Tomasz Reginis: – Sędziowie nie mieli z nami lekko

regan

Mówisz Tomasz Reginis – myślisz Świt Nowy Dwór Mazowiecki. Charakterny zawodnik, który nigdy nie bał się powiedzieć wprost tego, co myśli. Dziś prowadzi grupy młodzieżowe w MKS Świt, a także Unii Warszawa u boku byłego kolegi z boiska, Piotra Mosóra. W długiej rozmowie z gramybezbramkarza.pl wspomina swoją karierę, która obfitowała w interesujące wątki. Zapraszamy do lektury!

– Jest pan nierozłącznie kojarzony ze Świtem, w którym spędził lwią część swojej piłkarskiej kariery. Jak pan oceni swoje relacje ze starszymi kibicami tego zespołu?

– Całkiem nieźle, ale mój temperament i charakter zawsze wywoływał emocje. Gdy kibice krzyczeli coś negatywnego lub obraźliwego w moim kierunku, potrafiłem im odpowiedzieć z boiska. Jeżeli mieli rację, siedziałem cicho, ale gdy coś mi się nie podobało, nie potrafiłem się zamknąć. Dziś pewnie bym tego nie robił, ale w emocjach człowiek potrafił solidnie dogryzać.

– Słynne „Reginis, ty stary pijaku” przeszło już do legendy.

– Bardzo możliwe, ale kibice, którzy to wykrzykiwali, ewidentnie mnie nie znali. Nie twierdzę, że w tamtych czasach się wcale nie piło, ale nigdy nie byłem typem człowieka, który zabawę i alkohol stawiał ponad sport.

– Pierwsze profesjonalne szlify zbierał pan w ekstraklasowej Polonii Warszawa. Wcześniej grywał pan na zapleczu ekstraklasy, ale to chyba przy Konwiktorskiej pokazał się pan szerszej publiczności.

– Tak, tam był bardzo silny skład. Aktualny mistrz Polski, sporo kadrowiczów. Było się od kogo uczyć.

Jak wspomina pan catenaccio w meczach z Udinese Calcio? Z którym grał numerem?

– Miałem wtedy kontuzję i nie mogłem zagrać w tych spotkaniach. Byłem młodym chłopakiem i było to moje pierwsze zetknięcie z poważną piłką. Po pierwszym meczu na odnowie biologicznej rozmawialiśmy na temat boiskowych wydarzeń. Tomek Wieszczycki powiedział, że niezłe to ich catenaccio. A ja na to: – A z którym on grał numerem? Do dziś mi to wypominają, szczególnie Tomek Kiełbowicz, ale nie mam z tym żadnego problemu, śmieję się razem z nimi.

– Na Muranowie nie zagrzał pan jednak długo miejsca.

Szkoda, że w Polonii się nie udało. Doznałem kontuzji łąkotki. Lekarz po kilku zastrzykach powiedział mi, że muszę iść na operację, jednak klub nie chciał pokryć jej kosztów. Zarząd wymyślił sobie, że przyszedłem ze Świtu już z tym urazem. Tułałem się z tym ponad dwa miesiące, a normalnie powinienem być już do gry po trzech tygodniach. Z klubu wycofywał się wtedy prezes Janusz Romanowski, brakowało pieniędzy na wszystko. Grając w zespole mistrza Polski musiałem pożyczać kasę od żony, żeby mieć na paliwo. Parodia. Wyciągnął wtedy do mnie rękę prezes Wojciech Szymański. Obiecał zapłacić za moją operację, gdy wrócę do Świtu. Rozwiązałem umowę z Polonią, bo byłem zniesmaczony takim traktowaniem mojej osoby. Operacja przebiegła bez problemów i wróciłem właściwie do domu.

– Tam trafił pan na trenera Libora Palę, od którego wyciągnął pan sporo nauki.

– Wcześniej był świętej pamięci trener Masztaler, a potem przyszedł Pala. Oj, to była bardzo trudna szkoła, ale każdemu zawodnikowi życzyłbym takiego szkoleniowca. Do dziś w swojej przygodzie z trenerką bazuję na tym, czego się od niego nauczyłem. Taktycznie jest wybitny. Odprawy przed każdym treningiem trwały kilkadziesiąt minut, jako zawodnicy trochę pod nosem marudziliśmy, ale z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że tak właśnie było. Teraz mogę wiele przekazać moim podopiecznym w Unii Warszawa i Świcie.

– Istniała już wtedy sławetna granica 180 centymetrów?

– Nie, aczkolwiek stoperzy musieli mieć ok. 190 centymetrów. Trener Pala lubił mieć w środku obrony wysokich zawodników. Przede wszystkim liczyły się jednak umiejętności piłkarskie. Maciek Krzętowski czy Tomek Nakielski nie osiągnęli granicy wzrostu, a doskonale radzili sobie w środku defensywy. Wiadomo, trener miał też swoje tachiony – energię, która leczy. Były telefony do znachorów zza południowej granicy, trzeba było płacić za połączenia i wizytę. Współpracę z Palą jednak bardzo dobrze wspominam, choć było ostro fizycznie i psychicznie.

– W Świcie grało wówczas dwóch bardzo charakternych bramkarzy – Arkadiusz Malarz i Boris Pesković. Jak się dogadywali, rywalizując o miejsce między słupkami?

– Charakternych i bardzo dobrych! Wtedy nieco lepszym bramkarzem był Boris, który bronił w większości meczów. Arek bramkarskiej ogłady nabrał dopiero po wyjeździe do Grecji. Dogadywali się bardzo dobrze, chociaż Boris był bardzo nerwowy. Te jego bluzgi, padające co chwila: – Do pici! Arek za to uwielbiał robić sobie w szatni jaja, ale kiedyś sam padł ich ofiarą. Chłopaki nasmarowali mu gacie maścią ABC, przy której bengaj to krem Nivea. W saunie coś go zaczęło piec, więc pobiegł pod prysznic. Tylko, że jak do tej maści dołączy się wodę, jest jeszcze gorzej… Nie pamiętam, ile nie mógł siedzieć na tyłku.

– Czas na mniej przyjemny temat, od którego jednak nie możemy uciec. Afera barażowa i mecze ze Szczakowianką Jaworzno. Pan chyba nie chciał wchodzić w żadne układy?

– Grałem w najgorszych pod tym względem czasach dla polskiej piłki, ale na szczęście zawsze miałem taki charakter, że dziś nie muszę uciekać ze wzrokiem patrząc w lustro. Aczkolwiek kiedyś o 7.30 zapukała do moich drzwi policja, a był to okres intensywnych zatrzymań. Pierwsza myśl: pięknie, ktoś mnie wrobił. Byłem wtedy w domu sam z 2-letnią córką, zacząłem się zastanawiać, co ja z nią zrobię? Policjant się przedstawił i zapytał, czy nic wczoraj nie widziałem, bo wieczorem miał miejsce napad na pobliską aptekę. Ciśnienie skoczyło, ale jest co wspominać. Wystąpiłem w obu sławetnych meczach, choć trener Miroslav Copjak w czasie sezonu stawiał na mnie rzadko – preferował taktykę 1-5-5, więc napastnik był mu niepotrzebny. Do dziś nie wiem, co dokładnie z tym meczem było nie tak. Mogę się tylko domyślać. Podobno we wszystkim maczała palce mafia, która poza granicami Polski ostro obstawiała konkretne rozstrzygnięcia u bukmacherów. Czy to jednak prawda, nie wiem. W każdym razie po zwycięstwie w pierwszym meczu prezes Szymański obiecał nam bardzo wysokie premie za awans. Kompletnie nie opłacało się więc tych baraży puszczać.

– Rewanż był totalnym kabaretem. W polu zagrał wówczas rezerwowy bramkarz.

– Tak, wszedł Łukasz Borkowski, co pokazuje skalę parodii. Ściągnięto też Piotra Sowisza, który wcześniej zagrał dla nas tylko dwa mecze. Przed rewanżem podobno straszono Borisa, że jak będzie bronił tak jak w pierwszym, to mu nogi połamią. I się skończyło futbolowymi jajami. Ten mecz, jeżeli dobrze pamiętam, prowadził sędzia Antoni Fijarczyk.

– Po sezonie uwolnił się pan od tej gęstej atmosfery, przenosząc się do Jagiellonii Białystok. Jak do tego doszło?

– Do Białegostoku sprowadził mnie Witold Mroziewski, który pamiętał mnie z czasów Świtu. Bardzo specyficzna postać. Po naszej współpracy w Jagiellonii mam o nim jak najgorsze zdanie jako człowieku. W klubie czułem się rewelacyjnie, „Piłkarski poker” nie kłamał – społeczeństwo w Białymstoku jest wspaniałe. Nie ukrywam jednak, że mam ogromny żal do trenera Mroziewskiego i prezesa Wiesława Wołoszyna, że tak potraktowali mnie na koniec.

– Co pan ma na myśli?

– Zimą dostałem propozycję z Arki Gdynia, ale wcześniej umówiliśmy się, że przedłużę kontrakt z Jagiellonią o dwa lata. Rundę wiosenną mieliśmy jednak słabszą. Tak na marginesie, Piotrek Mosór, z którym w pewnym meczu stanęliśmy po dwóch stronach barykady, do dziś wypomina mi, że w momencie, gdy ich zawodnik leżał na boisku, ja zagrałem do Wojtka Kobeszki, a ten strzelił gola. Był to ostatni mecz w sezonie, który decydował, kto się utrzyma, a kto zagra w barażach. Ta bramka zadecydowała, że wygraliśmy 1:0 i Ruch musiał grać w barażach. Przez to zawodnicy mieli krótsze wakacje i chyba o to Piotrek ma największe pretensje (śmiech). Wracając do tematu, trener zarzucił mi, że miałem nakłaniać młodszych zawodników do odpuszczania meczów.

– Trener Mroziewski, który sam zaliczał wycieczki do Wrocławia by składać zeznania, zarzucił panu podżeganie do sprzedawania meczów?

– Tak, co było kompletną głupotą. Choć jak już podkreślałem, ja nie mam problemów spojrzeć w lustro, czego trener nie może na pewno o sobie powiedzieć. Oj, przesadziłem z trenerem. Ten pan.

– Pupilkiem tego pana był chyba Marcin Danielewicz. Mroziewski sprowadzał go niemal wszędzie, gdzie sam trafiał.

– Każdy trener miał takiego zawodnika. Nie sądzę jednak, że w Białymstoku, Nowym Dworze Mazowieckim czy Kozienicach ktoś podpisałby umowę z gościem, który nie potrafi grać w piłkę. Widocznie prezentował dobry poziom. Szedł za trenerem, nikt w szatni nie miał mu nic do zarzucenia. W ogóle wtedy w drużynie panowała świetna atmosfera. Pamiętam, że kiedyś kibice nieco się na nas wkurwili, wpadli do szatni, żeby z nami porozmawiać. Spore pretensje mieli do Marcina Warakomskiego, nawet chyba dostał jakiegoś kopniaka. Stanąłem przed jednym z takich kibiców, żeby załagodzić sytuację. Dopiero po tym, jak przyjechała policja dowiedziałem się, że w ręce miał dość solidnych rozmiarów kosę. Poszczęściło mi się, bo mogło się różnie skończyć.

– Do Jagiellonii mógł pan jeszcze wrócić kilka lat później.

– Zgadza się, gdy trenerem był Adam Nawałka. Tomek Moskal miał jednak pewną przewagę nade mną – był pod opieką managera, czego mi brakowało, i to właśnie on podpisał kontrakt. Prezesem był wtedy pan Wojciech S., który również musiał zmagać się z zarzutami korupcyjnymi. Zdarza się.

– Znów przyszło panu wrócić do Świtu, tym razem już na dobre. W szatni spotkał pan młodego Jakuba Wawrzyniaka.

– Wtedy przypominał mi kolegę z Jagiellonii, Łukasza Tupalskiego. Powtarzałem, że gdybym obu włożył na głowę worek, byli identycznymi zawodnikami. Ostra gra, spore umiejętności.

– Do drużyny wchodził też Adam Czerkas.

– Tak, znaleźli go doradcy prezesa Szymańskiego. Trener Pala nie był jednak zachwycony, po kilku treningach chciał odesłać Adama do domu. Wtedy jednak Adaś odpalił, strzelił gole Polonii i Legii, czym zapewnił sobie miejsce w zespole. To było bardzo dobre posunięcie. Nie byłem wtedy dla młodszych ukochanym wujkiem w zespole, ale Adama oszczędzałem. Do dziś zostajemy w kontakcie. „Czerki” znany jest ze swojej bramki strzelonej biodrem, ale to nie był jego jedyny wyczyn w tym stylu. Kiedyś w Świcie strzelił podobną w meczu ze Szczakowianką. Andrzej Bledzewski wybijał piłkę tak, że trafił Adasia w piszczele i piłka wpadła do siatki. Wyjątkowy szczęściarz.

– Z Janem Ciosem łatwo było złapać kontakt?

– Nie. Powiem… albo nie, przemilczę ten temat. Nie mieliśmy ze sobą dobrych relacji, tyle.

– Sezon później do drużyny dołączyli Sergiusz Wiechowski…

– Też kropka.

– …i Piotr Mosór.

– Tu mogę mówić dużo. Byłem już wtedy doświadczonym zawodnikiem, ale to, że przychodził do nas taki zawodnik, było sporym przeżyciem. Co musieli wtedy odczuwać najmłodsi gracze? Zostałem wycofany do środka obrony, gdzie grałem właśnie z Piotrkiem. To był dobry ruch, wreszcie to nie mnie kopali, tylko ja kopałem innych. Z Moskitem mamy podobny charakter, dlatego też po tylu latach bardzo dobrze się ze sobą dogadujemy. Na boisku sędziowie i rywale z nami lekko nie mieli, dwóch impulsywnych facetów, nabuzowanych adrenaliną. Współczuję.

– Potem przyszedł czas na zmiany w Świcie. Sprowadzono Dariusza Zjawińskiego, do zespołu zaczął wchodzić młodziutki Michał Kucharczyk.

– Ale to był atak… Za Darka Legia dostała od nas całkiem niezłe pieniądze, chyba do dziś jest najdroższym zawodnikiem w historii klubu. Kucharz natomiast świetnie wyglądał w juniorach. Seniorów prowadził wtedy Grzegorz Zmitrowicz i po naszej wspólnej rozmowie na temat Michała, trener postanowił włączyć Michała do kadry seniorów. Było warto, niejednokrotnie wygrywali nam mecze.

– Kucharczyk padł ofiarą wypustki, którą często stosowali koledzy z drużyny? Polegała na wskazaniu młodemu miejsca w szatni, które należało do niejakiego Tomasza Reginisa, który widząc to, mocno się gotował.

– Nie, byłem orędownikiem wprowadzenia Michała do zespołu. Swój chłopak, w pewnym sensie mu pomogłem. Kucharz był mądrym chłopakiem – zaczynał grać bardzo dobrze, interesowało się nim szerokie grono managerów, ale odrzucał ich propozycje. Przyjął ją dopiero przechodząc do Legii, związał się z Czarkiem Kucharskim, czego myślę, że nie żałuje. Wracając do innych młodych zawodników, bardziej niż na miejsce w szatni gotowałem się na numer. Gdy przychodził do nas testowany grajek, dostawał koszulkę z numerem 20. Najczęściej taki delikwent był nieświadomy zagrożenia i gdy to dostrzegałem, gość dostawał szkołę. Młodzi wiedzieli, co do nich należy. Chyba mogłem być bardziej delikatny. Jazda z młodymi była czasem ostra, ale w szczegóły nie będę wchodził.

– Kim był Gianluca Palladino?

– Nie znam.

– Grał w Świcie, ale kompletnie nic o nim nie wiem, myślałem, że pan mi pomoże rozszyfrować tę zagadkę.

– Jak? Palladino? Niemożliwe… Chociaż zaraz, był jakiś Walijczyk, jakiś manager go wcisnął. Zagrał ze dwa mecze, i to nie w pełnym wymiarze. To miała być jakaś współpraca z Cardiff, ale chyba nie wypaliła najlepiej.

– Dziś jest pan trenerem prowadzącym młodzież. Myśli pan o ponownej pracy z seniorami?

– Chciałem pracować dalej w Świcie, ale nie dało rady ze względów finansowych. Błędem było to, że nie zrezygnowałem po pierwszym sezonie, moja ambicja dała o sobie znać. Psychicznie byłem bardzo zdołowany, więc po trzech meczach kolejnych rozgrywek zrezygnowałem. Chciałbym jeszcze pracować z seniorami, ale w poukładanym klubie. Nie chcę wracać do problemów finansowych. Już wystarczy…

Rozmawiał Emil Kopański

Śledź na Twitterze

Fot. MKS Unia Warszawa

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s