„Wykrwawiałem się, groziła mi amputacja nogi”. Wrócił na boisko, a teraz zakłada własny klub

stolarski

Makabryczne kontuzje zdarzają się na boiskach całego świata. Przykładów jest wiele: Marcin Wasilewski, Eduardo, Luke Shaw. Podobne historie życie pisze również tam, gdzie nie ma kamer i tłumów kibiców. Poszkodowany musi wtedy radzić sobie na własną rękę, przy wsparciu wyłącznie najbliższych osób. Poznajcie Jana Stolarskiego, 21-latka z Warszawy.

10 października 2015 roku Stolarski rozegrał swój pierwszy w życiu mecz na poziomie III ligi. Jego Start Otwock grał na wyjeździe z Wartą Sieradz i w 90. minucie przegrywał już 1:5. – Ostatnia zmiana nie była jeszcze wypisana. Dwóch zawodników się rozgrzewało, ja siedziałem na ławce. Któryś z nich miał wejść. Byłem pewny, że nie zagram. Nagle trener mówi: dobra, Janek, grzej się. To był jeden z piękniejszych momentów w moim życiu. Jak zszedłem z boiska, wszyscy koledzy mi gratulowali. Mimo, że grałem tylko trzy minuty.

Ktoś powie: przesada. Trzy minuty gry, w dodatku przy beznadziejnym wyniku. Co to za wydarzenie, z czego tu się cieszyć?

Poznajcie zatem całą historię.

***

Opowiedz o tym, co stało się 28 lutego ubiegłego roku.

Szukałem wtedy klubu. Byłem na testach w KS Łomianki (IV-ligowa drużyna z miejscowości pod Warszawą – przyp. aut.). Graliśmy akurat sparing z SEMP-em Ursynów, wtedy jeszcze drużyną z A-klasy. Wyszedłem w pierwszym składzie. To było chyba w 30. minucie. Trochę mój błąd. Po prostu… nie miałem ochraniaczy. Byłem na prawej stronie boiska. Ominąłem jednego zawodnika i piłka mi uciekła. Chciałem ją dogonić, żeby kontynuować akcję. Nie zauważyłem nadchodzącego obrońcy. Zrobiłem wślizg, żeby zgarnąć piłkę jeszcze przed linią, a on zrobił wślizg we mnie. Jego siła plus moja siła. Zderzyliśmy się, wszystko poszło w mój piszczel.

Bez ochraniacza.

Tak naprawdę to była boczna część piszczela, od zewnątrz. Nie wiem, czy ochraniacz mógłby mnie uchronić. Ból był niesamowity, bo wjechał mi kolanem. Gdybym dostał korkami – pół biedy, może miałbym tylko rozciętą nogę. A tak – wpadł we mnie całym ciężarem ciała. Pamiętam, że chciałem jeszcze grać… Nie mogłem w ogóle stanąć. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że w nodze robi mi się zator i z czasem krew w ogóle przestanie przez nią przepływać. Na jednej nodze doszedłem do szatni, położyłem się. Prawie mdlałem z bólu. Kierownik drużyny odwiózł mnie do domu, pod samą klatkę. Jakoś wskoczyłem, na jednej nodze, na trzecie piętro. Była godzina… może 23, prawie północ. Robiłem wszystko – noga w górze, okłady z lodu. Nic nie pomagało, ból narastał. W końcu pojechaliśmy do szpitala na ostry dyżur.

Ile czekania?

Ze 40 minut.

Nawet szybko. Myślałem, że kilka godzin.

Nie było aż tak dużo ludzi. Zrobili mi prześwietlenie, a ja przecież nie miałem złamanej kości. Dostałem też zastrzyk przeciwbólowy i tyle. I do domu.

I wróciłeś.

Położyłem się znowu do łóżka, ale zastrzyk nic nie pomógł. W ogóle nie mogłem ruszać stopą. Znowu okłady. Druga w nocy, trzecia w nocy, a ja się męczę. Nie płakałem, ale łzy same ciekły mi z bólu. Mama spała, brat spał. Półprzytomny wziąłem telefon i zacząłem szukać ostrego dyżuru sportowego. Wyskoczyła mi prywatna klinika. Obudziłem mamę, brata i pojechaliśmy tam. Przyjęli mnie od razu. Wszedłem do gabinetu, położyłem się. Lekarz miał taki ciśnieniomierz z grubą igłą. Wbił mi ją w nogę, w ten mięsięń.

Tak po prostu?

Tak. Miałem już taki ból, że naprawdę, nie robiło mi to różnicy. Ciśnieniomierz wystrzelił z czerwoną kreską do maksymalnego poziomu. Lekarz powiedział, że nogę trzeba natychmiast operować. Natychmiast. W wyniku zderzenia zrobił się krwiak, który spowodował niedokrwienny zawał mięśnia. W nodze powstał zator, krew nie mogła dobrze przepływać. Mięsień piszczelowy umierał. Tkanki obumierały. Ryzyko było takie, że mogli mi wyciąć cały mięsień, albo…

Albo?

Albo amputować nogę.

Lekarz powiedział ci to wprost?

Tak. Powiedział, że jeżeli chcemy cokolwiek uratować, natychmiast muszę być operowany. Ledwo żywy podszedłem z mamą do kasy. Oni mówią: operacja, tydzień hospitalizacji, razem 13 tysięcy. Patrzymy z mamą na siebie… Poszliśmy z powrotem do gabinetu, żeby lekarz wypisał szybko skierowanie do zwykłego szpitala, na operację. Pojechaliśmy tam z powrotem i byli w szoku.

Przyjął cię ten sam lekarz, co kilka godzin wcześniej?

Nie, zmienili się w międzyczasie. Ten, co mnie przyjmował, nie dowierzał, że z takim urazem pozwolili mi wcześniej wyjść. W sytuacji, kiedy za parę godzin mogę stracić nogę.

Docierało to do ciebie?

Chciałem jak najszybciej trafić na stół. Straszne uczucie. Nie dopuszczałem myśli, że nie będę miał nogi. Dopiero o 8:30 rano zrobili mi USG. Przez całą noc miałem zawał mięśnia. A sparing był o 19.

12 godzin…

No… W końcu przygotowali mnie do operacji i rozcięli mi nogę.

W znieczuleniu miejscowym?

Nie mogli dać mi znieczulenia.

Co?!

Zanim znieczulenie od pasa w dół zacznie działać, musi minąć około 40 minut. Nie było tyle czasu, było już tak źle, że liczyła się dosłownie każda minuta. Dali mi tylko jakiś zastrzyk i „głupiego Jasia”.

Zadziałał?

Wszystko czułem. Położyli mnie na stół i mówią: panie Stolarski, damy panu taki wacik w zęby, żeby nie odgryzł pan sobie języka. A chwilę potem: teraz będziemy panu nacinać nogę, proszę spokojnie leżeć. Jedno nacięcie, drugie… I taka ulga. Zeszła ze mnie ta krew, chwilowo poczułem się lepiej.

Mam nadzieję, że niczego nie widziałeś.

Miałem zasłonięte nogi. Potem zostawili mi otwartą ranę, żeby krew sobie spływała. Wzięli mnie na salę, gdzie leżeli pacjenci, 7 osób. Leżałem, ale okazało się, że źle mi nacięli tę nogę. Krew miała spływać mi tylko z rany, ale stało się tak, że nacięli mi też naczynia krwionośne. I zamiast z rany, krew powoli spływała z całego organizmu. Całe łóżko we krwi, prześcieradło, pościel. Powoli się wykrwawiałem. Wołałem pielęgniarki, ale one mówiły, że to normalne. Tylko zmieniały mi pościel. Inni pacjenci na sali wszystko widzieli i dosłownie modlili się na głos, żebym ja nie odszedł. Leżałem tak ze dwie godziny… W międzyczasie przetoczono mi około dwóch-trzech litrów krwi.

Najdłuższe w życiu?

Masakra. Ja nie kontaktowałem. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Walczyłem tylko, żeby nie zemdleć. Wzięli mnie drugi raz na stół i dali już znieczulenie miejscowe. Usnąłem. Zszyli mi naczynia krwionośne i znowu zostawili otwartą ranę, ale już się nie wykrwawiałem. Wróciłem na salę i przez 10 dni czekałem na kolejną operację.

Z otwartą raną przez 10 dni?

Tak, ale w szczelnym opatrunku. Wiem, że wtedy ciągle było jeszcze ryzyko amputacji. Wystarczyło małe zakażenie, bakteria…

Miałeś tego świadomość?

No… Przychodzili do mnie studenci medycyny, bo mój przypadek był tak rzadki. Później miałem trzecią operację. Była bardzo poważna – zszycie nogi i przeszczep skóry. Rana była tak wielka, że skórę po prostu mi rozsadziło. Musiałem wybrać miejsce, z którego chcę przeszczep: z pośladka, uda, łydki, z drugiej nogi. To mówię: skoro na jednej nodze mam już taką szramę, to weźmiemy z uda, z tej samej. Operacja polegała na zamknięciu rany i pobraniu skóry. Później, przez kolejne 10 dni, obserwacja. Cały czas mogło się wdać zakażenie. Lekarze mówili, że nie radzą mi, żebym grał w piłkę.

Jan Stolarski w szpitalu po drugiej operacji

Jak znosiłeś to wszystko psychicznie?

Na początku bardzo ciężko. Później uświadomiłem sobie, że to wszystko mogło się skończyć gorzej. Że mogłem teraz nie mieć nogi…

Dopuszczałeś taką możliwość?

(chwila ciszy)

Z jednej strony bardzo się bałem, ale z drugiej – nie chciałem dopuszczać takiej myśli. Piłka nożna była i jest dla mnie wszystkim. Jakbym nie miał nogi, ewentualnie zostałby mi Amp Futbol. Już wtedy powiedziałem sobie, że jak z tego wyjdę i zagram gdziekolwiek, zrobię dokument, żeby zmotywować ludzi moją kontuzją.

(W trakcie produkcji jest krótki materiał wideo o Janku, jego rehabilitacji i walce o powrót do sprawności).

Na pewno słyszałeś o Damianie Radowiczu.

Znam jego historię. Pamiętam, że kiedyś sam udostępniałem na Facebooku jego filmik. Nie mogłem wiedzieć, że kiedyś sam będę w takiej sytuacji. Jeżeli nie przeżyjesz takiej kontuzji, nie zrozumiesz tego. Zdrowy zawodnik nie docenia tego, że jest zdrowy. Że ma dwie nogi, może biegać…

A ten wślizg… Myślisz, że to było celowe, złośliwe?

Nie, specjalnie tego nie zrobił. To była po prostu walka o piłkę. On chciał ją wybić, ja – uratować. Ja trafiłem w piłkę, on we mnie. Na pewno nie zrobił tego specjalnie.

Kontaktowaliście się później?

Szczerze? Nawet nie wiem, kto to zrobił. Myślę, że sam się domyśli, jak to przeczyta.

Masz żal?

Wiesz co… Gdyby nie ta kontuzja, pewnych rzeczy bym się nie nauczył. Nie poznałbym tak wielu ludzi, może nie miałbym motywacji, którą mam teraz…

***

Ile zawdzięczasz Jackowi Magierze?

Bardzo dużo. Bardzo pomógł mi mentalnie, dał dużo inspiracji.

Jak w ogóle doszło do tego, że rehabilitowałeś się na Legii?

Głównie dzięki mojemu bratu. Mam brata bliźniaka, który ostatnio grał w Hetmanie Zamość, a wcześniej w Pogoni Mogilno, na poziomie trzeciej ligi. Był zniesmaczony sytuacją w Mogilnie, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Któregoś razu wracał akurat z Centrum do domu tramwajem. Stoi, trzymając się poręczy, pochylił głowę, patrzy – siwe włosy. Mówi sobie: kurczę, skądś znam tego człowieka. Pod kurtką barwy Legii, robił coś w telefonie – tapeta Legii. W końcu zorientował się, że to przecież Jacek Magiera, trener rezerw Legii. Przejechał swój przystanek, cały czas stojąc obok niego. Wahał się, czy do niego podejść, czy nie. W końcu się odważył. Przedstawił się, powiedział, że gra w trzeciej lidze, że szuka klubu i zapytał, czy mógłby przyjść na testy do rezerw Legii.

Co na to Magiera?

Powiedział: zapisz sobie mój numer, zadzwoń, umówimy się na spotkanie. Przyjdziesz na Legię i porozmawiamy. I tak było. Pojechał, dostał cały sprzęt. Na początku trenował indywidualnie, potem z drużyną. Przez dwa i pół tygodnia był ciągle na Legii. Magiera ocenił, że brakuje mu jeszcze roku ciężkiej pracy do zawodników, którzy są już w klubie. Podziękował mu i powiedział: jesteśmy w kontakcie, masz mój numer, zawsze możemy ze sobą porozmawiać.

Pod koniec marca się do niego odezwaliśmy. Karol zadzwonił i powiedział, że ma brata po poważnej kontuzji. Że potrzebna jest rehabilitacja i nie wiemy, co robić. Magiera powiedział: to przyjedźcie do lekarza na Legię. I tak się zaczęło. Za rehabilitację, konsultacje z lekarzami, siłownię, nie zapłaciłem nic. Bardzo, bardzo mi pomógł. A przecież z bratem byliśmy dla niego obcymi ludźmi. Karol po prostu podszedł do niego w tramwaju…

Jak wyglądała wasza późniejsza relacja?

Sprawdzał często, czy jestem mocny psychicznie. Zadawał podchwytliwe pytania. Takie, że trzy razy pomyślałem, zanim odpowiadałem. Któregoś dnia dał mi książkę „Szczęście czy fart”. Powiedział, że daje ją każdemu zawodnikowi, z którym pracuje. Po tygodniu zapytał mnie, czy przeczytałem. Powiedziałem, że nie. Na co on: przykro mi bardzo, ale nie możemy dalej razem pracować. Jak będziesz gotowy, odezwij się do mnie. Drzwi masz zawsze otwarte.

stolarskimagiera

Wróciłem do domu i od razu zabrałem się za czytanie. Zajęło mi to dwie godziny. Myślę, że był bardzo zadowolony z tego, co później napisałem mu w SMS-ach. Napisał: OK, przyjdź. Wprowadzał mnie na siłownię, uświadamiał, że wszystko zależy tylko ode mnie. Każdy trening, każdy ruch. Że tylko ode mnie zależy, czy zrobię tyle serii, ile potrzebuję, czy mniej.

Oszukiwałeś?

Nigdy. Na siłowni były zdjęcia Brychczego, Deyny. Motywowało mnie to. Byłem na Legii do ostatnich dni trenera Magiery. Pamiętam, że pomagałem mu zabierać bagaże do samochodu. Później zaprosił mnie na swoją konferencję na Stadionie Narodowym. Było bardzo dużo ludzi, on był bardzo zabiegany, ale jak mnie zobaczył od razu przyszedł, przywitał się, zapytał, czy wszystko w porządku.

Bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Po meczu pokazowym na stadionie Legii dał mi strój reprezentacji Polski, w którym wystąpił. Powiedział, żeby ten strój był dla mnie motywacją i że nieprzypadkowo daje mi go właśnie teraz. Dzięki trenerowi bardzo się zmieniłem i uwierzyłem w siebie.

Zastanawiałeś się, co by było, gdyby nie jego pomoc?

Nie wiem… Byłoby bardzo ciężko…

***

Teraz grasz w Starcie Otwock i… zakładasz własny klub w B-klasie. Rozwój Warszawa.
Co niedzielę organizowałem na Woli gierki. Kiedyś przyszło nawet 70 osób. Poza tym w Warszawie jest mnóstwo młodych chłopaków, którzy mają talent, ale nie grają w żadnym klubie. To mnie zainspirowało. Pomyślałem: dlaczego nie zrobić z nich drużyny?

Będziesz trenerem?
Tak. Zobaczymy, jak wszystko się potoczy. Na wiosnę zagram w trzeciej lidze, w Otwocku. Napatrzyłem się na realia w niższych ligach i chcę zrobić coś, dzięki czemu młodzi chłopcy nie będą musieli rezygnować z piłki. Mam nadzieję, że uda się stworzyć kawałek pięknej historii.

Jan Stolarski

Rozmawiał MATEUSZ SOKOŁOWSKI (@mateosokolowski)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s