Jacek Kacprzak: – Nazwiska mi nie skrócili

DSC_1493

W barwach Legii Warszawa wystąpił w Lidze Mistrzów, dwa razy świętował tytuł mistrza Polski, był pewnym punktem drużyny z Łazienkowskiej. Do pełni szczęścia zabrakło tylko występu w reprezentacji kraju, ale trzeba przyznać, że konkurencja była wówczas wyjątkowo silna. Dziś Jacek Kacprzak wrócił do rodzinnych Białobrzegów i jako prezes stara się odbudować siłę swojego macierzystego klubu, Pilicy. Znalazł jednak czas, aby spotkać się z nami i powspominać kolorowe lata 90. w polskim futbolu. A wspominać było co…

– Z czym kojarzy ci się Radom?

– Z pierwszym życiowym przerażeniem. Wyjeżdżałem tam grać w piłkę, Radomiak pomógł mi zmienić szkołę, załatwić internat. Zapamiętam to do końca życia, bo długo tam nie wytrzymałem. W internacie wytrwałem koło miesiąca, ale nie oznacza to, że byłem gościem bez charakteru i coś mnie zniszczyło. Mieszkałem blisko, mogłem swobodnie dojeżdżać z domu.

– Radom był twoim startem do kariery.

– Jestem dzieckiem Pilicy Białobrzegi, ale piłkarsko ukształtował mnie Radomiak. Tam wypłynąłem na szersze wody, stamtąd trafiłem do Legii.

– Do Warszawy sprowadził cię trener Władysław Stachurski. Jak go wspominasz?

– Misie, Michałki… Tak nas nazywał. Nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie, choć może niektórym tak. Długo razem nie popracowaliśmy, bo trener szybko dostał kontrakt na Bliskim Wschodzie. I nastała era Krzysztofa Etmanowicza.

– Kto w tamtym zespole grał pierwsze skrzypce? Sporo było anonimów.

– Kilka nazwisk poważnych było, nie przesadzajmy, ale fakt, w klubie było trochę chaosu. Ciągłe zmiany, niewypały, do końca broniliśmy się przed spadkiem. Dobrze, że w meczu z Motorem Lublin nie dostaliśmy w pałę, bo mogłoby być kiepsko. W gronie liderów trzymali się Darek Czykier czy Marek Jóźwiak. Nie było przeproś, nikt nie odstawiał nogi, uratowała nas też trochę atmosfera. Trener miał ciężko, żeby to ogarnąć, wszedł do szatni dość niespodziewanie i nie dawał sobie rady. Potrzebny był szkoleniowiec z autorytetem, a Etmanowicz wziął się właściwie znikąd.

– Takim autorytetem był Janusz Wójcik? Przywoziłeś buty dla zespołu, żeby Legia zagrała pokazowo w Białobrzegach?

– Wiem, do czego nawiązujesz, kilka miesięcy temu czytałem książkę trenera. Czułem się, jak bym czytał dobrą komedię. Wójcik zawarł w niej sporo faktów, ale też trochę podkoloryzował, przesadzał. W każdym razie czytając miałem przed oczami trenera, odprawy, rozmowy, treningi. Co do butów, nie przypominam sobie takiej sytuacji. Nie jeździłem z pudełkami, może ktoś pomógł, ale nie ja. Mimo to fajnie, że Legia zagrała w Białobrzegach, sympatyczna sprawa.

– Czujesz się pełnoprawnym mistrzem Polski 1993?                           

– Na pewno. Kilka bramek zdobyłem, a że później odebrano nam tytuł? Kilka lat później grałem w Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski i też słyszałem niestworzone historie. Wiesz, jak się nazywam?

– Nie rób ze mnie wariata. Jacek Kacprzak.

– Właśnie, Jacek Kacprzak, a nie Jacek K. To chyba dość istotne. W Legii trzymałem się z chłopakami, którzy byli liderami zespołu i na pewno bym zauważył, gdyby coś było na rzeczy.

– Był kac moralny i kac fizyczny po odebraniu mistrzostwa?

– Oj, tak. Pochlaliśmy równo. Byliśmy na obozie w Zakopanem, nie było lekko, gdy zaczęliśmy wprowadzanie mocniejszych alkoholi. Sam dużo nie mogę, ale przyjąłem swoje. Wyszło jak wyszło.

– Co do alkoholu, w pewnym momencie w polskiej piłce nie było go za dużo?

– To były inne czasy, brakowało pewnej świadomości u piłkarzy. Teraz zawodnicy mają dietetyków, programy żywieniowe, masę udogodnień. A wtedy mieliśmy trochę inne odżywki, ale potrafiliśmy znaleźć umiar.

– Po mistrzostwie znalazłeś się na wypożyczeniu w Polonii, gdzie trafiłeś na początki trenera Stefana Majewskiego. Jakim był wtedy szkoleniowcem?

– Wiadomo, dopiero startował do kariery, ale był mocno zapatrzony we wzorce niemieckie, które próbował przenosić na nasz grunt. Szukał profesjonalizmu, co w tamtych czasach nieco kłóciło się z zastanymi przez niego realiami. Chyba nie do końca to poukładał, bo spadliśmy z ligi.

– Polonia spadła, ale ty wróciłeś do Legii, w której zaczynał się złoty okres.

– To prawda, ale ten zespół, mimo, że osiągnął wiele sukcesów, stać było na jeszcze więcej! Może mam sentyment, bo wtedy grałem, ale jestem pewien, że nieprędko doczekamy się w Polsce drużyny takiej klasy.

– Grało w niej wiele barwnych postaci.

– Owszem. Jedźmy po kolei – Piotrek Mosór, mający bardzo mocny charakter, potrafiący się błyskawicznie zagotować, ale też szybko wystudzić. Był liderem młodszej grupy, pamiętam, że na obozie we Włoszech drużyna trochę się podzieliła, taka próba sił między młodzieżą a starszyzną. Blisko Moskita trzymał się Marcin Mięciel, razem próbowali przełamać dominację bardziej doświadczonej grupy. Ta znowu lubiła Krzyśka Ratajczyka, który nigdy nie dał sobie podskoczyć. Mocny i na boisku, i przy barze, połączył to idealnie.

– Był też Grzegorz Wędzyński, wobec którego sporo zarzutów wysuwali w swoich książkach i Wójcik, i Grzesiek Szamotulski.

– Specyficzna postać. Różne historie o nim krążyły, część była prawdziwa, część mocno naciągana. Miał bardzo duże umiejętności piłkarskie, ale nie wiem, czy nadążał mentalnie. Może nie poradził sobie z presją starszych, często stał z boku, raczej nigdzie z zespołem nie wychodził. Kot chodzący własnymi ścieżkami. Na rybce u Zbyszka Robakiewicza nigdy go na pewno nie widziałem.

– Szczęsny czy Robakiewicz?

– Dwaj świetni bramkarze, do obu czułem szacunek. Byłem jednak świadkiem kilku sytuacji, gdy wobec siebie zachowywali się niezbyt fair, utrudniali sobie życie. Maciek kiedyś był bardzo zawiedziony, że trener Wójcik postawił na Robaka, i doszło do, delikatnie mówiąc, naprawdę ostrej scysji. Niewiele brakowało, żeby doszło do rękoczynów.

– Po udziale w Lidze Mistrzów nastały ciężkie czasy dla Legii. Zespół został rozgrabiony, w kadrze zostało zaledwie kilkunastu graczy. Jak w takich warunkach można wywalczyć wicemistrzostwo Polski?

– Było ciężko, ale mimo odejścia kluczowych piłkarzy, nadal byliśmy klasowym zespołem. Niedługo po ćwierćfinale LM wyeliminowaliśmy w Pucharze UEFA ten sam Panathinaikos Ateny. A zdarzało się, że graliśmy mecze bez zmian, tą samą jedenastką.

– Tomasz Smolarczyk, mówi ci to coś?

– Nie, a powinno?

– Tak, to twój kolega z tamtej drużyny.

– Smolarczyk? Grał ze mną? Nie pamiętam… Ale to też pokazuje, że mieliśmy solidne problemy kadrowe i grali ludzie, którzy normalnie nie mieliby na to szans. Mimo to zdobyliśmy wicemistrzostwo, i nawet mnie nie wkurwiaj, pytając o mecz z Widzewem.

– Dobrze wiesz, że nie da się uniknąć tego wątku.

– Kurwa, gdybyśmy nawet chcieli go przegrać, to by się nie dało. Nie, nie… Te decyzje personalne, to pięć minut. Nie chcę o tym mówić, tym bardziej, że przed chwilą skończyłem pić kawę, jeszcze ciśnienie podskoczy mi aż za bardzo.

– Wydawało się, że skoro byliście o krok od tytułu w tak okrojonym składzie, to po wzmocnieniach rozniesiecie ligę. Dołączyli Roman Kosecki, Kenneth Zeigbo, a Łazienkowska i tak pozostała bez mistrzostwa.

A kto był trenerem?

– Mirosław Jabłoński, a potem duet Jerzy Kopa-Stefan Białas.

– Może właśnie na górze czegoś zabrakło. Szkoleniowcy mają naprawdę duży wpływ na zespół. Drużyna nie jest głupia, dostrzega, co się dzieje. Jak można dopuścić do sytuacji, w której na oczach piłkarzy trenerzy wzajemnie się tępią i podważają swój autorytet? W ogóle eksperyment z dwoma równorzędnymi trenerami wypalił tylko w reprezentacji Szwecji, na pewno nie w Legii. Rozdwojenie jaźni, widzisz, że szkoleniowcy się nie lubią i nie wiesz, po czyjej stanąć stronie. Doszły jakieś podejrzenia, że ktoś sprzedał mecz z Lechem, nie było żadnej atmosfery. Korzystał chyba tylko Kenneth, bo nie wszystko rozumiał, a nawet jeśli tak, to zawsze mógł powiedzieć, że nie kuma. Fajny chłopak.

– Uwolniłeś się od tego, wyjeżdżając do Grecji.

– Dostałem propozycję od trenera-menedżera Kopy, żebym zagrał w Larissie. Mówiąc szczerze, nie chciałem wyjeżdżać z Polski, ale na pewno spojrzałem też na kasę, namawiał mnie też trochę Leszek Pisz. Gdy dotarłem do Grecji, okazało się, że zespół jest na jakimś zgrupowaniu i w klubie byłem ja, prezes i sprzątaczka. Podpisałem kontrakt, wróciłem do Warszawy z papierem, ale okazało się, że kluby jeszcze nie doszły do porozumienia. W międzyczasie odezwał się duński Aarhus GF. Mieli dobrą paczkę, postanowiłem pojechać na testy. Wypadłem całkiem nieźle, ale ostatecznie udało się już Legii dogadać z Larissą. Wylądowałem więc w Grecji i to był fajny czas. W Larissie grałem pół roku i znalazłem się w pierwszej trójce objawień całej ligi. Nie było jednak kasy, więc z innymi obcokrajowcami rozwiązaliśmy kontrakty. Odchodzący z Larissy trener pociągnął mnie za sobą do Panetolikosu Agrinio. Tam nie odpaliło, w pierwszym meczu złamali mi szczękę. W efekcie po kolejnej rundzie znalazłem się w trójce niewypałów całej ligi. Raz na wozie, raz pod wozem.

– Duńczycy z Aarhus jednak o tobie nie zapomnieli i w końcu trafiłeś do Danii.

– Tak, ponownie dostałem zaproszenie na testy. Trwały wtedy przygotowania do sezonu, trenował z nami czasem Martin Joergensen, którego brat był zawodnikiem Aarhus, przyjeżdżał też Stig Toefting. Wszedłem z nimi do dziadka, wypadłem całkiem nieźle i już trochę inaczej na mnie patrzyli. Świetnie zorganizowany klub. W Grecji słyszałem tylko „jutro, jutro”, a tam wszystko na miejscu. Zostałem pół roku, przelali mi kasę z góry, dostałem samochód, dom nad morzem. Jedyne, co mi nie podeszło, to styl gry. Trafiłem najgorzej jak mogłem, piłkę widziałem tylko nad głową. Laga z tyłu, zgranie, bomba. I od nowa. Nic dziwnego, że po pół roku zdecydowałem się wrócić do Polski.

DSC_1492

– I trafiłeś do Grodziska Wielkopolskiego. Dlaczego akurat tam? To był modny kierunek, ale kilka lat później.

– To nie był mój pierwszy cel. Miałem skierować się do innego klubu, ale w Grodzisku był już Igor Kozioł, przekonała mnie też rozmowa z trenerem Januszem Białkiem. Pojechałem na obóz i zostałem. Nie przeszkadzało mi to, że Grodzisk jest tak niewielki. Sam pochodzę z małego miasteczka i nie potrzebowałem przestrzeni, żeby dobrze się czuć. Wiadomo, że byłem kojarzony z Legią, a tamtejsze środowisko jest mocno poznańskie i zdarzały się nieprzyjemne rozmowy, ale incydentalnie. Trzeba było udowodnić na boisku, że zasługuje się na grę. Kilka razy miałem spięcia z Jarkiem Araszkiewiczem, ale to też była próba charakterów. Nie podobało mu się, że trener trochę mi odpuszczał na treningach. Dochodziłem do siebie po mikrourazach, co Arasiowi nie przypadło do gustu. W końcu wyjaśniliśmy to sobie po męsku w szatni i od tego czasu było wszystko w porządku. Miałem patent na Legię, Robakowi chyba wsadziłem dwie bramki.

– Słynna wiosna cudów, kiedy Groclin wygrał dziewięć meczów z rzędu.

– I znowu to samo… Wygraliśmy wtedy na przykład z Legią, a kto by wtedy cokolwiek z nią załatwił? Kadrowo najmocniejsi, finansowo tak samo, mieliby układać się z Groclinem? Kabaret. Mieliśmy dobrą ekipę i tyle. Na obozie przed rundą wygraliśmy sparing z mistrzem Rumunii, nie przegraliśmy chyba w żadnym meczu kontrolnym. Zaistniała nawet taka sytuacja, że prezes chciał jeszcze ściągnąć jakiegoś klasowego zawodnika, żeby pomógł ratować ligę, ale trener odmówił. Był tak pewien swego, że zrezygnował ze wzmocnień! To chyba nie przypadek. Zastanawialiśmy się, czy jest chory, czy tak dobrze zna się na robocie. Okazało się, że jedna co nieco o fachu trenerskim wie. Zobacz, kto wtedy grał – Araś, Igor Kozioł, Piotrek Piechniak, Mariusz Lewandowski. Było z kim pograć.

– I oczywiście czarnoskórzy, których kilku się wtedy przewinęło.

– Zgadza się. Był Odartey Lamptey, którego do zespołu właściwie wcisnął prezes, bo trener go nie chciał. I chyba słusznie, bo średnio wypalił. Zresztą kilka razy dziennie maser nastawiał mu bark, więc okazem zdrowia też nie był, delikatnie mówiąc. Co chwila mu coś wylatywało, był do tego bardzo nieskuteczny. Fajnym chłopakiem był Daouda Camara, twardziel z krwi i kości, robił swoje. Philip Umukoro to nawet później do Pilicy Białobrzegi trafił, co też dużo mówi o realnej skali jego talentu.

– Gdy po etapie w Groclinie wróciłeś do Radomiaka, zrozumiałeś, że to już praktycznie koniec poważnej gry w piłkę?

– Tak, byłem mocno wyeksploatowany. Z Groclinem pojechałem jeszcze na obóz na Cypr i trener Bogusław Kaczmarek zmienił mi pozycję na defensywnego pomocnika. To był strzał w dziesiątkę, ale doznałem urazu mięśnia. Grałem 20-30 minut i ból był nie do zniesienia. Postawił mnie na nogi ówczesny lekarz reprezentacji Polski, Stanisław Machowski, ale u prezesa byłem już przegrany. Rozwiązałem umowę, w moje miejsce ściągnięto Tomka Wieszczyckiego. Miałem zagrać w KSZO, ale prezes Drzymała postawił weto – nie mogłem grać w zespole, który walczył o utrzymanie bezpośrednio z Groclinem. I tak trafiłem do Radomiaka, gdzie spędziłem pół roku. Potem trafiłem do Górnika Polkowice. Chwilę pograłem, a potem zerwałem przywodziciel. I to chyba moje szczęście w nieszczęściu.

– Co masz na myśli? Podejrzaną końcówkę sezonu w wykonaniu Górnika?

– Tak. Byłem totalnie odsunięty od zespołu, nie brałem udziału w rozgrywkach pozaboiskowych. I całe szczęście, bo kilku moim kolegom zabrali literki z nazwiska. Trzeba przyznać, że trener Mirosław Dragan przygotował zespół do sezonu bardzo dobrze, i to w każdym aspekcie (śmiech). Było tam sporo zawodników niechcianych w innych większych zespołach z Dolnego Śląska. Stworzyliśmy niezłą ekipę, co prawda widziałem kilka sytuacji, które nie za bardzo mi się podobały, ale nie spodziewałem się, że mecze były tak często podpierane. Gdy później czytałem, co tam się działo, resztki włosów stawały mi dęba.

– Miałeś szczęście do ciekawych klubów. Stasiak Opoczno to też ciekawa historia, z prezesem wchodzącym na boisko w II-ligowych meczach w roli głównej.

To był dobry wariat! Siedziałem w domu po zerwaniu przywodziciela i zadzwonił prezes Mirosław Stasiak, żebym przyjechał. Mówiłem mu, że nie za bardzo się nadaje, ale był uparty. Pojechałem, doszedłem do siebie, trochę pograłem w II lidze. Co do Stasiaka, to było trochę parodii. Sam sobie wypisywał zmiany, sam się wprowadzał na boisko, czasem sam brał piłkę i chciał strzelać rzut karny. Jeden nawet strzelał, ale nie trafił. Chyba kiedyś mnie nawet zmieniał, ale mogę się usprawiedliwiać tym, że jeszcze nie doszedłem do siebie po kontuzji (śmiech). Jaja były dobre, nie ma co ukrywać. Jechałem już na zastrzykach, końcówka, ale ciągnęło na boisko.

– Ostatnim poważniejszym klubem w twojej karierze był ten, w którym zaczynałeś, czyli Radomiak. Jak wspominasz tamten czas?

– To była ciekawa ekipa. Pograłem między innymi z Tomkiem Brzyskim, Grześkiem Boninem czy Krzyśkiem Sadzawickim. Ratował nas trener strażak, Mieczysław Broniszewski. Co ciekawe, w Radomiu też mi się udało uniknąć nieprzyjemności związanych z ciemną stroną piłki, nie wiem, jak ja to robiłem. Sypało mi się też zdrowie, w końcu uznałem, że czas dać sobie spokój.

– Wiesz, jaki jest Twój ostatni klub w bazie 90minut.pl?

– Pilica Białobrzegi?

– Nie, ETV Warszawa.

– Rzeczywiście, zagrałem w Pucharze Polski. Ale to twoja wina! Fajna zabawa, zagrać w jednym z najsłabszych klubów w Polsce i dostać bęcki od przedostatniej drużyny klasy B (śmiech). Udało się zapisać w protokole, bramkę można zobaczyć na YouTube. Koszulkę na pamiątkę zachowałem, może wystartujemy w przyszłym roku? Chociaż chyba rozmiar będzie trzeba zmienić, bo złapała mnie lekka nadwaga…

Rozmawiał Emil Kopański

Fot. Sylwia Wiercioch/Legia.Net

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s