. „Klichu” został, mimo, że trener Majewski nie był za bardzo nim zainteresowany. Po jego odejściu zaczął grać i poszedł w górę.

Splot wydarzeń.

Tak, splot szczęśliwych wydarzeń. I jego luz psychiczny. Cały czas patrząc na jego grę można stwierdzić, że ma wycięty układ nerwowy.

Był ktoś, komu brak tego luzu szczególnie przeszkodził?

Ja. Zawsze wszystkim się przejmowałem, martwiłem.

Jak postrzegał cię Stefan Majewski? Swój drugi i ostatni mecz w ekstraklasie rozegrałeś właśnie u niego.

Gdy Cracovię prowadził Majewski, ja byłem przesunięty do Młodej Ekstraklasy. Co tydzień we wtorki albo środy odbywały się, w ramach treningu, mecze z pierwszą drużyną. Pamiętam, że pewnego razu bardzo się spięliśmy i wygraliśmy taki sparing 5:2, a ja strzeliłem cztery gole. Majewski był strasznie wkurzony. Po tym meczu zostałem od razu przesunięty do pierwszej drużyny. Głównie dlatego, że na sparingu byli dziennikarze i profesor Filipiak. Młody strzelił cztery gole, więc Majewski po prostu musiał mnie wziąć. Parę dni później byłem w osiemnastce na mecz z Lechem Poznań, ale nie wpuścił mnie na boisko. Na następny mecz, z Zagłębiem Lubin, znowu wziął mnie do osiemnastki. Wszedłem, dałem dobrą zmianę, ale, niestety, przegraliśmy. Wtedy znów mnie odsunął.

Kiedyś byliśmy na obozie w Niemczech. Były akurat niesamowite upały, po 35-40 stopni. Mieliśmy zaplanowane dwa sparingi i dwie pary strojów. Pierwszy skład miał grać wieczorem w biało-czerwonych koszulkach, a nam, drugiemu składowi, dali czarne stroje z długim rękawem. Graliśmy o godzinie 13. Majewski uzmysłowił sobie wtedy, że w jego systemie 3-5-2 będę świetnym skrajnym pomocnikiem. Postawił mnie na prawym skrzydle. Byłem młody, więc goniłem cały mecz w tę i z powrotem, na ambicji. Skończyło się odwodnieniem i odparzonymi stopami. Byłem tak zajechany, że przez kolejne trzy miesiące nie mogłem zrobić sprintu, biegałem do tyłu. Ale trenera średnio to interesowało.

A laptop?

Był, wszędzie. Było w nim wszystko!

Jak grało ci się w Młodej Ekstraklasie z 35-letnim Maciejem Murawskim?

Bardzo pozytywnie. Maciek był w Cracovii krótko, pół roku. Akurat siedziałem obok niego w szatni. Był bardzo wygadany. Na każdym treningu, nawet jak schodził do Młodej Ekstraklasy, dawał z siebie wszystko.

Nie przegadał nigdy trenera na odprawie?

Każda odprawa była przez Maćka szczegółowo komentowana. Z trenerem Płatkiem prowadził długie dyskusje.

Nikt nie usnął w międzyczasie?

Często zdarzało się, że rozmawiali o jakiejś akcji tak długo, że reszcie chłopaków opadały już czoła (śmiech).

Mniej więcej w tym samym czasie bohaterem sensacyjnego powołania do reprezentacji Polski był Marcin Krzywicki.

(śmiech) „Krzywy” nie dojechał, miał kontuzję. Serdecznie go pozdrawiam! Pewnie gdyby był zdrowy, grałby teraz w Realu Madryt. Trener Beenhakker zdziwił się, że gość, który ma 2 metry wzrostu w miarę biega, jest skoordynowany i gra w ekstraklasie. Chciał go poznać, zobaczyć.

Śledzisz go na Twitterze?

Na Twitterze nie, ale obserwuję na Facebooku, do tego często rozmawiamy. Jestem jego fanem. Uwielbiam tę postać!

Zawsze taki był?

Tak. Miał ciętą ripostę, dobry żart, luz psychiczny. W Płocku puściła go fantazja, żeby rozwinąć swoją postać medialnie.

Sam też kiedyś próbowałeś. Widziałem twój fanpage na Facebooku.

Po kilku miesiącach pobytu w Niemczech mój prywatny Facebook zaczął się palić. Kilkaset zaproszeń, ludzie cały czas pisali prywatne wiadomości. Chciałem to oddzielić, więc założyłem fanpage. Miałem dzięki temu fajny kontakt z kibicami, choć strona nie zaistniała. Miała koło 700 fanów, ale było wesoło.


Widziałem, że pisałeś z kibicami po niemiecku. Znałeś język jeszcze przed transferem do Darmstadt?

Rok wcześniej byłem już w Niemczech. Testowały mnie trzy kluby, w tym właśnie Darmstadt. W niższych ligach niemieckich znajomość języka jest bardzo ważna, bo mało kto mówi tam po angielsku. Nie podpisałem wtedy kontraktu, wróciłem do Polski, do Chojniczanki. Zacząłem się intensywnie uczyć, bo wiedziałem, że znowu wyjadę. Wróciłem do Niemiec i byli w szoku, że tak dobrze mówię w ich języku. Dziennikarze często brali mnie do wywiadów.

Nie było „we will see, what time will tell”?

(śmiech) Nie mówiłem jakoś niesamowicie, robiłem błędy gramatyczne, ale wszyscy mnie rozumieli. Na początku nie wszyscy wiedzieli, że w miarę ogarniam niemiecki. W szatni, w mojej obecności, jeden opowiadał drugiemu kawał o Polakach, którzy kradną samochody. Wszystko zrozumiałem, coś tam odpowiedziałem i przestali robić sobie ze mnie jaja.

542408_521752504516891_660986131_n

A teraz… Bundesliga.

Wystarczy, że odszedłem i zrobili dwa awanse z rzędu (śmiech)

Dużo zmieniło się pod względem finansowym?

Jak graliśmy jeszcze w trzeciej lidze, przyszło dwóch sponsorów – firma informatyczna i druga, która zarządzała energią elektryczną. Podpisali z klubem umowy i powiedzieli, że nawet jeśli spadniemy, nadal będą wykładać pieniądze. Później, gdy chłopaki zrobili awans, pojawiła się masa nowych firm. A grając w Bundeslidze masz od razu dużo więcej pieniędzy z samego związku. I to są już ogromne środki, miliony euro. Kosmos.

A warunki do trenowania?

Stadion jest ten sam, zostały tylko wyremontowane szatnie. Mieliśmy dwa naturalne boiska i jedno sztuczne, a teraz powstały kolejne dwa z naturalną nawierzchnią. Na nasze mecze w trzeciej lidze przychodziło od pięciu do dwunastu tysięcy kibiców. Bilety kosztowały 10-20 euro, więc policz sobie, jaki wpływ do kasy był tylko z tego źródła.

Masz jeszcze kontakt z kimś z klubu?

W drużynie są jeszcze trzy osoby, z którymi grałem, poza tym cały sztab szkoleniowy razem z doktorami i masażystami. Mam kontakt z ludźmi z zarządu, co roku dostaję od nich życzenia urodzinowe czy świąteczne. Zapraszają mnie, żebym przyjechał na mecz. Wybieram się już od dawna, ale cały czas coś wypada i wyjazd nie dochodzi do skutku, ale na pewno w końcu pojadę. Chciałbym albo na derby z Frankfurtem, albo na mecz z którąś z topowych drużyn, czyli Borussią albo Bayernem.

Kibice piszą jeszcze na Facebooku?

Cały czas pytają, co u mnie słychać. Oni też zapraszają mnie do siebie, na mecz. Kontakt jest cały czas.

Po powrocie z Niemiec trafiłeś do Dolcanu, ale rozegrałeś tam tylko dwa mecze.

Chciałem zostać w Niemczech. Nie udało się złapać nigdzie w trzeciej lidze, a czwarta, z której miałem propozycje, była dla mnie już za niskim poziomem. Pojawiła się oferta z Dolcanu. Przyszedłem do klubu latem, ale już po starcie sezonu. Trener Podoliński powiedział: widzę cię w drużynie, możesz konkurować z Darkiem Zjawińskim. Będziesz grał albo ty, albo on. Zależy, kto będzie w lepszej formie. Podjąłem rękawicę i w pierwszym meczu, w którym wszedłem na boisko, asystowałem Darkowi przy golu. Później zaczął strzelać jak z armaty, więc nie podnosiłem się z ławki. Zupełnie nie mam żalu do trenera Podolińskiego, że tak mało grałem. Darek był w znakomitej formie, został królem strzelców, a ja najzwyczajniej w świecie przegrałem z nim sportowo rywalizację.

Najciekawsze grono trenerów, z jakim się zetknąłeś, było chyba w Zniczu Pruszków. Cecherz, Grembocki, później jeszcze Świerczewski…

W środowisku piłkarskim nazwiska Cecherza i Grembockiego znają wszyscy. Było ciekawie. Trener Grembocki nie za bardzo widział mnie w składzie. Gdy spadliśmy już z pierwszej ligi, przed ostatnim meczem powiedział: dobra, Kacper, wychodzisz w pierwszym składzie i pokaż mi teraz, że się pomyliłem, nie wystawiając cię przez całą rundę. Akurat wygraliśmy wtedy 3:2 z KSZO, a ja strzeliłem bramkę dającą Nam zwycięstwo. Po meczu trener pożegnał się z zespołem i powiedział do mnie: OK, może się pomyliłem. Muszę mu oddać, że zachował się w porządku. To samo powiedział w pomeczowym wywiadzie dla telewizji.

A Cecherz?

Choleryk. Raz dostało mi się od niego w szatni. To był mój pierwszy mecz w Zniczu. Graliśmy ze Stalą Stalowa Wola, do przerwy po mojej bramce prowadziliśmy 1:0. Byłem podekscytowany, że strzeliłem gola w debiucie. Schodzimy do szatni na przerwę, a trener od razu, przy całej drużynie, posłał mi parę chujów. Chciał chyba od razu profilaktycznie sprowadzić mnie do ziemi (śmiech).

Świerczewski?

Z jego treningów wyciągnąłem wiele pozytywnych rzeczy. Były ciekawe, urozmaicone. W poniedziałek albo wtorek trenowaliśmy siłowo. Pewnego razu trener zrobił nam zapasy. Nasz trening obserwował z bliska prezes Znicza, który w swoim stylu rzucił kilka żartów. A Świerczewski do niego: no to chodź, sprawdzimy się. I wystartowali. Piotrek ważył wtedy 85 kilogramów, prezes dużo więcej, więc wiedzieliśmy, że to będzie nierówny pojedynek. Ale ruszyli. Prezes złapał Piotrka, wywrócił go i wiedzieliśmy, że to już koniec. Ale wtedy zobaczyłem u „Świrka” w oczach taką nieustępliwość. Coś takiego, czego brakuje wielu ludziom. Mimo, że już ledwo oddychał, był cały czerwony, wykręcił się, założył dźwignię i dał radę. Prezes odklepał.

Piłkarsko chyba poradziłby sobie jeszcze w drugiej lidze?

W treningowych gierkach brał czynny udział i wyglądał rewelacyjnie. Zastawka, przyjęcie, odegranie. Czasem nie sposób było odebrać mu piłkę.

Trudno ci było skończyć z piłką?

Nie.

To dziwne.

Bardzo ciężko pracowałem, żeby wyjechać zagranicę i coś tam osiągnąć. Nadrabiałem straty fizyczne, motoryczne, bo to była przepaść. Dotarłem do poziomu reszty drużyny, złapałem bardzo dobrą formę, strzeliłem kilka bramek, a nastepnie złapałem kontuzję, która spowodowała, że rundę wiosenną spędziłem głównie na ławce i meczach drugim zespole. Kontuzja była śmieszna – przepuklina pachwinowa – ale przez dwa miesiące i okres przygotowawczy nie mogli mi jej zdiagnozować. Trener Schuster wkurzył się na klubowych lekarzy i przy mnie zadzwonił do Mehmeta Scholla z Bayernu Monachium, prosząc o pomoc i załatwienie jakiegoś normalnego lekarza. Pojechałem do kliniki, która współpracuje z Bayernem i dostałem diagnozę dosłownie w dwie minuty, a następnego dnia miałem operację. Po zabiegu dowiedziałem się, że trener uzupełnił kadrę nowym, doświadczonym napastnikiem, który dostał jeden z najwyższych kontraktów w drużynie. Wiedziałem, że zajmie moje miejsce i się nie myliłem. Mimo wszystko walczyłem do końca.

Po powrocie do Polski podpisałem kontakt z Dolcanem, złapałem wiatr w żagle, ale dostałem kolejnego dzwona – od Darka Zjawińskiego (śmiech), który strzelał jak maszyna, przez co znów nie grałem. Podpisałem kontrakt w Brzesku. Raz grałem, raz nie grałem. Poza tym słabo się czułem. Co się okazało? Miałem cystę boczną szyi, przez którą miałem zapalenie w organiźmie. Rosła mi narośl, musieli mi ją usunąć operacyjnie. Leżałem przez dwa tygodnie w szpitalu. Po trzech rundach, które poszły kompletnie nie po mojej myśli, chciałem skończyć z piłką.

Ale poszedłeś jeszcze do Legionovii.

Moja ukochana cały czas mieszkała w Warszawie. Stwierdziłem, że poszukam czegoś tutaj. Najbliżej była Polonia. Byłem chwilę na testach, a po kilku dniach trener Dziewicki powiedział, że mam zostać, podpisujemy kontrakt. Dogadałem się z dyrektorem Olczakiem, podaliśmy sobie ręce. Wcale nie chciałem dużo zarabiać, chodziło mi o to, żeby być na miejscu. W ciągu dwóch dni miałem dostać na maila kontrakt, żeby go podpisać. Zamiast kontraktu dostałem wiadomość, że jednak brakuje pieniędzy i nie zostanę zawodnikiem Polonii. Dopiero później dowiedziałem się o wszystkich zawiłościach między zarządem i trenerem.

I wylądowałeś w Legionowie.

Myślałem, że tam się odbuduję. Po kilku kolejkach, kiedy wywalczyłem już miejsce w składzie, pojawił się ból w kolanie. Okazało się, że pękła łękotka. Kolejna operacja, runda z głowy. Cześć i czołem.

To przesądziło o decyzji?

Po Legionovii powiedziałem sobie, że to już koniec. Nie mam czasu, ochoty i pieniędzy, żeby błąkać się po niższych ligach, nie mając przy tym 100% przyjemności z treningów. Byłem już po pięciu operacjach. Oszukiwałem sam siebie. Wychodziłem na trening, coś mnie bolało. Budziłem się rano, coś mnie bolało. Moja Kinga była wkurzona, że tylko chodzę i narzekam. Powiedziałem, że skoro cały czas poświęcam wszystko dla piłki, a dostaję od niej kolejnego kopa, to już wystarczy.

Ale telefony cały czas dzwonią.

Było dużo telefonów, ale z ekstraklasy ani z pierwszej ligi nikt nie dzwonił (śmiech). Myślałem, żeby dla utrzymania formy jeszcze gdzieś pograć. Miałem podpisać umowę z Ursusem Warszawa, w trzeciej lidze, ale postawiłem sprawę jasno. Powiedziałem trenerom, że chcę być szczery i przez prowadzenie biznesu nie będę w stanie zaangażować się w treningi i mecze w takim samym wymiarze czasu jak inni, więc nie będę zabierał chłopakom miejsca w drużynie. Odpuściłem.

Nie grasz już prawie od roku, ale zdajesz sobie pewnie sprawę, że propozycje, zwłaszcza z niskich lig, szybko się nie skończą.

Były nawet opcje, żebym trenował tylko raz lub dwa razy w tygodniu, a w weekend przyjeżdżał na mecz. Trzecie i czwarte ligi. Ale odmawiałem, bo w weekendy też zajmuję się biznesem.

Czyli nic już cię nie przekona.

Nic. Teraz poznałem życie na nowo i poznaję je od początku z innej strony, co bardzo mnie ciekawi i pasjonuje. Mam też czas dla rodziny i mojej wspaniałej dziewczyny, bo wiele wycierpiała przez wszystkie lata, kiedy mnie przy niej nie było. Nie chcę, aby kolejny raz przechodziła przez moje kontuzje, operacje, rehabilitacje i powrót do formy. Każdy sportowiec wie, jak kontuzja wpływa na jego życie prywatne i relacje z bliskimi. Jednym słowem: przesrane. Dziś budzę się z uśmiechem na ustach, bo nic mnie nie boli po treningu z dnia poprzedniego. I nie zapowiada się, że znowu mi coś pęknie i będę musiał operować się po raz szósty.

Rozmawiał MATEUSZ SOKOŁOWSKI

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s