Marek Chojnacki: – Na Tomaszewskim wziąłem rewanż

chojnacki

O Marku Chojnackim głośniej było ostatnio w kontekście… Łukasza Surmy, a konkretnie bicia rekordu występów w ekstraklasie przez zawodnika Ruchu Chorzów. Od wielu lat rekordzistą był właśnie Chojnacki, który jednoznacznie kojarzy się z Łódzkim KS, gdzie spędził kilkanaście lat piłkarskiej i kilka lat trenerskiej kariery. Grał z takimi gwiazdami, jak Jan Tomaszewski czy Marek Dziuba, mierzył siły między innymi z Diego Maradoną. Dziś jest trenerem drużyny kobiet UKS SMS Łódź, z którą walczy o awans do Ekstraligi i prawdziwą kopalnią historii, którymi zechciał się z nami podzielić.

– „Przeszedłem w futbolu męskim wszystkie szczeble. Czas na kobiecy”.

– Ładne słowa.

– Pańskie. Naprawdę czuje się pan trenerem, który w męskim futbolu jest spełniony?

– Człowiek nigdy nie jest spełniony. Patrzę na to z perspektywy piłkarza. Każdy zawodnik marzy, żeby zagrać w ekstraklasie, a potem reprezentacji narodowej. Tak samo jest z pracą trenera – wszyscy chcieliby pracować na najwyższym szczeblu i też miałem takie marzenia, dorzucając do tego reprezentację. W ekstraklasie już pracowałem, czas na kadrę, ale kto powiedział, że musi to być ta męska?

– Nie odczuwa pan niedosytu? Jako zawodnik miał pan ogromne doświadczenie, ale w trenerce nie dotarł pan na szczyt, poza pracą w trzech klubach ekstraklasy.

– Oczywiście, że odczuwam, zarówno jako piłkarz, jak i trener. Nie zawsze jednak na wszystko ma się wpływ. U nas często przypisuje się łatki – do mnie przylgnęła ta Łódzkiego KS.

– Nic dziwnego – w końcu w tym klubie w 1978 roku wszedł pan do bardzo silnej szatni i został w niej na lata.

– Kurczę, mając 12 czy 13 lat każdy chciał być takim piłkarzem, jak Mirek Bulzacki czy Janek Tomaszewski! Patrząc wstecz, mieliśmy mnóstwo fantastycznych zawodników, ale lata 70. były czymś niesamowitym. Ulice wymierały, gdy był mecz. Nie spodziewałem się, że po kilku latach będę miał okazję zagrać w juniorskiej reprezentacji Polski, co otworzyło mi drzwi do szatni pierwszego zespołu ŁKS. Dzięki temu udało mi się uniknąć służby wojskowej, czyli dwóch lat wyjętych z życiorysu.

– Jak został pan w niej przyjęty?

– Z jasną hierarchią. Na barkach młodego spoczywały wszystkie obowiązki. Szokiem był pierwszy obóz, na który pojechałem z ŁKS. Najmłodsi byli dyżurnymi, starszyzna patrzyła i nawet trochę gnębiła. Trafiłem do pokoju z Markiem Dziubą, Heńkiem Miłoszewiczem i Jankiem Tomaszewskim. Tego ostatniego pamiętałem z czasów szkolnych, gdy odwiedził moją podstawówkę. Do dziś mam zdjęcie z autografem, które wtedy dostałem. A tu nagle trafiłem z nim do jednego pokoju… Nie było lekko. Młody musiał sprzątać, słać łóżka, ostatni schodzić na posiłki. Zapamiętałem też wodę gazowaną, bo na zgrupowaniu mieliśmy tylko taką. Trzeba było wszystkie butelki odgazować, a kto to miał zrobić, jeśli nie ja? Nie zawsze udawało się wszystko zjeść, bo żartów nie brakowało. Koledzy albo „doprawiali” zupę maggie, albo nawrzucali tonę pieprzu. Jak dostałem jabłko, to z wykałaczkami lub zapałkami w środku. Jak zabrakło chrzanu, to Janek Tomaszewski napchał bułki do miseczki i mnie tym poczęstował. Cała drużyna darła ze mnie łacha. Dziś może się to wydawać śmieszne, ale było bardzo ciężko. Chodziłem w mokrych ciuchach, bo w zimie do suszenia mieliśmy tylko jeden kaloryferek, a wiadomo, kto miał pierwszeństwo. Jeżeli po morderczych treningach Leszka Jezierskiego człowiek miał jeszcze sprzątać, nosić sprzęt, a do tego nie dojadał, to nie może dziwić, że po kilku dniach chciałem stamtąd uciekać. Udało się wytrwać, a Jankowi odgryzłem się za złośliwości kilka lat później.

– Co pan ma na myśli?

– To było w 1985 roku, gdy „Tomek” wrócił już z zagranicznych wojaży do ŁKS i został asystentem trenera. Pojechaliśmy na letni obóz do Zakopanego. Janek był tytanem pracy, więc nic dziwnego, że nas przyciskał. Pamiętam, że po kilku dniach miałem lecieć na jakieś zgrupowanie kadry, więc Janek postanowił dać mi wycisk, abym w kilka dni wyrobił cały obóz, był moim aniołem stróżem. Któregoś dnia wybraliśmy się w góry na marszobieg, ale w połowie trasy zastała nas totalna burza. „Tomek” podjął decyzję, że wracamy do ośrodka, każdy na własną rękę, byle jak najszybciej. Przybiegliśmy, a „Tomka” nie ma. Siedzieliśmy przy dziesięcioosobowym stole. Na nim stały dwa dzbanki z herbatą. Rozlaliśmy ją, a do reszty dosypałem soli, tyle, ile było na stole. W końcu wpadł Janek, od razu na rozgrzewkę polałem mu herbaty. Ogrzał sobie ręce kubkiem, aż w końcu się jej napił. Zbladł w momencie, my udawaliśmy głupiego. Pierwsze podejrzenie padło na mojego kolegę, a ja, chcąc być uprzejmy, zaproponowałem porcję z drugiego dzbanka. Janek się podpalił: – Dawaj, dawaj! Momentalnie wypluł, potem z nikim nie chciał gadać. Przyznałem się do winy dopiero po kilkunastu latach, wybaczył.

– Jakim trenerem był Leszek Jezierski? Potrafił przecież rozbić gips na nodze zawodnika, aby ten stawił się na treningu.

– Sam się o czymś podobnym przekonałem. Gdy wprowadzono stan wojenny, pojechaliśmy na mecz do Gdyni. Złapałem kontuzję stawu skokowego, noga w gips. Odpoczynek nie był mi jednak pisany – trener oznajmił, że muszę stawić się na zajęciach. Postawiono przede mną deskę, opierałem się na kontuzjowanej prawej nodze, a lewą musiałem odbijać piłkę o dechy. Tyle tylko, że jak się źle zagrało, trzeba było kuśtykać po uciekającą piłkę. Trochę się wtedy nauczyłem grać lewą nogą, później funkcjonowała niemal tak samo, jak prawa, nie czułem różnicy. Wielkiej dyskusji z trenerem nie było – gdy ktoś zgłaszał problem i chciał iść do doktora, słyszał najczęściej: – Doktorem to jestem ja. Był więc lekarzem pierwszego kontaktu, zazwyczaj diagnoza była krótka – noga nieurwana, możesz trenować, a co najmniej roztruchtać. Bardzo miło wspominam okres tamtej współpracy. Trener zawsze powtarzał, że wszystko jest dla ludzi – trzeba tylko wiedzieć kiedy, gdzie, ile, z kim i jak się nie dać złapać.

­– Pan kiedyś zaliczył wpadkę?

– Nie, nigdy, a święty nie byłem. Wziąłem sobie do serca słowa trenera, życiowe cwaniactwo często przydaje się na boisku, bo człowiek potrafi myśleć, kombinować, szukać nietypowych rozwiązań. Wielu nie dawało rady – nie wiedzieli kiedy, ile i dawali się złapać. Potem mieli trochę nieprzyjemności. Zespół mieliśmy rozrywkowy, to na pewno. Ostro było na wspominanym już obozie w Spale. Chłopaki poszli trochę zabalować i podpadli trenerowi Jezierskiemu. W tej grupie był między innymi Janek Tomaszewski, który wraz z innymi został wyrzucony ze zgrupowania. Wtedy już miałem lżej i porzuciłem myśli o powrocie do domu. Choć były też plusy, bo Marek Dziuba miał ze sobą mały telewizor. Przynajmniej miałem taką małą radochę, że można było się w pokoju pogapić w coś innego niż ściany.

– Wracając do reprezentacji juniorskiej – to też była świetna, oczywiście pod względem piłkarskim, drużyna.

– Tak, jak najbardziej. Bardzo silny był okręg warszawski, śląski, podkarpacki, łódzki… Gdy wszyscy stworzyli jedną drużynę, którą poprowadził Edmund Zientara, paka była konkretna! Jacek Kazimierski, Andrzej Buncol, Krzysztof Baran, że tylko tych wspomnę. Na pierwszych konsultacjach dostaliśmy dres reprezentacji Polski. Ile my się nachodziliśmy za kierownikiem drużyny, żebyśmy mogli go zatrzymać… Mało się nie popłakaliśmy, bo liczyliśmy się z tym, że może to być jedyna okazja. Nie zgodził się. Do domu mogliśmy zabrać go dopiero, gdy pojechaliśmy na turniej na Węgrzech. Tam też zapadła decyzja, że zostaję w kadrze i będę przygotowywał się do mistrzostw Europy U-18. Wtedy też ze mnie zrobiono z napastnika lewego obrońcę. Zagrałem z Anglikami, kompletnie nieprzygotowany, ale udało się zaliczyć dobry występ. Na samych mistrzostwach osiągnęliśmy spory sukces, zajmując trzecie miejsce. Potem pojechaliśmy do Japonii, na mistrzostwa świata. Tam z kolei zajęliśmy czwartą pozycję, co nas bardzo bolało, bo tylko do trzeciego włącznie przysługiwały nagrody! Szkoda… Ale przynajmniej na własne oczy przekonałem się, co znaczy Diego Maradona. Woził nas strasznie, Piotrkowi Skrobowskiemu chyba kręci się od tego w głowie do dziś.

– Przez wiele lat grał pan w ŁKS, widział setki piłkarzy. Kto miał największy talent, a nie zrobił spodziewanej kariery?

– Trzy nazwiska bardzo zapadły mi w pamięć. Dwóch niestety już z nami nie ma, a mam na myśli Witka Wenclewskiego i Adama Grada. Piłkarskim ojcem tego pierwszego był Zygmunt Gutowski, wspaniały człowiek i trener. Zawsze mówił o Witku, że miał wszystko, by zrobić karierę, ale niestety gdzieś zbłądził. Adam był z kolei bardzo blisko reprezentacji, obdarzony niesamowitym talentem, ale też troszkę się zagubił. Kolejnym był Krzysztof Baran, który przyszedł do nas z Gwardii Warszawa. W ostatniej chwili wypadł z kadry na mistrzostwa świata w 1982 roku, mój przyjaciel, trzymaliśmy się bardzo blisko.

– Czemu nie udało się panu zrobić kariery za granicą? Roczny epizod w Grecji to trochę mało.

– To były trudne czasy. Żeby wyjechać za granicę, będąc podstawowym zawodnikiem swojego klubu, trzeba było mieć 30 lat. Nie było tak łatwych transferów. Paszporty zdeponowane były w Centralnym Ośrodku Sportu. W przypadku wyjazdów odbieraliśmy je tam, a po powrocie zdawaliśmy. W 1989 roku była już lekka odwilż, ale nadal było trudno. Zagrałem przeciwko Ethnikosowi Ateny w meczu towarzyskim, wypadłem dobrze i mnie zechcieli. ŁKS był przeciw, ale w końcu udało się dogadać. Następną przeszkodą był COS. W końcu udało się porozumieć i wyjechałem w grudniu 1989 roku. W tym czasie padł komunizm, wszystko przewróciło się do góry nogami. Przyszło pismo z COS, że Ethnikos nie zapłacił drugiej raty i mam wracać do Polski. Wróciłem i tak już zostałem na kolejne lata… Nie żałowałem, bo to był naprawdę dobry okres tego klubu.

– Mistrzostwa Polski pan nie zdobył, choć w 1993 roku było blisko. Co tak naprawdę wydarzyło się w meczu z Olimpią Poznań? O Legii powiedziano już chyba wszystko, mniej mówi się natomiast o roli ŁKS w tamtym pamiętnym sezonie.

– Wtedy jeszcze o kolejności w tabeli decydował bilans bramkowy. W ostatniej kolejce Legia grała z Wisłą, my z Olimpią. Klubem z Poznania rządził wtedy Bolesław Krzyżostaniak, który był ojcem chrzestnym dzieci Janusza Wójcika. Kilku zawodników było tam wypożyczonych z ŁKS. Legia miała więc podejrzenia, że może pójść jakiś układ. Odstawiono więc od składu naszych zawodników, w ich miejsce wstawiając juniorów, w tym Mirka Szymkowiaka, który na dodatek w tym meczu zapakował swojaka. Nic więc dziwnego, że daliśmy sobie radę. Do 60. minuty prowadziliśmy chyba 2:1, ale później juniorzy siedli kondycyjnie, do tego mecz kończyli w dziewiątkę, bo nie wytrzymali. Wszystko rozstrzygnęło się na boisku.

– Brakuje panu występów w pierwszej reprezentacji Polski?

– Zagrałem tylko cztery mecze, podczas tournée w Japonii. W tym czasie mieliśmy niesamowicie silną reprezentację, może zabrakło umiejętności? W szerokiej kadrze znajdowałem się często, ale nie było mi dane w niej na stałe zagościć. Byłem nawet na zgrupowaniu przed mistrzostwami świata w 1982 roku, ale trudno, trzeba się z tym pogodzić. Dla mnie nie ma znaczenia, czy zagrałbym jeden, pięć czy piętnaście meczów. Chodzi o to, żeby zagrać w spotkaniach o coś, na wielkiej imprezie. Mecze towarzyskie mają drugorzędne znaczenie. Byli lepsi, nie rozwodzę się nad tym. Może gdyby wypalił transfer do Lecha Poznań, miałbym łatwiej.

– Trafiłby pan na trenera Wojciecha Łazarka, z którym i tak miał okazję pracować.

– Ciekawa, barwna postać. Do dziś pamiętam kilka jego powiedzonek. Gdy przyszedł do ŁKS, wtedy klubu w totalnej rozsypce, wszystko poustawiał. Popatrzył na fatalne boiska treningowe i stwierdził, że nieważne jak, ale ma to być załatwione. Następnego dnia przyjechały ciężarówki z ziemią i zamiast trenować, wybieraliśmy kamienie i grabiliśmy. Wyszło na dobre, bo te boiska służyły przez kilkanaście lat. Doprowadził też do porządku szatnie. Każdy miał swoją półkę, a na niej obowiązkowo mydło i wodę kolońską. Pamiętam, jak powiedział: – U nas może być i bida, ale jak wysmarujemy sobie usta smalcem, to będą myśleć, że jest tłusto.

– Później sam wskoczył pan w buty trenera i musiał przebyć drogę od najniższych szczebli aż do ekstraklasy.

– Tak. Gdy skończyłem przygodę piłkarską w ŁKS, miałem już ukończony podstawowy kurs trenerski. W 1996 roku wyjechałem do Karkonoszy Jelenia Góra. Trenerem był wtedy Jurek Fiutowski, zaproponował mi grę połączoną z posadą asystenta. Początkowo myślałem, że zwariował. W końcu jednak się zdecydowałem i pojechałem. Całkiem nieźle to wyglądało, ze sporą przewagę awansowaliśmy do II ligi. Tam wiodło się średnio i Jurek zrezygnował. Przejąłem po nim schedę, rezygnując z grania. Pracowałem w Odrze Opole, Czarnych Żagań, Stomilu Olsztyn, Stali Głowno, aż w końcu trafiłem do ŁKS. Miałem trochę pecha, bo często trafiałem do klubów niezbyt dobrze zorganizowanych.

– Na dobrą sprawę pokazał się pan piłkarskiej Polsce jako trener w 2006 roku, wprowadzając ŁKS do ekstraklasy.

– Udało się go wywalczyć w ostatniej chwili, bo wcześniej zaliczyliśmy sporo remisów. Wcześniej byłem menedżerem, na ławce zasiadłem na kilka ostatnich kolejek. Awans nie zależał tylko od naszych wyników, ale wszystkie ułożyły się dla nas tak jak trzeba i mogliśmy się z niego cieszyć.

– Wtedy doszło do dużego transferu numer jeden – na Alei Unii zameldował się Tomasz Hajto.

– Tak, prezesem był wtedy Daniel Goszczyński. Oprócz Hajty dołączyli Ensar Arifović czy Robert Kolendowicz. Jechaliśmy na obóz do Bielska-Białej, gdy prezes powiedział: – Masz trzy strzały, kto jutro przyjedzie na zgrupowanie. Oczywiście nie miałem wielkich szans, więc nie trafiłem.

– Tomek Hajto.

– Co?! Porąbało cię? Gdzie Hajtowy do nas?

– Sam zobaczysz.

I rzeczywiście, na drugi dzień Tomek przyjechał. Bardzo nam wtedy pomógł.

– Sezon później, pod koniec września, opuścił pan ŁKS.

– Dałem sobie spokój, bo w sezonie 2006/2007, po rundzie jesiennej, gdy byliśmy rewelacją rozgrywek, zaczęła się wielka wyprzedaż zawodników. Stworzył się międzynarodowy zespół, mieliśmy nawet Szweda. No i słynnego dziś Paulinho.

– Jak pan go wspomina?

– Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że zrobi aż taką karierę. To był wtedy młodziutki chłopak, cały czas narzekał. A to trudne warunki, a to coś go boli, a to coś się stało – wieczny płaczek. Ktoś go delikatnie kopnął, już był problem. Trzymali się we trzech, z Andresonem i Vianą. Potem wrócił do Brazylii i świetnie się rozwinął, myślę, że trochę doświadczenia z Polski wywiózł.

– Bardzo interesujący zespół miał pan także w Arce Gdynia. Bartosz Karwan, Radosław Wróblewski, Dariusz Żuraw…

– Tam był inny problem, niż sportowy. Zawodnicy mieli wręcz za dobrze. Stworzono im takie warunki, że głowa bolała. Kontrakty wtedy podpisane jeszcze przez długi czas odbijały się Arce czkawką. Ale cóż, widziały gały, co brały. Polska liga nie od dziś jest przepłacana, to przerost formy nad treścią, kluby często pakują się w spiralę problemów. Wracając do Arki i jej graczy, inna sprawa, że to byli głównie piłkarze „po przejściach”. I chociaż kadra była szeroka, do dyspozycji rzadko była większość zawodników, ciągle ktoś coś leczył. Bardziej korzystała z nich służba zdrowia, niż trenerzy. Problem też był taki, że każdy mógł się leczyć tam, gdzie było mu najwygodniej, więc większość leczyła się w Poznaniu, bo tam była dobra, prywatna klinika.

– Ostatnim jak dotąd klubem w męskim futbolu, który pan prowadził, był ponownie ŁKS, tyle, że III-ligowy. Ten klub się jeszcze odbuduje?

– Chciałbym, ale będzie bardzo ciężko. Jak to w życiu, łatwo coś rozwalić, trudniej odbudować.

– Czuł się pan w pewnym momencie jako etatowy ratownik ŁKS?

– Nie postrzegam tego w ten sposób. Jeśli ŁKS widział we mnie trenera, który może pomóc, serce podpowiadało, że trzeba się podjąć zadania. Czas pokazał, że z różnym skutkiem. Ostatnio też wyniki nie były dla zarządu i kibiców zadowalające. W grudniu zatem otrzymałem informację, że ŁKS dziękuje mi za współpracę.

– Skąd wziął się pan w piłce kobiecej?

– Zgodnie z zasadą „idziesz tam, gdzie cię chcą”. Dostałem zaproszenie i postanowiłem z niego skorzystać. Chciałbym troszkę przyczynić się do rozwoju piłki kobiecej w naszym kraju. Zaczyna się w niej dziać sporo dobrego. Katarzyna Kiedrzynek dostała nagrodę dla Piłkarki Roku w plebiscycie „Piłki Nożnej”, dziewczyny odnoszą sukcesy, zawodniczki grają w poważnych klubach. Jest dobrze.

– A nie bał się pan tego przeskoku? Praca z kobietami jest przecież zupełnie inna niż z mężczyznami.

– Wiele rzeczy jest podobnych, ale jest też sporo różnic, to fakt. Trzeba jednak pamiętać, że UKS SMS Łódź to bardzo dobrze poukładany klub. W ŁKS ja i Darek Bratkowski byliśmy odpowiedzialni niemal za wszystko. W UKS SMS mam dwóch asystentów, pełną opiekę medyczną, trenera przygotowania motorycznego… Mogę skupić się na pracy taktycznej. W piłce kobiecej pracuję dopiero miesiąc, ale na dzień dzisiejszy dostrzegam podstawową różnicę – kobiety są mniej cierpliwe, trudniej im się skoncentrować, dyscyplina też jest nieco mniejsza. Ale wiadomo, jak to dziewczyny, są bardziej rozgadane, lubią podyskutować, więcej w nich spontaniczności. Nie można odmówić im jednak ciężkiej pracy i ambicji, za co im z tego miejsca dziękuję.

– Chciałby pan, aby bardziej o Marku Chojnackim było głośno jeszcze jako o trenerze drużyn męskich czy żeńskich?

– Jedno i drugie. Czuję się na tyle młody, że wszystko przede mną.

Rozmawiał Emil Kopański

Śledź na Twitterze

Fot. Polska Telewizja Sportowa

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s