Dominik Dukalski: – W Dolcanie trenowaliśmy w spodenkach z nogawkami różnej długości

dukalski

Na mazowieckich boiskach to prawdziwy local hero. Mimo, że w niższych ligach od wielu lat strzela gole hurtowo, na profesjonalnym poziomie nigdy nie zagościł na dłużej. O testach u Adama Nawałki, zainteresowaniu z Niemiec, problemach ze sprzętem w Dolcanie Ząbki i Jacku Kacprzaku, który w dotkliwy sposób zrewanżował się za żart jednemu z kolegów. Przeczytajcie wywiad z Dominikiem Dukalskim, byłym zawodnikiem Dolcanu, Radomiaka, czy Startu Otwock, a obecnie – nowym nabytkiem Pogoni Grodzisk Mazowiecki.

Ile zabrakło ci do zrobienia kariery?

Ciężko powiedzieć. Na pewno mając obecne lata i doświadczenie podejmowałbym inne decyzje, ale czasu się nie cofnie.

W jakimś stopniu przeszkodziły też kontuzje.

Problemy miałem przede wszystkim z kręgosłupem. Jak grałem w Radomiaku, przy wyskoku do główki dostałem łokciem w odcinek lędźwiowy od Jamesa Oamena. Później przez trzy tygodnie nie mogłem w ogóle chodzić, a lekarze nie umieli stwierdzić, co mi jest. Ta kontuzja co jakiś czas się odnawiała. Do dziś czasami jeszcze boli.

Miałeś 19 lat, kiedy po pół roku spędzonym w trzeciej lidze, w Mazowszu Grójec, dostrzegł cię Adam Nawałka.

Byłem na testach w Jagiellonii Białystok. W Mazowszu grał Marcin Danielewicz, który jest wychowankiem Jagiellonii i chyba to właśnie on szepnął w Białymstoku, że warto się mną zainteresować. Obserwowali mnie w meczach, a po rundzie jesiennej zaprosili na sparing. Okazało się, że Jagiellonia była mną zainteresowana i chciała, żebym został, ale dowiedziałem się o tym… pół roku później. Nasz trener, Witold Mroziewski, nie chciał mnie puścić z Grójca w zimę, bo twierdził, że walczymy o awans do drugiej ligi. I tylko dlatego z mojego transferu nic nie wyszło. Żałowałem, ale widocznie tak musiało być.

Razem z tobą Jagiellonia testowała między innymi Igora Lewczuka i Jakuba Wilka.

Wilka pamiętam, bo prezentował się wtedy najlepiej. Poważnie się nim interesowali. Był jeszcze Tomasz Midzierski. A Lewczuka, z tamtego okresu, totalnie nie kojarzę.

Miałeś jeszcze szansę zagrać gdzieś wyżej?

Zanim poszedłem do Radomiaka, byłem dogadany z KSZO Ostrowiec. Siedzieliśmy przed treningiem w szatni, było włączone radio. Nagle w wiadomościach sportowych powiedzieli, że menedżer klubu, pan Łaski – który ściągał mnie do Ostrowca i dogadywał się ze mną odnośnie kontraktu – został zatrzymany w związku z aferą korupcyjną. Kontraktu oczywiście nie podpisałem. A dużo wcześniej, gdy miałem 14 lat, dostałem propozycję przejścia do Bayeru Leverkusen. Dzwonili do mojego taty i powiedzieli, że są zainteresowani, że przyjadą obserwować mnie w meczu na Agrykoli. I przyjechali, ale na szczęście tata powiedział mi o tym dopiero po meczu (śmiech).

Dlaczego nie wyszło?

Klub robił wrażenie; to było w czasach, kiedy Ulf Kirsten strzelał gole dla Bayeru w Lidze Mistrzów. Ale byłem bardzo młody i nie byłem przekonany do takiej zmiany.

Koniec końców jako 20-latek trafiłeś do Radomiaka. Stara trzecia liga, ciekawe towarzystwo w drużynie.

Byli Nykiel, Terlecki, Jacek Kacprzak. Z Terleckiego się śmialiśmy, bo zawsze przed treningiem chodził biegać, a i tak nie było żadnych efektów. W szatni siedziałem obok Kacprzaka. Gościa, który grał w Lidze Mistrzów. I to w moim ulubionym klubie. Pamiętam, że psikusy zawsze robił mu Artur Błażejewski. W szatni stał duży drewniany stół, na którym Jacek zawsze zostawiał buty. Kiedyś, przed treningiem, chciał je założyć, ale… były przybite do stołu. Doskonale wiedział, że zrobił to Błażej i zaczekał w szatni. Na trening wyszedł jako ostatni. Okazało się, że wysmarował mu majtki maścią ABC. Po treningu „Błażej” ubrał się i wyszedł, ale za chwilę wrócił, z powrotem rozebrał i szybko ruszył pod prysznic, gdzie spędził resztę dnia. Więcej już nie robił Jackowi takich żartów.

Doświadczenie górą.

Był jeszcze zawodnik, który po treningu nie szedł do szatni, tylko do baru, który mieliśmy w budynku klubowym. Wypijał szybko dwa piwa i dopiero szedł pod prysznic, gdzie przy okazji palił sobie papierosa. Przebierał się i wracał do baru, często zostawał tam na resztę dnia. W meczach prezentował się dobrze, więc nikt mu niczego nie mówił. Z kolei gdy grałem w Mazowszu Grójec, jeździłem na treningi z gościem, który w czasie kierowania autem pił dwa albo trzy piwa, przy czym każde musiało być inne. Potem wychodził na trening i był najlepszy. W drodze powrotnej – to samo. I tak codziennie. Wyróżniał się, ale gdyby nie alkohol, na pewno zaszedłby dalej.

Dużo zabrakło wam do osiągnięcia postawionego celu, czyli awansu do (dawnej) drugiej ligi?

Najwięcej pod względem organizacyjnym. To były ciężkie chwile. Często nie płacili, był też okres, kiedy przez trzy czy cztery miesiące w klubie nie było ciepłej wody. Kąpaliśmy się w zimnej, nie było wyjścia. Można się było rozchorować, tym bardziej, że to było od października do stycznia. W wypłatach były duże zaległości, do trzech miesięcy. Niektórzy chodzili po jakieś zaliczki, żeby mieć na jedzenie. Klub nie płacił też za mieszkania zawodników.

Za twoje też?

Pani, od której Radomiak wynajmował dla mnie mieszkanie, przyjeżdżała do mnie i mówiła, żebym wpłynął jakoś na to, żeby jej zapłacili. Nic nie mogłem zrobić, bo sam nie dostawałem. Płacili mi tylko jakieś pieniądze na życie codzienne. Bywało, że musiałem zrzec się premii, żeby dostać jakąś część pensji. Cele i ciśnienie były jak w Realu Madryt, a organizacja – jak w Stali Mielec. Nawet gorzej.

Zraziłeś się tym?

Trochę tak. Dużo ludzi rzucało kłody pod nogi.

W Radomiaku grę przez jakiś czas uniemożliwiła ci bardzo pechowa kontuzja – upadek ze schodów.

Znajomy miał nowy dom. Nie było jeszcze barierek przy schodach, a oświetlenie miał tylko na górze. Wychodząc żegnałem się, otwierając jednocześnie drzwi. Źle stanąłem, nie miałem się czego złapać i spadłem na sam dół. Dwa tygodnie w szpitalu, a łącznie ze dwa miesiące przerwy od piłki. To było pod koniec rundy jesiennej; do treningów wróciłem dopiero od połowy lutego. Na pewno nie przygotowałem się do wiosny tak, jak powinienem.

W końcu trafiłeś na wyższy poziom. W 2008 roku przeszedłeś do Dolcanu Ząbki, który dopiero co awansował do (nowej) pierwszej ligi.

Zadzwonił do mnie trener Sasal, zaprosił na testy, później miałem rozmowę z dyrektorem Szczęsnym. Pamiętam, że przyjechał też zawodnik z Zagłębia Sosnowiec, Sławomir Pach. Rozmowa na temat jego kontraktu była prowadzona w drodze z boiska do szatni po jakimś sparingu. Dookoła chodzili ludzie, a oni rozmawiali o pieniądzach. Ostatecznie się nie dogadali. Organizacyjnie wyglądało to wtedy słabo. Nie mieliśmy nawet stadionu, bo wszystkie mecze graliśmy w Nowym Dworze Mazowieckim. Piknikowa atmosfera, ludzie nie przychodzili. Chyba byłoby lepiej, gdybyśmy wszystko grali na wyjazdach. Były też sytuacje, że do klubu przychodził nowy sprzęt, a tam spodenki, gdzie jedna nogawka była dłuższa od drugiej. I tak trenowaliśmy. Ale, co najważniejsze, była stabilność finansowa i konkretny plan, żeby utrzymać się w lidze.

Nie miałeś szansy wygrania rywalizacji o skład z Maciejem Tatajem?

Przychodziłem do Dolcanu jako napastnik, a grałem na boku pomocy lub obrony. Nie miałem większych szans. Zawodnicy, którzy przychodzili wtedy na wypożyczenia z Legii, mieli zapis, że muszą mieć jakiś procent rozegranych meczów. Niezależnie od tego czy grali dobrze, czy źle. Na początku nikt nie zwracał na to uwagi, ale później, gdy nie było za dużo punktów, nie wpływało to dobrze na atmosferę. Z legionistów najlepiej wyglądał Jędrzejczyk, Frączczak też był dobry. Trochim – najsłabiej.

Teraz trafiłeś do Pogoni Grodzisk Mazowiecki, a tam – znowu Tataj. Chyba nie wylądujesz na boku pomocy?

Raczej nie, ale o tym decyduje trener. Myślę jednak, że będziemy współpracować z Maćkiem na boisku i da to efekt w postaci utrzymania Pogoni w trzeciej lidze.

Nie dało się wycisnąć więcej, niż tylko 3 występy w pierwszej lidze?

W pierwszym meczu, z Górnikiem Łęczna, zagrałem od pierwszej minuty na boku pomocy. Wszyscy byli zawodoleni – trener, dyrektor Szczęsny. Sasal mówił, żebym szykował się do gry w następnym meczu. Szykowałem się i trzy kolejne mecze siedziałem na ławce. Słowa nie pokrywały się z rzeczywistością. Później sam zdecydowałem, że wolę pograć sobie w rezerwach, w okręgówce, niż siedzieć na ławce. Trenerem drugiej drużyny był Grzegorz Szeliga. Generalnie – było luźno. Graliśmy, gdzie chcieliśmy, sami ustawialiśmy sobie pozycje. Ja często grałem sobie gdzieś z tyłu, jako defensywny pomocnik, żeby nie narażać się na kontuzje. Ale i tak odnowił mi się uraz kręgosłupa i żeby dojść do siebie musiałem się leczyć przez trzy miesiące.

Nie myślałeś, że w przerwie zimowej powalczysz jeszcze o miejsce w składzie?

Po różnych rozmowach stwierdziłem, że to nie ma sensu. Co innego było mówione, co innego się działo.

Miałeś 22 lata. Nie było już okazji, żeby spróbować czegoś wyżej niż trzecia liga?

Podchodziłem do piłki już bardziej rekreacyjnie. W Bugu Wyszków miałem problemy z kolanem. Stwierdziłem, że skoro ciągle coś się dzieje ze zdrowiem, to odpuszczę, bo będzie z tego jakiś większy problem. Nie grałem przez dziewięć miesięcy. Zadzwonił do mnie prezes PKS-u Radość, z którym znałem się ze szkoły i zapytał, czy bym im nie pomógł. Stwierdziłem, że zobaczę czy dam radę fizycznie. Od tamtej pory piłka jest dla mnie tylko dodatkiem do pracy.

Jak było z leczeniem? Kluby w niższych ligach nie pomagają chyba zbyt chętnie…

Rzadko. Większość rzeczy trzeba załatwić sobie samemu. Musiałem dokładać, często się nie kalkulowało. To też zniechęca. Jeżeli się gra – wszystko jest dobrze. Ale jeżeli zawodnik złapie kontuzję, to jest już niepotrzebny.

Rozmawiał MATEUSZ SOKOŁOWSKI

fot. pksradosc.futbolowo.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s