Damian Jaroń: – Byłem ulubieńcem Wojciechowskiego. Mówił, że bardzo na mnie liczy

jaron

Kiedy był nastolatkiem, kreowano go na największy talent, jaki kiedykolwiek przytrafił się Polonii Warszawa. Mimo ogromnej konkurencji o miejsce w składzie szybko zadebiutował w Ekstraklasie, ale licznik zatrzymał się tylko na 9 spotkaniach. Później była już tylko pierwsza liga, druga, a obecnie – trzecia, w barwach Pogoni Grodzisk Mazowiecki. Damian Jaroń w długiej rozmowie z gramybezbramkarza.pl wspomina wiele historii – nie tylko pozytywnych, ale również zabawnych czy absurdalnych. Zapraszamy do lektury!

Na zdjęciu: Steven Gerrard z Damianem Jaroniem

Zapowiadało się lepiej…

Myślałem, że będzie inaczej. Coś poszło nie tak. Jak się teraz czyta, jak prowadzą się Lewandowski czy Cristiano, mogę powiedzieć, że nie dałem z siebie stu procent. Pretensje mam tylko do siebie, ale duże znaczenie ma też szczęście.

Padłeś ofiarą wypożyczeń?

Pierwsze, do GKP Gorzów Wielkopolski, było nieudane. Zostałem trochę wypchnięty. To był okres, że kiedy ktoś dostawał powołanie do reprezentacji Polski, od razu dostawał też powołanie do Polonii. Bez szans na grę. Gorzów nie był moim wyborem, tylko wyborem Polonii. Skończyło się tak, że kontrakt rozwiązywałem na drodze sądowej.

Jak wyglądało to wypychanie?

Najpierw byłem już dogadany na wypożyczenie do Dolcanu Ząbki. Nagle zadzwonił do mnie Tadeusz Fajfer, dyrektor sportowy Polonii. Powiedział, że mam jechać do Gorzowa. Prezes GKP był jego kolegą. I pojechałem, mimo, że na miejscu nic o mnie nie wiedzieli. Trener Pawlak chciał zrobić ze mnie napastnika. Wcześniej rozmawiałem z Jose Bakero, który wyraźnie powiedział mi, że w nowym sezonie nie będę miał szans na grę w Polonii.

Na początku Bakero był w tobie zakochany.

Dopóki nie skończyła się runda i nie zrobili nowych transferów. Gancarczyk, Brzyski, po kontuzji wrócił Daniel Mąka.

Jak wspominasz Hiszpana?

Miał do wszystkiego całkiem inne podejście, nie był przesiąknięty polską piłką. Pamiętam zgrupowanie przed jego pierwszym meczem, z Legią. Mieliśmy kolację i klubowy masażysta, Wojciech Spałek, nalewał sobie zupę i przelał tak, że wylała się z talerza. Bakero chodził załamany i mówił, że teraz już wie, jak w Polsce jedzą. A później, z tego co słyszałem – bo mnie w drużynie już nie było – chemia między zawodnikami i trenerem wygasła.

A może w ogóle jej nie było, tylko po prostu wszyscy nakręcili się faktem, że do Polski przychodzi była gwiazda Barcelony?

Nie powiedziałbym, że nie było chemii, bo trener złapał super kontakt, na przykład, z Adrianem Mierzejewskim. Dał mu swobodę grania, mógł biegać, gdzie chciał, zwolnił go z zadań defensywnych. Porównywał go do Messiego – że w Barcelonie ma luz, biega sobie z przodu i dlatego tyle strzela. A w Argentynie musi wracać i zaczynać akcje od połowy boiska, więc ma trudniej. Bakero stwierdził, że Mierzejewski w Polonii ma mieć właśnie taki luz jak Messi w Barcelonie. Wypaliło strasznie!

Nie czułeś się wtedy cudownym dzieckiem Polonii? Twój talent lansowany był na wszystkie sposoby.

W Pogoni Grodzisk Mazowiecki gram teraz z Maćkiem Tatajem. Śmiejemy się, bo pamięta, jak za trenera Wdowczyka zagrałem po raz pierwszy w sparingu pierwszego zespołu Polonii. Wszędzie w gazetach pisali: Jaroń, co to nie za zawodnik. A tu do szatni przyszedł taki śmieszny ogórek.

Nie przeszkadzało ci to?

Do pierwszej drużyny byłem wypychany bardziej, niż rzeczywiście mnie w niej chcieli. Gdy było połączenie z Groclinem, we trzech – z Patrykiem Koziarą i Patrykiem Kamińskim – dostaliśmy ofertę z Legii i wszyscy trzej mieliśmy tam odejść. Ja po rozmowach z Michałem Libichem, który miał być trenerem Młodej Ekstraklasy, uparłem się, że chcę zostać. Ale też – bardziej ja chciałem, bo z klubu nie było sygnału, że ktoś na siłę chce mnie zatrzymać. Tylko Adam Drygalski dzwonił do mnie bardzo często i chyba też dzięki niemu zostałem w Polonii. Patryk Koziara był akurat na zgrupowaniu reprezentacji i przez ten tydzień, gdy w klubie było największe zamieszanie, nie było go. Wrócił i nie wiedział, czy zostać, czy odchodzić do Legii. Wszyscy mu powiedzieliśmy: Kozi, tutaj jest taki syf, że lepiej iść do Legii. I poszedł. Ale ja z perspektywy czasu nie żałuję, bo praktycznie po dwóch miesiącach byłem w pierwszej drużynie.

Koziara i Kamiński takiej szansy w Legii nie dostali.

Kozi trenował przez rok w pierwszą drużyną. W Legii było ciężej się przebić, więcej zawodników z nazwiskami. Myślę, że gdyby został w Polonii, spokojnie zagrałby coś w Ekstraklasie.

Koniec końców wszyscy trzej wylądowaliście w tej samej lidze. I, niestety, nie jest to Ekstraklasa.

I tak często się mijaliśmy, a teraz nasze drogi się połączyły (Koziara gra w Świcie Nowy Dwór Mazowiecki, Kamiński w Ursusie – oba kluby, podobnie jak Pogoń Grodzisk Mazowiecki, grają w III lidze łódzko-mazowieckiej – przyp. aut.).

Jesteś chyba dobrym przykładem tego, że media czasami przesadzają w lansowaniu młodych talentów.

Trafiłem na okres, gdzie w Polonii ciągle ściągano zawodników. Ale wiadomo, że jakbym strzelał w każdym meczu po dwa gole, to nikt nie patrzyłby na innych, tylko opierał grę na mnie. Do siebie też mogę mieć pretensje.

Pamiętasz swój debiut w Ekstraklasie?

Mecz z Piastem Gliwice. Wszedłem w 90. minucie za Radka Majewskiego, od razu po tym, jak strzelił gola na 2:0. Pamiętam, że po meczu, gdy wychodziłem już z szatni, zza autokaru wychylił się Jacek Kosmalski. – Chodź tutaj na chwilę – powiedział. Myślałem, że jako jeden z najbardziej doświadczonych chce mi coś powiedzieć na osobności, a on: – Patrz, czy nikt nie idzie. I odpalił sobie papierosa.

Najbardziej doświadczony w zespole był wtedy chyba Piotrek Świerczewski.

Miałem z nim dobry kontakt. Był charakterny, na pewno nikt mu nie podskoczył. Miał specyficzne poczucie humoru. Podchodził do mnie, żartował i nagle łup, sprzedawał mi takiego „mięśniaka”, że praktycznie odpadała mi ręka.

A pierwsze wejście do szatni?

Moim pierwszym miejscem w szatni Polonii były zakupione przeze mnie w Ikei wieszaki, które przyczepiłem na drzwiach do kotłowni. Pod to podstawiłem taborecik.

***

Chodziłeś do szkoły z Robertem Lewandowskim.

Pewnie nikt tego nie wie, ale jeździłem z nim nawet na treningi. Kiedy miałem 17 lat, Leszek Ojrzyński strasznie chciał mnie wypożyczyć do Znicza Pruszów. Od razu po szkole Robert zgarniał mnie do samochodu i jechaliśmy do Pruszkowa na trening. Zostałbym w Zniczu, ale trener Libich, któremu strasznie ufałem, powiedział, że walczymy o mistrzostwo Polski juniorów i będzie można się wypromować. Nie żałuję, że zostałem. Nie wiadomo, jakby się wszystko potoczyło, gdybym poszedł do Znicza.

Może grałbyś w Bayernie Monachium.

(śmiech)

Ile talentów pochłonęła Polonia?

Sporo. Zajęliśmy drugie miejsce na mistrzostwach Polski, a w sumie nikt się nie przebił. Tylko nas trzech (z Koziarą i Kamińskim – przyp. aut.), jeszcze Bartek Makowski przez pewien czas grał na wyższym poziomie. Trudno zapomnieć treningi na starej Saharze, po których schodziło się z boiska z piachem w zębach. Latem nie dało się grać, bo było tak nakurzone, że widziałeś najdalej na pięć metrów. A jak popadało, biegało się w błocie. Była jeszcze ściana, na której była obrysowana bramka. Przed treningiem zawsze się w nią waliło.

Młodzi stawali się ofiarami dużej liczby piłkarzy ze znanymi nazwiskami ściąganymi na potęgę do pierwszego zespołu?

Na pewno. Szczególnie, że akurat wtedy – w momencie połączenia z Groclinem – z Grodziska przyszło też paru młodych, którzy prezentowali bardzo dobry poziom.

Niektórych pochłonęła Warszawa.

Był Amadeusz Kłodawski, który miał ogromne predyspozycje, żeby zaistnieć wysoko. Zresztą zaistniał, bo zdobył bramkę w Pucharze UEFA jeszcze w barwach Groclinu. Słyszałem, że właśnie to go zgubiło. Nie wiem, co się teraz z nim dzieje. Pamiętam historię, kiedy po sprzeczce z dziewczyną wyszedł z domu. Akurat jechaliśmy gdzieś na mecz, więc wrócił dopiero dwa dni później. Dziewczyna pyta go:

– Gdzie byłeś?
– W KFC!
– Dwa dni?!
– Kolejka była!

Zdarzało się, że ktoś wracał rano na trening prosto z imprezy?

Pewnie kiedyś tam się zdarzało. Pamiętam, jak Sasa Yunisoglu prosto z imprezy przyszedł na zbiórkę na wyjazdowy mecz Młodej Ekstraklasy. Graliśmy w Bełchatowie, mecz o 11, a zbiórka chyba o 6 rano. Jak przyszedłem, spał na ławeczce przy szatni, a później odsypiał noc w autokarze. Ale pamiętam, że zagrał wtedy rewelacyjnie. Tylko chyba po przerwie poprosił o zmianę (śmiech).

***

Kto był najdziwniejszym trenerem, jakiego spotkałeś i dlaczego Libor Pala?

Było już o nim tyle wywiadów, nawet artykuł na Weszło, w którym chłopak z Płocka opisywał różne rzeczy. Niektórzy mówią: nie, to nie jest możliwe. A tak było! Pamiętam, jak Pala przyszedł do Płocka. Przez cały tydzień trenował nas Marek Końko. Pala powiedział w środę, że chce, żeby Końko dokończył tydzień i poprowadził nas w meczu z Dolcanem. Po czym, w piątek wieczorem, powiedział, że jednak on będzie na meczu. Słyszałeś historię z obiadami dla Jacka Skrzyńskiego?

Opowiadaj.

Jacek złapał kontuzję i nie do końca mogli go zdiagnozować. Długo się to ciągnęło. Pala nie wytrzymał, odsunął go od drużyny i powiedział, że ma się z nami nie przebierać w szatni, bo nikt go nie lubi. W Płocku na dole były dwie szatnie i od tej pory przebierał się sam w szatni dla gości. Później robił różne ćwiczenia na korytarzu, ale po tygodniu Pala powiedział, że on mu na tym korytarzu przeszkadza. Często między treningami mieliśmy w klubie obiad. Skrzynia chodził jeść z nami, ale to też nie potrwało długo. Po tygodniu trener powiedział mu, że chłopaki się skarżą, że za dużo je i nie będzie już z nami jadł.

A coś z meczów?

Historia ze sznurówkami to był hit. Radek Kursa miał niezawiązane sznurówki na ławce, a u Libora w 5. minucie można było się spodziewać zmiany. W 10. minucie odwraca się do ławki i mówi: – Grzać się wszyscy! Radek zaczął sznurować buty, a ten w 10. minucie go zbluzgał i wywalił do szatni. Mecz był u siebie, więc słyszał to cały zarząd na trybunach. Ale jeżeli chodzi o sam warsztat trenerski, nie mogę powiedzieć niczego złego.

Z trenerem Palą miałeś do czynienia już w Polonii.

Byłem w pierwszej drużynie u Bakero, miałem kontuzję i gdy wróciłem, zostałem przesunięty do Młodej Ekstraklasy. Pala nie tolerował tego, że byłem z pierwszej drużyny. Pojechaliśmy na mecz do Białegostoku. Ja zacząłem na ławce i w przerwie powiedział, żebym poszedł się rozgrzewać. Poszli ze mną Maciek Biernacki i Bartek Gołaszewski i od razu zaczęli się śmiać, że na pewno wejdę i za chwilę zejdę z powrotem. Wszedłem, parę minut, jeden kontakt z piłką i zmiana powrotna. Cały Libor Pala. Wszyscy wiedzieli, że zrobi mi po złości. Inna sytuacja – ostatni mecz w sezonie, młodzi zawodnicy pojechali z Palą na turniej do Holandii. Zostało nas 13. Mecz na Legii, na ławce siedziałem ja i rezerwowy bramkarz. Drużynę miał prowadzić trener Libich. Od razu mi powiedział, że w końcu sobie pogram. Przyjechaliśmy na stadion i trener mówi, że niestety nie zagram. Bo Pala zadzwonił z Holandii, że mam nie grać.

Jak wspominasz Jacka Grembockiego?

Próbował mieć dobry kontakt ze starszyzną, a młodych zawsze kasował. Kiedyś mieliśmy gierkę na obozie. Zrzutka do kapelusza, wygrany zespół zgarnia kasę. Jest 1:1 i trener mówi, że przy remisie on zgania wszystko. No to za chwilę wszyscy zaczęli walczyć na noże. W ostatniej minucie powinien być ewidentny karny, ale skończyło się remisem. Trenera wspominam jednak bardzo dobrze. Nawet dzwonił do mnie, jak prowadził Bałtyk Gdynia. Pytał, czy nie chciałbym u niego pograć.

Z tym kasowaniem młodych to nie przesada? Kilku dostało u niego szansę debiutu w Ekstraklasie.

Najlepszy strzał to był Jacek Pawłowski. Nikt nie liczył, że ktoś z Młodej Ekstraklasy będzie grał w pierwszym zespole, więc w momencie podpisywania kontraktów wszyscy dostali zapis, że w momencie debiutu w Ekstraklasie twoja pensja wzrasta do 8 tysięcy złotych. O, zaraz opowiem ci inną fajną historię z tym związaną. Pojechaliśmy na mecz z Cracovią, trener wpuścił Jacka na 2 minuty. Jak wracaliśmy, wysyłaliśmy mu SMS-ami obrazki z kupkami pieniędzy. Ja za trenera Grembockiego zagrałem swój pierwszy mecz w Ekstraklasie od pierwszej minuty, ale wydaje mi się, że była to decyzja Tony’ego Slota (holenderski doradca Józefa Wojciechowskiego – przyp. aut.). To człowiek, któremu strasznie podobała się moja gra.

To jak było z tymi umowami?

W momencie łączenia z Groclinem było kilku zawodników ze starej Polonii, którzy byli pewni przejścia do nowej drużyny. Bąk, Piątek, Mąka… Ale było wielu takich, którzy mieli się jeszcze pokazać w sparingu z Motorem Lublin. Zagraliśmy wymieszanym składem, kilku ze starej Polonii, kilku z juniorów. Na trybunach był człowiek z klubu odpowiedzialny za podpisywanie umów z młodymi zawodnikami. Co ważne, Patryk Kamiński i Karol Załustowicz mieli wtedy bardzo podobne fryzury. Kamiński grał w pierwszej połowie, na drugą wszedł za niego Załustowicz i grał w tej samej koszulce z tym samym numerem. Następnego dnia mamy rozmowę o kontraktach.

– Mam takie pytanie, kto wczoraj grał z „10”, taki blondynek?
I Załustowicz od razu mówi: – Ja!
– Nie no, byłeś najlepszy na boisku, dostaniesz najwyższy kontrakt!

A chodziło oczywiście o Kamińskiego. I Załustowicz faktycznie dostał najwyższy kontrakt z zawodników z Młodej Ekstraklasy.

Wracamy do trenerów: Dusan Radolsky.

Najbardziej podobała mi się u niego dyscyplina. Trenowaliśmy na Marymoncie, jakiś dziennikarz ustawił kamerę tak, że minimalnie przekroczył linię boiska. Chyba z 10 minut musiał wysłuchiwać, jaki to on nie jest zły. Tak samo w szatni – nie było mowy nawet o zabawie telefonem.

W szatni swego czasu zainstalowali wam kamery.

Orange Sport przygotowywał program. Mieli podglądać szatnie ligowych drużyn z ukrytych kamer. Od nas wiedział o tym tylko Radek Majdan. W szatni pierwszy byliśmy ja i Łukasz Skrzyński. Skrzynia mówi: ty, Jari, weź przestaw zegarek. Patrzymy: ty, nowy zegarek kupili. Podnosimy go, a z tyłu kabelek. Patrzymy – kamera. Za chwilę przyszedł Łukasz Piątek, wyciągnęliśmy ten zegarek. Pierwsze, co myślimy…

Prezes.

Tak jest. Pewnie kontrolują, co robimy w szatni. Wszyscy przestraszeni. Później przyszła już cała drużyna i temat: co robimy? Nagle ktoś przyuważył, że z jakiejś kratki wentylacyjnej coś wystaje. Jak się zaczęło przeszukiwanie… Znaleźliśmy z 10 kamer. Jak przyszedł Radek Majdan, wszystko było już powyjmowane. Nikt nie chciał wierzyć, że miał być taki program w telewizji. Chłopaki pochowali te kamery, dopiero po tygodniu im pooddawali.

***

Z iloma klubami się sądziłeś?

Zaczęło się, na dzień dobry, od Gorzowa. Tam sądziłem się o rozwiązanie kontraktu. Musiałem wykorzystać to, że mi nie płacą. Pieniądze z GKP idą do mnie do tej pory. Potem Polonia Bytom i Motor Lublin.

Na wyższym poziomie grałeś w sześciu klubach, a z trzema skończyłeś w sądzie. Niezła średnia…

Jakbym chciał, mógłbym jeszcze z WIsłą Płock. O jakieś premie, których kazali mi się zrzec.

Jak się wbiegało po słynnych schodach w Bytomiu?

Może cię zdziwię, ale to był mój najfajniejszy okres. Gdybym miał wybrać jakiś klub, do którego miałbym wrócić – wiadomo, Polonia Warszawa, której zawsze kibicuję – ale następna byłaby Polonia Bytom. W ogóle, Śląsk. Mieszkać w życiu bym tam nie chciał, ale każdy kto grał na Śląsku w piłkę powie, że nie ma lepszego klimatu. Klub na klubie, każdy żyje piłką. Poza tym rewelacyjnie wspominam trenera Jacka Trzeciaka.

No dobra, a co z tymi schodami?

Na szczęście schodziliśmy tam tylko na mecze i treningi przed meczami, bo boczne boisko mieliśmy z boku. I jeszcze budynek klubowy. Jak stawiało się piłkę na podłodze, to od razu toczyła się do ściany. Tak było nierówno. Czas zatrzymał się tam w latach 90., ale niektóre kluby, które grają w wyższych ligach nie mają pojęcia o atmosferze, jaka była wtedy w Bytomiu.

Swoją drogą, spotkałeś też Messiego. Robert Chwastek.

Ząbkowski Messi, tak (śmiech). Miałem z nim super kontakt w Płocku, mimo, że graliśmy na tej samej pozycji. Gość z niesamowitym przyśpieszeniem.

W Płocku mieliście naprawdę fajną pakę.

Był na przykład Jacek Góralski. Mam nadzieję, że dostanie niedługo powołanie do kadry.

Był też napastnik z Brazylii, Mosart. Wynalazek trenera Pali.

Kiedyś zapraszałem go, żeby przyjechał na testy do Pogoni Grodzisk Mazowiecki, bo szukał klubu. To nie był aż taki wynalazek. Nie było tak, że gość nie miał pojęcia o grze w piłkę. Jakieś warunki miał, ale nie takie, jak przedstawiał Libor Pala. To miało być odkrycie polskiej piłki! Ostatnio trener Końko przypomniał mi Richarda Davida. On też miał być wielkim talentem, podobno w Polsce nie było takich piłkarzy. Gość przyjechał, skręcił kostkę i jedyne, co pokazał, to bieganie po prostej.

Regularnie grałeś też w kadrze Polski rocznika 1990. Był ktoś, kto zapowiadał się lepiej, niż pokazało życie?

Robert Trznadel. Grał w Parmie, najlepszy strzelec tego rocznika. Myślałem, że jak wróci do Polski to spokojnie zachowa poziom Ekstraklasy. A teraz jest chyba w Odrze Opole. A reszta? Ci, co się dobrze zapowiadali, wybili się. Szczęsny, wiadomo. Janota… Tutaj bym powiedział, że jednak rozczarowanie. Myślałem, że będzie grał – może nie w topowym klubie Europy – ale jakimś średnim, typu Atletico.

Jak wspominasz Wojtka Szczęsnego?

Jak mieliśmy po 17 lat, pojechaliśmy na zgrupowanie do Luksemburga. Dostaliśmy czas wolny, żeby sobie pochodzić, pozwiedzać. Nie wiem, czy wtedy ktoś od nas zarabiał jakieś pieniądze. A Wojtek był już w Arsenalu, więc kasował pięknie. I poszedł oczywiście na zakupy. Wraca – okularki, siatki z zakupami. Cały Szczęsny. Pozytywna postać, zawsze potrafił czymś rozbawić. Pamiętam, jak kiedyś zaczął grać na fortepianie i śpiewać jakąś piosenkę o kierowniku drużyny, do której słowa wymyślał na bieżąco. Ogólnie – spotkałem w kadrze wielu zawodników, którzy się wybili. Szczęsny, Janota, Klich, Sobiech, Kosecki…

Dzisiaj młody piłkarz zagra kilka meczów w Ekstraklasie i wszyscy zaczynają sprzedawać go na Zachód. Miałeś kiedyś jakąś „cudowną” ofertę?

Pamiętasz takiego zawodnika jak Tamas Kulcsar?

Pamiętam.

To gdzie on odszedł z Polonii?

MTK Budapeszt.

Miało być tak, że on idzie tam na transfer definitywny, a ja na wypożyczenie. Dziwny kierunek, ale teraz niektóre decyzje podjąłbym inaczej.

Kulcsar był słaby, czy po prostu padł ofiarą ówczesnej Polonii?

Nie był słaby, ale nie wybitny. Według mnie w Polsce spokojnie znajdziesz takich zawodników. O, przypomniała mi się jedna historia. Tamas nie mówił po polsku, po angielsku też ledwo. Mieliśmy wkupne, impreza w klubie, wejście na hasło.

Ochroniarz pyta: – Hasło.
Tamas nic. Ochroniarz zorientował się, że to obcokrajowiec, więc mówi: – Password.

A ten zamiast „password” zrozumiał „passport” i wrócił z centrum do domu, na Bemowo, po paszport i przyjechał z nim z powrotem na imprezę.

A Cesar Cortes?

Kiedyś zesłali go na mecz do Młodej Ekstraklasy. Właśnie na ten w Białymstoku, co dostałem „wędkę”. Cesar grał od pierwszej minuty, a trener Pala: co to za zawodnik, co oni mi tu zsyłają z pierwszej drużyny? I zdjął w przerwie gościa, który zarabiał chyba najwięcej w całej polskiej lidze.

Skoro pytam już o konkretnych zawodników… Daniel Kokosiński.

Przyjechał do nas na obóz na Słowenię. Na początku w ogóle się nie odzywał, przez cały obóz z nikim nie rozmawiał. Znał tylko Radka Majewskiego. Przyszło wkupne. Wiadomo, każdy się zaprawił. I wtedy Daniel – główna postać imprezy, gadał ze wszystkimi. Następny trening – znowu główna postać. Wspominam go super. Nawet z czasów, kiedy został już odsunięty. Kiedyś razem z Michałem Chałbińskim zostali zesłani do Młodej Ekstraklasy. Akurat zbliżał się mecz okręgowego Pucharu Polski z jakąś drużyną z okręgówki. Libor Pala mówi: ja dam wam szansę, zgłoszę was do tego pucharu, to sobie zagracie połówkę. Dzień przed meczem, siadamy w kółeczku i Libor mówi: Kokos, Chałbi, mam niestety smutną informację. W klubie się nie zgodzili, żebyście zagrali. A Kokos na to: kurde, szkoda, całą rodzinę chciałem zaprosić!

Miałeś do czynienia bezpośrednio z Józefem Wojciechowskim?

Byłem w pewnym momencie jego ulubieńcem. Kiedyś, na kolacji z całą drużyną, powiedział do mnie: trener Bakero strasznie cię zachwala, ja na ciebie bardzo liczę. Podobno dużo ludzi mu nagadało, że jestem wielkim talentem. Myślał, że mu wystrzelę i w końcu będzie miał jakiegoś wychowanka, który się przebije. Ale niestety – miesiąc po tych słowach ściągał już na moją pozycję innych zawodników.

Pamiętasz jakieś inne historie z takich spotkań?

Po awansie do Ligi Europy, kiedy wygraliśmy z Górnikiem Zabrze po golu Daniela Mąki, mieliśmy zakończenie sezonu połączone z pokazem Miss Polonia. Normalnie – kandydatki miały przy nas pokaz, na wybiegu. Wchodzimy, kolacja, a prezes wita nas w drzwiach i mówi: gdzie jest mój bohater, Mąka? A Daniela nie było, bo następnego dnia po meczu miał wykupione wakacje, na które poleciał. Na szczęście trener Grembocki coś wymyślił i usprawiedliwił jego nieobecność. Wtedy się działo. Klub nie żałował pieniędzy, na mecze czasami lataliśmy samolotami. Dla mnie to było wow.

Teraz już sobie nie polatasz.

Nic nie wiadomo, może na mecz z Bronią do Radomia polecimy. Lotnisko mają (śmiech).

Żałujesz, że skończyło się tak, jak się skończyło?

Na pewno. Każdy chciałby grać jak najwyżej. Chociaż nie powiedziałem jeszcze, że odpuszczam. Czytam czasami wywiady, na przykład z Emilem Wrażeniem. Mówi, że już daje sobie spokój, że ma pracę. Ja jeszcze mam nadzieję, że spróbuję gdzieś wyżej za pół roku.

O właśnie, a propos wywiadów. Przypomniała mi się historia z Motoru Lublin. Wracaliśmy akurat z jakiegoś meczu i Maciek Tataj, który siedział z tyłu autokaru, zadzwonił do naszego bramkarza, Pawła Lipca, który siedział z przodu. Podał się za dziennikarza i zaczął zadawać mu pytania. Pytał go o zainteresowanie klubów z zagranicy, podawał jakieś wymyślone nazwy. A tamten – wszystko potwierdzał. W końcu Maciek już nie wytrzymał i postanowił się ujawnić słowami: – Kurwa, weź się odwróć, debilu!

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s