Leszek Bartnicki: – Pierwsza liga jest swojska, familijna. To naprawdę styl życia

lb_head

W najbliższy weekend wiosenne granie rozpoczynają pierwszoligowcy. Kilka dni przed startem rozgrywek spotkaliśmy się z Leszkiem Bartnickim – człowiekiem, który o rozgrywkach zaplecza Ekstraklasy wie praktycznie wszystko. Dlaczego chiński inwestor chciał przejąć upadający Dolcan Ząbki? Którego z byłych pierwszoligowców zarekomendował Adamowi Nawałce? Kto przeprowadził zimą najlepsze transfery? I wreszcie – dlaczego ekipa komentatorska miała problem z wjechaniem do Stróż, a na stanowisku komentatorskim w Brzesku Bartnicki wraz z Andrzejem Iwanem dostali zakaz… ruszania się? Przeczytajcie wywiad z dziennikarzem i komentatorem Polsatu Sport oraz założycielem nowego portalu 1liganews.pl.

Łukasz Gikiewicz napisał ostatnio na Twitterze, że pierwszą ligę masz w małym palcu. Ciężko się nie zgodzić.

Musiałbym się udać do mojej teściowej. Pracowała wiele lat w rentgenie, może by mnie prześwietliła i byśmy to zweryfikowali. Interesuję się tą ligą od dobrych kilku lat, znam wielu ludzi z nią związanych – piłkarzy, trenerów, działaczy, sędziów, jeżdżę sporo po Polsce. Nie wiem, czy w małym paluszku – może to lekka przesada – ale jeśli powiem nieskromnie, że nie ma zbyt wielu osób, które wiedzą o pierwszej lidze tyle samo, co ja, nie będzie to zbyt duża przesada.

Czy to zainteresowanie nie zrodziło się, niejako, z przymusu? Mówię o momencie, kiedy Orange sport stracił prawa do pokazywania meczów Ekstraklasy i pozyskał właśnie pierwszą ligę.

Nie będę oszukiwał, że pierwszą ligą pasjonowałem się od zawsze, już jako młody chłopak chodziłem na mecze Motoru Lublin i Górnika Łęczna na tym szczeblu. W momencie, kiedy Orange sport stracił Ekstraklasę, siłą rzeczy trzeba było się nią zainteresować. Zaczęliśmy ją robić, można było podchodzić do tego różnie, ale mi się spodobało. Osobiście wolę skomentować mecz pierwszej ligi ze stadionu, niż jakiś międzynarodowy z „dziupli”. Pierwsza liga jest mniej „korporacyjna” niż Ekstraklasa – każdy chętnie z tobą porozmawia, jest po prostu bardziej familijnie. Pewnie, że piłkarsko jest słabsza, gra na gorszych stadionach, ale jest też wiele fajnych meczów. Znam sporo osób, które zaraziły się pierwszą ligą. Mój kolega ze szkoły podstawowej, Marek – którego serdecznie pozdrawiam – mówi, że lubi oglądać mecze z Olsztyna, bo przypominają mu się czasy dzieciństwa, kiedy tak wyglądały wszystkie stadiony.

Z punktu widzenia dziennikarza i komentatora ciężko było przestawić się o ligę niżej?

Po części tak. Ekstraklasa cieszy się dużo większą popularnością. Łatwiej też przygotować się do meczów Ekstraklasy, bo wszystkie w kolejce możesz obejrzeć w telewizji. Z punktu widzenia komentatora przygotowanie się do meczu pierwszej ligi jest zupełnie inne. Nie ma co liczyć, że znajdzie się coś w prasie. Otwórzmy ogólnopolski dziennik – ile jest o pierwszej lidze?

Akapit o każdym meczu w piątek, przed nową kolejką.

Może akapit, może przewidywane składy. Staram się czytać, przynajmniej w formie internetowej, katowicki Sport, który poświęca więcej miejsca pierwszej lidze. Niektóre kluby mają fajne strony internetowe, ale są też takie – szczególnie kilka lat temu – na których zdjęcie całego składu nie było nawet aktualne. Przygotowanie do meczu to bardziej własna praca – drążenie, dzwonienie, rozmowy z trenerami czy piłkarzami na miejscu. To jest skarbnica wiedzy.

Pamiętasz swój pierwszy mecz skomentowany w pierwszej lidze?

Próbowałem sobie ostatnio przypomnieć, ale ciężko mi będzie to powiedzieć. Pamiętam, że w pierwszym sezonie, w którym pokazywaliśmy pierwszą ligę w Orange sport, było sporo niezłych klubów. Najczęściej jeździliśmy na Arkę, Zawiszę – wtedy jeszcze cieszącego się dopingiem kibiców, dużo na Pogoń Szczecin, na Piasta Gliwice, który wtedy wybudował ładny stadion.

Teraz pierwszoligowa wiosna zacznie się smutno. Pod koniec ubiegłego tygodnia wycofanie z rozgrywek, po nagłym i szybkim upadku, ogłosił Dolcan Ząbki.

Dla wielu osób nastąpiło to kilka dni temu, bo zobaczyli informację o wycofaniu. Natomiast walka trwała od dawna. Geneza upadku jest związana z tym, co wydarzyło się z SK Bankiem w Wołominie, z którym firma Dolcan – czy inne spółki związane z panem Sławomirem Dolińskim – były powiązane finansowo. Nie chcę wchodzić w to, kto jest winny, bo winnych będzie pewnie wielu. Ja akurat z wykształcenia jestem magistrem ekonomii, więc łatwiej mi zrozumieć pewne wydarzenia związane z przepisami bankowymi. Kilkanaście dni temu w Pulsie Biznesu pojawił się artykuł, poparty wielotygodniowym śledztwem, który pokazał, że sam Dolcan przyczynił się też do upadku tego banku. Ale to ciekawe dla ludzi, którzy interesują się bankowością, a nie piłką nożną.

Dolcan był klubem uzależnionym od pana Dolińskiego. Z tego, co wiem, przekazywał na klub około 300 tysięcy złotych miesięcznie. Klub, odcięty od tych pieniędzy, nie był w stanie sobie poradzić. Miasto chciało pomóc, ale samo też straciło na upadku SK Banku, więc nie mogło wiele zrobić. Tym bardziej, że Ząbki nie są wielkim miastem, które może pozwolić sobie na utrzymanie klubu pierwszoligowego. Szukano inwestora. Wielokrotnie wracano do rozmów z panem, który łoży pieniądze na Bzurę Chodaków i pomaga finansowo Widzewowi. Był pomysł przekazania pieniędzy, ale nie było jasne, czy ten człowiek ma być sponsorem, udziałowcem, czy po prostu ma pożyczyć fundusze. Pewnym problemem było również to, że Dolcan to kilkanaście spółek, które są między sobą powiązane. Piłkarze byli zatrudniani w innych spółkach należących do pana Dolińskiego. Przeprowadzenie dokładnego audytu w takich okolicznościach nie jest prostą sprawą. A jeśli ktoś miałby wejść z poważnymi pieniędzmi, chciałby wiedzieć, jak wygląda sytuacja. Mówiło się o chińskich inwestorach i tego najbardziej się obawiałem. Byłem blisko tego, co swego czasu działo się z Flotą Świnoujście, gdzie również miał wejść chiński kapitał. Widziałem dokumenty i wiem, że to średnio uczciwe.

Po co jakikolwiek Chińczyk miałby wchodzić w Dolcan czy Flotę?

Zazwyczaj po to, żeby dać swoich piłkarzy, trenerów i móc ustawiać wyniki meczów. To nie jest nowa sytuacja. Chińczycy, którzy chcieli wejść w Flotę byli powiązani z Atletico Club Portugal z Lizbony, w którym oficjalnie doszło do przekrętów. Swego czasu dzwonił do mnie niemiecki dziennikarz Michael Manske z Bilda, który prowadził śledztwo w tej sprawie.

Były próby ratowania klubów, ale to nie taka prosta sprawa. Miasto, podobno, było w stanie dołożyć 500 tysięcy.

Tyle, co Doliński przez półtora miesiąca…

Właśnie. A zaległości w stosunku do piłkarzy narastały. Oni też nie chcieli się tego zrzec, nie chcieli zgodzić się na jakieś drastyczne obniżki kontraktów. Trudno im się dziwić, bo znali swoją wartość – i większość z nich już znalazła kluby. Dolcan nie jest klubem, tak jak Stomil Olsztyn, który mogli uratować kibice. To największy kamyczek do ogródka. Dolcan grał fajną piłkę, a mimo to na mecze przychodziło niewiele osób. Ktoś powie: wyjątek, mecz z inauguracją sztucznego oświetlenia, była zajęta cała trybuna. Była, ale 60 czy 70 procent to byli ludzie na zaproszenia. Oczywiście, że to smutne, bo Dolcan przez 8 lat był w pierwszej lidze, wypromował wielu piłkarzy, korzystał na bliskości Warszawy i na tym, że mógł współpracować z Legią. Wypromował kilku trenerów, bo Sasal czy Podoliński trafili do Ekstraklasy właśnie z Ząbek. I mnóstwo piłkarzy, którzy czy się odbudowywali, czy mieli szansę oswoić z piłką seniorską. W pierwszej lidze, bez przerwy, dłużej gra tylko GKS Katowice. Szkoda infrastruktury, szkoda tego wszystkiego, ale kto miałby tam przyjść i łożyć wielkie pieniądze? Zwłaszcza na klub, który ma w nazwie dotychczasowego sponsora.

Myślisz, że firma Dolcan będzie wspierała klub w niższych ligach?

Trudno mi powiedzieć. Pan Doliński otworzył ostatnio na stadionie bardzo przyjemną restaurację dla swojej córki, więc może sentyment dalej będzie. Ale pamiętajmy, że ma inne poważne problemy, jak dokończenie inwestycji związanych z mieszkaniami. Chciałbym, żeby wrócili przynajmniej na drugoligowy poziom. Nie pochodzę z Warszawy, ale dla mnie to dziwne, że w aglomeracji nie ma miejsca na coś więcej, niż Legia. Porównajmy Ząbki do Watfordu, satelickiego miasta Londynu. Tam może być pełen stadion, a do Ząbek kibice nie mogą przychodzić. Ktoś zapyta: czemu miasto nie mogło bardziej pomóc Dolcanowi? Ale dla kogo, dla 300 osób chodzących na stadion? To smutne, ale prawdziwe.

Dolcan był chyba dobrym przykładem tej pierwszoligowej swojskości, o której wspomniałeś na początku rozmowy.

Pamiętam swoją pierwszą wizytę na ich stadionie jako komentator. To było tuż przed odejściem trenera Sasala do Korony. Dolcan w Pucharze Polski grał właśnie z ekstraklasową Koroną, prowadzoną przez Marka Motykę. Komentowałem mecz na dachu budynku klubowego razem z Dariuszem Kubickim. Wchodząc na ten dach po drabinie upomniano nas, żebyśmy nie podskakiwali z emocji, bo możemy wpaść do środka. Mecz był świetny – dogrywka, mnóstwo bramek, nieuznany gol przewrotką Tataja z 20 metrów. Trener Sasal tak bardzo spodobał się Koronie, że za chwilę odszedł tam, zabierając ze sobą Grzegorza Lecha i właśnie Tataja. Komentowałem też z Wojtkiem Kowalczykiem mecz inaugurujący sztuczne oświetlenie, 2 października. Wyglądało to już zupełnie inaczej. Dolcan się zmieniał i można się było zastanawiać, czy nie powinien być satelickim klubem dla Legii. Dolcan odegrał dużą rolę dla piłkarzy, trenerów. Natomiast – czy klub pierwszoligowy, grający bardzo fajną piłkę, na którego mecze przychodzi po 300 osób – czy to ma sens? Nie chcę segregować, że pierwsza liga jest dla dużych. Absolutnie nie. Mamy przykład 40-tysięcznych Chojnic, gdzie na mecze może chodzić naprawdę dużo ludzi.

lb_arak

Upadków w ostatnich latach było sporo. Flota Świnoujście, Okocimski Brzesko, Kolejarz Stróże… Na krawędzi cały czas balansuje też Stomil Olsztyn.

Kolejarz Stróże był swoistą efemerydą, wymysłem kilku ludzi i niezwykle szanowanego człowieka, senatora Koguta, o którym miejscowi mówią, że jest w Małopolsce drugi po Bogu. Kolejarz był klubem trochę sztucznym, Stróże nie są przecież nawet miastem. Ktoś się może obrazić, ale to zdecydowanie najgorszy stadion, na którym miałem okazję komentować pierwszą ligę. Brzesko, dopóki miało wsparcie sponsorów – najpierw browaru, ostatnio firmy Can-Pack – jakoś egzystowało. Pamiętam tamtejsze stanowisko komentatorskie, które przypominało ambonę myśliwską. W dodatku na tej ambonie oprócz nas, z Andrzejem Iwanem, którzy komentowaliśmy mecz, musiał być operator głównej kamery. Nie pozwalał nam się w ogóle ruszać, bo trząsł się obraz. Przykłady Dolcanu, Stróż czy Brzeska pokazują, że gdy klub jest uzależniony tylko i wyłącznie od jednego sponsora, a nie ma oparcia w rzeszach kibiców, tak się to może skończyć. Stomil to zupełnie inna historia. Klub z dużego miasta, mający wsparcie wielu kibiców. Nie można tego w żaden sposób porównywać z poprzednimi przykładami, to zupełnie co innego. Pytałem, dla kogo poza piłkarzami był Dolcan. W przypadku Stomilu śmiało można wskazać, dla kogo. Kibice już drugą zimę pokazują, jak walczą o swój klub. Większość piłkarzy jest też związana z Olsztynem, więc nie uciekną przy pierwszej okazji. Ale każdy upadek boli. Czy Widzewa w zeszłym sezonie, czy Floty, która dwa razy otarła się o awans. Cały czas kibicuję jej obecnemu prezesowi, Leszkowi Zakrzewskiemu. Są w A-klasie, gra tam między innymi Grzegorz Skwara. Z działaczami Floty do dziś składamy sobie życzenia i dzwonimy do siebie na święta.

Po drodze, z ciekawszych przypadków, była jeszcze Warta Poznań.

Trzeba pamiętać, że w tym przypadku mówimy o byłym mistrzu Polski. Pamiętam ten wielki bum, „Zielona rewolucja” pani Łukomskiej-Pyżalskiej. Na początku fajnie to wyglądało. Miałem okazję komentować mecze Warty na stadionie przy Bułgarskiej. Przychodziło dużo ludzi, dostawali szaliki. Później komentowałem na stadioniku Warty, na prowizorycznej, skręcanej trybunie. Był czas, że płacili ogromne – jak na poziom pierwszej ligi – pieniądze, ściągali znanych zawodników, ale zrobienie czegoś z niczego nie jest łatwe. To kolejny klub uzależniony od jednego sponsora.

Poznałeś panią prezes?

Była nawet w Orange sport dwa albo trzy razy, ale nie miałem okazji bliżej porozmawiać.

A jej męża, pana Jakuba?

Widziałem, ale nie poznałem.

Trenerzy Warty nie czuli się chyba zbyt pewnie w czasie meczów.

Nikt do nich nie strzelał (śmiech). Ja powiem coś innego. Strasznie szanuję każdą osobę, która łoży pieniądze swoje, czy swojej firmy, na piłkę nożną. W Polsce na wszystko się narzeka. Jak klub jest utrzymywany przez miasto, narzekamy – dlaczego wydaje się miejskie pieniądze? Jak ktoś daje swoje prywatne środki – dlaczego pan Konieczny zrobił pierwszą ligę na bazie swojej firmy w maleńkim Czermnie? Dlaczego państwu Witkowskim na wsi zamarzyła się Ekstraklasa? Dlaczego pan Doliński łożył w Ząbkach? Tak źle, tak niedobrze. Każdemu, kto chce inwestować w piłkę swoje prywatne pieniądze, mogę tylko przyklasnąć.

Wspomniałeś Niecieczę. Zanim awansowała, co rok mówiło się, że te awanse… odpuszcza.

Kompletnie w to nie wierzę. Zgodzę się z wieloma osobami, to samo mówi też Radek Osuch – pierwsza liga to najdroższa liga. Zobaczmy, gdzie upadają kluby: w pierwszej lidze albo drugiej. Jeździsz po całej Polsce, koszty ogromne, zawodnikom trzeba już dobrze płacić, a z praw medialnych nie masz wpływów takich, jakie są w Ekstraklasie. Dlaczego nie awansować, jeśli koszty są podobne? Wiadomo, musisz trochę podnieść pensje, ale niewspółmiernie do tego, jaka kasa czeka do wzięcia. Możesz promować swoich zawodników, swoją markę. Śmiać mi się chce, gdy słyszę, że ktoś odpuszcza awans. Czy mogli sobie zaplanować, że stracą bramkę w 93. minucie meczu z Olimpią Grudziądz? Ale nie dam głowy, że nie znalazł się zawodnik, który mógł odpuścić.

Na zasadzie: jak awansujemy, to mnie wyrzucą, bo na Ekstraklasę jestem za słaby?

Oczywiście. Takie przykłady mogą się zdarzać, ale nikogo za rękę nie złapałem. W coś takiego jestem w stanie uwierzyć. Ale nie w to, że działacze celowo odpuszczą awans. Firma Bruk-Bet, dzięki awansowi do Ekstraklasy, zyskała ogromną promocję. Pisała o nich La Gazzetta dello Sport, zagraniczne telewizje przyjeżdżały robić reportaże o najmniejszej miejscowości w Europie, która ma drużynę na szczeblu Ekstraklasy. Dlaczego mieliby z tego zrezygnować?

Jakimi ludźmi są państwo Witkowscy?

Poznałem panią Danutę, pana Krzysztofa i ich dzieci. O synu mówią, że to przyszły prezes albo przynajmniej dyrektor sportowy tego klubu. Ma kilkanaście lat, bardzo interesuje się piłką, zna wszystkie składy, transfery. Podziwiam ludzi, którzy doszli do wszystkiego swoimi rękami. Oni zbudowali w małej Niecieczy gigantyczną firmę zaczynając niemalże od jednej betoniarki na podwórku. Utrzymują tam teatr, szkołę, która byłaby zlikwidowana, bo to za mała miejscowość. Fundują miejscowym dzieciom naukę kilku języków obcych, wakacje. Często u nas mamy coś takiego, że gdy w okolicy jest ktoś bogaty, ludzie nie mówią o nim dobrze. W Niecieczy jest inaczej, bo ludzie wiedzą, że Witkowscy dzielą się swoimi pieniędzmi. Że w niedzielę siedzą obok nich w ławce w kościele. To nie są ludzie, którzy…

Żyją w willi za płotem i odcinają się od wszystkich?

Dokładnie. Pani Danuta przyjeżdża na treningi rowerem, bo ma zbyt blisko, by jechać samochodem. To jest fajne. Po meczach wiele razy mieliśmy okazję jechać razem na obiad. Pani Danuta jeszcze dwie godziny później mocno przeżywała wydarzenia z boiska.

Pytanie, czy im również się kiedyś nie odechce.

Postawili stadion za swoje pieniądze i nie chce mi się wierzyć, żeby nagle mieli się odkochać. Złapali bakcyla. Ale wszystko związane jest z biznesem, gdzie jesteś uzależniony od wielu czynników.

W zimę, nawet przy największych mrozach, pojawiałeś się na sparingach pierwszoligowców. Zapytam wprost – chciało ci się?

Nikt mnie z domu nie wyganiał. Nie było tak, że pokłóciłem się z żoną i chciałem iść się przewietrzyć. Ja po prostu to lubię. Nikt mnie nie zmusza. Chcę zobaczyć, wiedzieć coś więcej, porozmawiać. Dla mnie to normalne – móc się potem do czegoś odwoływać, zobaczyć, jak ewoluowały jakieś pomysły taktyczne na przestrzeni okresu przygotowawczego, zobaczyć testowanych zawodników. Skąd mam czerpać wiedzę o pierwszej lidze, jeśli nie stąd, że sobie gdzieś pojadę?

Twitter pomaga w uzupełnianiu tej wiedzy?

Moja żona dawno powiedziała, że jestem uzależniony. Pewnie ma rację. Długo broniłem się przed Twitterem, ale w końcu się wciągnąłem. Tak, pomaga. Możesz być na bieżąco nie tylko ze sprawami piłkarskimi. Pierwsze informacje ze szczytów Unii Europejskiej czy innych wydarzeń politycznych dobiegają przecież właśnie z Twittera. Jestem uzależniony, ale znam bardziej niebezpieczne nałogi.

Trendy wyznacza Marcin Krzywicki.

To osoba, z którą mam bardzo dobry kontakt. Czasami się z niego śmieję. Z jednej strony – super. Stworzył swoją osobę i gdy odejdzie od piłki, być może będzie mu dzięki temu łatwiej. Mam natomiast wrażenie, że czasami – może nieświadomie, może świadomie – trochę obniża swoją wartość piłkarską, bo niektórzy postrzegają go jako wariata z Twittera, a to przecież całkiem solidny piłkarz. Czasami mówię mu: Krzywy, przemyśl takiego tweeta. Prezesi i trenerzy są różni. Ktoś może podchodzić do tego z uśmiechem, ale wiem, że byli na jego drodze tacy, którym to przeszkadzało. Nie patrzmy na niego tylko przez pryzmat Twittera, bo jak na poziom pierwszoligowy, to bardzo solidny napastnik. Wiem, jak ciężko pracował, bo chciał, żeby to była jego runda.

Zapytam teraz o przepływ zawodników z pierwszej ligi do Ekstraklasy. Przykładów, zarówno pozytywnych i negatywnych, jest wiele. Gwiazdą pierwszej ligi był na przykład Mateusz Szwoch, który w Legii nie pokazał kompletnie nic.

W ostatnim czasie ten przepływ rzeczywiście jest dość duży. To również zasługa tego, że pierwsza liga jest pokazywana w telewizji, Polsat Sport zapewnia transmisje w HD, magazyn w szeroko dostępnym Polsacie Sport News. Umówmy się – niestety nie każdemu chce się jechać i oglądać zawodnika.

Mówisz o skautach?

O skautach, o przedstawicielach klubów Ekstraklasy. To, że pierwsza liga jest widoczna w telewizji, działa tylko na plus. Jak się wybić? To zależy od szczęścia. Dałeś przykład Szwocha. W dużej mierze na to, że nie zaistniał w Legii, wpłynęło zdrowie. Druga sprawa – ważne jest to, gdzie przechodzisz. Nie tacy piłkarze jak Szwoch nie poradzili sobie w Legii. Może czasami lepiej zrobić mniejsze kroki i pójść najpierw do słabszego klubu, gdzie konkurencja będzie mniejsza. Zależy też, na jakiej grasz pozycji, do jakiego trafisz trenera. Jest mnóstwo piłkarzy – jak Czerwiński, Góralski, Janus czy Szczepaniak – którzy przeszli do Ekstraklasy i są w swoich drużynach wiodącymi postaciami.

Pamiętam sytuację z wiosny ubiegłego roku. Byłem akurat w PZPN-ie na kawie u mojego byłego szefa Janusza Basałaja. Do pokoju przyszedł trener Nawałka i rozmowa zeszła na temat pierwszej ligi. Zapytał mnie, czy jest tam jakiś zawodnik, który moim zdaniem w ciągu kilkunastu miesięcy może znaleźć się w kręgu jego zainteresowań. Mówię: jest, Jacek Góralski. Trener od razu zaczął dopytywać – który rocznik, jak gra. Wszyscy obecni wtedy w salce potraktowali to pewnie z przymrużeniem oka, ale minęło kilka miesięcy i ludzie naprawdę zaczęli się zastanawiać, czy Góralski nie powinien być sprawdzony w reprezentacji. I tutaj możemy się zastanawiać – czy gdyby trafił do Legii, poradziłby sobie? Tam nikt nie da ci dwóch czy trzech meczów szansy, musisz wejść na pewien poziom od razu.

Mamy przykład Górnika Łęczna, który ostatnio dość chętnie sprowadza zawodników z pierwszej ligi. Tej zimy przyszło dwóch. Myślę o Damianie Jakubiku i Łukaszu Bogusławskim, którzy w dodatku nie grają teraz na swoich pozycjach. Jakubik jest prawym obrońcą, a gra na lewej stronie, Bogusławski to środkowy obrońca, a gra jako defensywny pomocnik. Obaj wywalczyli miejsce w składzie, grali przeciwko Piastowi, Wiśle i Koronie i nieźle sobie poradzili. Te ruchy jak najbardziej są możliwe.

Nawałka pytał o pierwszoligowców, a swego czasu sam takiego powołał. Mówię o Rafale Leszczyńskim. Jaki sens miała ta nominacja?

Może pokazanie, że warto się starać? Leszczyński był na pewno wyróżniającą się postacią. Pewnie było to powołanie na wyrost. Bardzo żałuję, że tej zimy nie zmienił klubu na taki, w którym by grał. Ma spore możliwości, szkoda, żeby siedział na ławce.

Były głosy, że to powołanie go przerosło, że nie poradził sobie z szumem, który się wokół niego wytworzył.

Jak chcesz być piłkarzem, a szczególnie bramkarzem, musisz mieć jaja. Mamy współczuć gościowi, który został powołany do reprezentacji? Myślę, że wielu by chciało, żeby im współczuć właśnie z takiego powodu.

lb_iwan

Który z zawodników sprowadzonych tej zimy z pierwszej ligi może wnieść na boiska Ekstraklasy najwięcej?

Nie chciałbym rokować. Nie odchodzili raczej piłkarze z topowych klubów. Ci najlepsi, na których były zakusy – jak Arkadiusz Reca czy Michał Nalepa – zostali w pierwszej lidze. Każdemu życzę, żeby pokazał się z dobrej strony. Będę z uwagą obserwował postępy Bogusławskiego. Kontrakt z Niecieczą podpisał też inny ciekawy stoper, Przemysław Szarek, ale na wiosnę zostanie jeszcze w Sandecji. Dawid Szymonowicz jest bardzo ciekawym defensywnym pomocnikiem, ale trafił do Jagiellonii w okresie, kiedy klubowi idzie średnio. Miejsce w składzie Wisły szybko wywalczył Rafał Pietrzak. Życzę bardzo dobrze Dawidowi Kortowi. To bardzo kreatywny zawodnik, król asyst w rundzie jesiennej. Wraca do Pogoni Szczecin, której jest wychowankiem, do trenera, który nie boi się stawiać na młodych. Jeżeli poprawi swoją grę w obronie, może za chwilę być w Pogoni naprawdę ważnym ogniwem.

A najlepszy transfer do klubu pierwszoligowego?

Wielu pewnie powie pewnie: Sangoy. Były król strzelców ligi cypryjskiej, grający w Hiszpanii. Ja przy takich transferach zastanawiam się zawsze: gdzie tkwi feler, że taki zawodnik trafia do pierwszej ligi? Przede wszystkim – to raczej nie jest napastnik, jak wszyscy go przedstawiają, tylko bardziej skrzydłowy. Ma swoje niezaprzeczalne atuty w postaci prawej nogi i dobrych stałych fragmentów gry. Pytanie – czy jemu będzie się tutaj wystarczająco chciało? Jak jest przygotowany fizycznie? CV na pewno ma kapitalne, ale wszystko okaże się, gdy zobaczymy go na żywo.

Kluby z czołówki przeprowadziły dużo ciekawych transferów. Damian Byrtek, który trafił do Wisły Płock, był jesienią najlepszym stoperem w pierwszej lidze. Emil Drozdowicz, który pomógł Termalice w awansie, to też dobry ruch klubu z Płocka. Można się zżymać, że Formella nie był gwiazdą Lecha, ale to przecież zawodnik, który zdobył mistrzostwo, a trenerzy na niego stawiali. Dużo obiecuję sobie po Robercie Bartczaku, który trafił do Zagłębia Sosnowiec. Według mnie jest bardzo dużym talentem i może grać na wielu pozycjach. I tradycyjnie – dużo zagranicznych transferów w Zawiszy.

Na przykład Jean-Yves M’voto.

Stoper, który grał na poziomie niższych lig angielskich i szczyci się tym, że walczył przeciwko Suarezowi w Pucharze Anglii. Prezes Osuch nie może nachwalić się środkowym pomocnikiem z Izraela (Gal Arel – przyp. aut.), który grał ostatnio w Segunda Division. Twierdzi, że to świetny zawodnik, spokojnie na poziom Ekstraklasy. Miedź sprowadziła reprezentantów Finlandii i państw Bałtyckich. Jestem bardzo ciekawy transferu Tomka Zahorskiego do GKS-u Katowice. Z uwagą będę przyglądał się też młodym zawodnikom, takim jak Rafał Maćkowski. To najlepszy zawodnik trzeciej ligi podlasko-warmińsko-mazurskiej, który jako boczny pomocnik strzelił 14 goli i miał 6 asyst. Teraz trafił do Pogoni Siedlce.

Skąd u Osucha zamiłowanie do zawodników z zagranicy? Z różnym skutkiem, ale praktycznie w każdym okienku wynajduje kogoś nowego.

Jako człowiek działający na rynku menedżerskim – czy on, czy teraz jego syn – ma wiele kontaktów. Na pewno to pomaga. Może jestem w błędzie, ale wiemy, jaka jest sytuacja w Zawiszy. Oczywiście klub jest wypłacalny, ale nie każdemu musi się uśmiechać fakt, że kibice nie przychodzą na mecze, że są wrogo nastawieni. Może z tego powodu trudniej jest przyciągnąć polskiego zawodnika.

Mimo to jesienią najlepiej odpalił Szymon Lewicki, 27-latek wyciągnięty z II ligi.

Rozmawialiśmy o Dolcanie, a Lewicki był swego czasu u Roberta Podolińskiego i zagrał tylko jakieś ogony. Fakt, że była konkurencja w postaci Piesia i Zjawińskiego, ale w końcu, już nie w młodym wieku, odpalił.

Z ciekawością będziemy patrzeć też na Nowy Sącz.

Dawid Janczyk. Wszyscy w Sandecji go chwalą.

W Legii, dwa lata temu, też chwalili.

Tak, ale pamiętajmy, że teraz jest u siebie.

Może to i gorzej? Na miejscu są przecież koledzy…

Myślę, że nie. Bardzo się zawziął. Oczywiście, taki zawodnik to zawsze beczka prochu. Ktoś może rzucić niedopałek i wybuchnie. Mam nadzieję, że zrozumiał, że to dla niego ostatnia szansa. Bardzo mu kibicuję. Słyszałem opinie trenera przygotowania fizycznego w Sandecji. Opowiadał, że Janczyk przychodzi do niego, prosi o dodatkowe treningi, ciężko pracuje. To samo mówi Arek Aleksander. Fajnie prezentuje się w sparingach, strzela gole. Miejmy nadzieję, że rzeczywiście wypali.

To już chyba definitywnie ostatnia szansa.

Pewnie miał już kilka ostatnich szans. Ręka podana przez Legię, przez Piasta Gliwice. Wciąż nie jest to stary zawodnik, ale pewnie jeśli nie uda się tutaj, będzie już ciężko.

Mamy też Michała Gliwę, który wraca do piłki po półrocznej przerwie.

I wcale nie jest powiedziane, że będzie grał. Rozmawiałem z Aleksandrem, który mówi szczerze, że szanse bramkarzy ocenia 50 na 50. Nikt nie da Gliwie za darmo miejsca w bramce, chociaż uważam, że jest lepszym bramkarzem niż się o nim mówiło i pisało.

Nowa runda to dla Ciebie okazja do kolejnych podróży. Pamiętasz jakieś zabawne sytuacje, które przydarzyły się przy okazji pierwszoligowych wyjazdów?

W Grudziądzu podczas meczu Olimpia – Górnik Łęczna przeszła taka burza, że wszystko na stanowisku komentatorskim zamokło. Mateusz Święcicki z Czesławem Michniewiczem nie byli w stanie dalej komentować i komentarz przejął reporter, Kuba Staszkiewicz. Pamiętam mecze, kiedy trzeba było siedzieć w ogromnym mrozie. W Łęcznej, w trakcie pierwszej połowy, przynieśli nam kiedyś pizzę. Było tak zimno, że w przerwie nie byliśmy już w stanie jej zjeść, bo po prostu zamarzła. W Świnoujściu na budowanej trybunie była przepaść i jeden niefortunny ruch mógł spowodować, że spadniemy kilka metrów w dół. Innym razem ledwo zdążyliśmy tam na mecz, bo była dwugodzinna kolejka do promu. Dzwoniliśmy do kierownika Floty i prosiliśmy, żeby załatwił wpuszczenie nas poza kolejnością. Z kolei w Szczecinie, przed meczem Pogoni, mnie i Andrzeja Iwana zatrzymała policja. W mieście były wtedy roboty drogowe i mieliśmy problem z trafieniem, bo GPS ciągle kierował nas na zamknięte ulice. Niechcący zawróciliśmy na zakazie i zatrzymała nas policja. Ale nie drogówka, tylko prewencja, która jechała na zabezpieczenie meczu. W dodatku Andrzej zgubił gdzieś dowód rejestracyjny. Ubrani w marynarki i koszule staliśmy gdzieś pod płotem, otoczeni przez facetów z tarczami. Kibice idący na stadion patrzyli na nas jak na złoczyńców.

Pierwsza liga to naprawdę styl życia?

Zgadzam się. Wiele osób pyta mnie: dlaczego pierwsza liga? Jest przecież tyle wspanialszych rozgrywek. Pamiętam sytuację sprzed kilkunastu miesięcy, kiedy w ciągu kilku dni przyszło mi skomentować dwa mecze. Najpierw, na Stadionie Olimpijskim w Berlinie, finał Pucharu Niemiec Bayern – Borussia. Pożegnanie Roberta Lewandowskiego, ogromne wydarzenie piłkarskie. Parę dni później komentowałem w Stróżach mecz Kolejarza z GKS-em Bełchatów. Nie mogliśmy w ogóle wjechać do Stróż, bo akurat był jakiś ślub, jechały wozy konne i zrobił się wielki korek. To jest piłka i to jest piłka. Cieszę się, że mogę pracować przy pierwszej lidze i przybliżać ją innym.

Rozmawiał MATEUSZ SOKOŁOWSKI

fot. Twitter Leszka Bartnickiego

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s