Emil Wrażeń: – Dwa lata po debiucie w Ekstraklasie grałem na boisku z krowami

wrazen-top

Do bram dorosłej piłki, jako zawodnik KS Piaseczno, pukał razem z Maciejem Jankowskim. Jako 19-latek trafił do Widzewa Łódź, w którym szybko zaliczył debiut w Ekstraklasie. Szybko przekonał się jednak, że samo pojawienie się na najwyższym poziomie nie gwarantuje długiej i szczęśliwej kariery, a zderzenia z rzeczywistością bywają bolesne. Emil Wrażeń w długim wywiadzie przyznaje się do swoich błędów i nietrafionych decyzji. Kto w Widzewie nie rozumiał trenera Mroczkowskiego? Który piłkarz po transferze do Legii rzucił palenie? Dlaczego jako jeden z nielicznych nie wspomina dobrze Roberta Podolińskiego? Zapraszamy do lektury!

zdjęcie główne: Moja Turystyka Stadionowa

Znasz serwis Transfermarkt?

Kojarzę. Nawet się tam pojawiam.

Więc pewnie wiesz, na ile jesteś wyceniany?

Bodajże na 50 tysięcy euro. Ostatnio szef mojej żony powiedział jej, że jeśli będzie miała problem ze spłatą kredytu, może mnie sprzedać. (śmiech)

Poważnie mówiąc, zbliżyłeś się kiedykolwiek do tej kwoty?

W pewnym momencie, kiedy miałem 17 czy 18 lat, na pewno. Później już tylko spadało. Teraz, jeśli miałbym za siebie zapłacić, nie płaciłbym żadnych pieniędzy.

To prawda, że gdyby Widzew wykupił cię z Piaseczna, musiałby – według początkowych ustaleń – zapłacić więcej niż Ruch Chorzów za Macieja Jankowskiego?

Tak. W umowie była zapisana spora suma, około 200 tysięcy złotych. Co ciekawe, pierwsze podejście do gry w Łodzi miałem rok wcześniej. Widzew grał jeszcze w pierwszej lidze i miałem jechać na testy razem z Maćkiem. Nie pojechaliśmy, bo „Janek” stwierdził, że to nie ma sensu. Posłuchałem go, bo w tamtych czasach był dla mnie wyznacznikiem. Skoro on nie jechał, to stwierdziłem, że też nie będę się pchał. Wiadomo, że nie musiałem robić tak jak on, ale byłem dzieciakiem i nie myślałem racjonalnie. Rok później pojechałem już sam. Przyjeżdżam, a tam wagon zawodników z różnych klubów.

Przy takich okazjach – głównie właśnie w kontekście Widzewa – Weszło wrzucało zawsze prześmiewczy obrazek z przeładowaną ciężarówką.

I dosłownie tak to wyglądało. Było nas czterdziestu, a testy trwały chyba trzy dni. Na Centralnym, na peronie, spotkałem Sebastiana Radzio. Jeszcze się nie znaliśmy, ale widziałem, że ma na ramieniu torbę sportową. Nie pamiętam już, czy ja podszedłem do niego, czy on do mnie, ale okazało się, że obaj jedziemy na testy do Widzewa. I z całego naboru dostaliśmy się tylko my.

testy-widzew

Nie uważasz, że Maciek Jankowski spychał cię w cień? Gdy graliście razem w Piasecznie, to właśnie on jako pierwszy skupiał na sobie uwagę większych klubów.

Nie do końca. Czasami, gdy dostawałem szansę, a „Janek” siadał na ławce, kompletnie sobie nie radziłem. Lepiej było mi w roli jokera.

Do jakich klubów byłeś wtedy przymierzany?

Zagrałem dwa sparingi w drużynie Młodej Ekstraklasy Śląska Wrocław, ale wróciłem do domu. Wcześniej, jeszcze jako junior – miałem wtedy 14 albo 15 lat – miałem przejść do Legii, do Młodych Wilków. Byłem na treningu, popatrzyłem, ale kilka dni później zadzwoniłem i powiedziałem, że jednak nie chcę się tam przenosić. Temat Legii wrócił jeszcze kilka razy. Kiedy grałem już w seniorach Piaseczna, razem z Maćkiem Jankowskim pojechaliśmy na testy do zespołu Młodej Ekstraklasy. Teraz sobie uświadamiam, że dużo nas łączy (śmiech).

Jak wyglądały testy?

Dziwnie. To był jakiś trening wyrównawczy. Rozbieganie, „dziadek” i jedno ćwiczenie ze strzałem. Może po prostu chcieli zobaczyć, czy jesteśmy zdrowi i czy umiemy kopnąć prosto piłkę?

Ani ty, ani Maciek nie trafiliście jednak do Legii.

Odradzał nam to trener Ocimek z Piaseczna. Swoją drogą, myśleliśmy wtedy, że będziemy brani pod uwagę do pierwszego zespołu. Takie mieliśmy o sobie mniemanie (śmiech).

Myślałeś kiedyś o tym, co by było, gdybyś został jednak w Młodej Legii?

Kiedyś myślałem, ale teraz staram się do tego nie wracać. Nie wspominam, bo mógłbym zacząć żałować.

Miałeś wtedy menedżera?

Mieliśmy wspólnego z Maćkiem Jankowskim. Chyba najsłabszy, z jakim współpracowałem w życiu. W niczym nie pomagał. Miał tabun zawodników z trzeciej i czwartej ligi. Na przykład Piotrka Maślankę, też od nas, z Piaseczna. Piotrek zarabiał 800 czy 1000 złotych, a ten co miesiąc ściągał z niego dziesięć procent, które miał zapisane. A z moim przejściem do Widzewa i tak nie miał nic wspólnego.

Młody zawodnik grający w niższych klasach rozgrywkowych naprawdę potrzebuje menedżera?

Nie. Wystarczy strzelić 5-7 goli i telefony dzwonią jak szalone.

Do ciebie dzwoniły?

Dzwoniły. I dzwonią do teraz, mimo, że tak naprawdę jestem już poza piłką.

Właśnie. Od jakiegoś czasu możemy oglądać cię jedynie na poziomie czwartej ligi. Jak do tego doszło?

Jestem w trakcie robienia kursu trenerskiego i ostatnio spotkałem na korytarzu trenera Sasala. Zapytał mnie czy myślałem, co poszło nie tak. To trudne pytanie. Zabrakło zdrowia, do tego kiepskie wybory. Tyle można powiedzieć.

Widzew był złym wyborem?

Nie. Tam wszyscy młodzi debiutowali po kolei. Trenerzy musieli kogoś wpuszczać, bo kadra nie dość, że kiepska, była jeszcze wąska. Po prostu nie miał kto grać. Później, po rundzie, wypchnęli mnie i Sebastiana Radzio na Śląsk, do Ruchu Radzionków. I to był mój największy błąd. W pierwszym sparingu zagraliśmy naprawdę solidnie, wszystko nam wychodziło. Byliśmy w dobrej formie. Później pojechaliśmy na sparing, bodajże, z Kluczborkiem i chwilę po wejściu na boisko dostałem w kostkę. Naderwałem jakieś więzadła i przez długi czas lekarze nie mogli mi pomóc. Wszystko trwało trzy miesiące, do maja. Gdy się wyleczyłem, do końca sezonu został praktycznie miesiąc, a ja dopiero dochodziłem do siebie i byłem bez szans na grę. Tak minęło pół roku. Wróciłem do Widzewa i słyszę: – Jesteś za słaby, musisz jeszcze pograć w seniorach. Tak mi powiedział trener Mroczkowski. I znowu dałem się wypchnąć na wypożyczenie. To był kolejny błąd. Bo ci, którzy nie dali się wypchnąć, w końcu zaczęli grać. Dla mnie wzorem jest Rafał Augustyniak. Nigdy nie uważałem, że będzie grał na wysokim poziomie. Ale nie dał się wypchnąć, pograł w Widzewie, poszedł do Jagiellonii i cały czas tam jest. I to tylko dlatego, że właśnie wtedy nie zgodził się na wypożyczenie.

Mariusza Stępińskiego też wypychali?

Nie do końca, bo to była perełka.

Gra teraz lepiej, niż się zapowiadało?

„Czutkę” do bramek miał zawsze. Ale nie lubię ludzi, którzy mają mentalność, w cudzysłowie, piłkarza.

Jak przebiłeś się do pierwszego zespołu Widzewa?

Pierwsze treningi odbyłem u trenera Czesława Michniewicza, ale to były tylko epizody. Gdy drużynę przejął trener Mroczkowski naturalną rzeczą było, że prędzej czy później wejdę do „jedynki”. Grałem w Młodej Ekstraklasie, coś strzelałem. Wszyscy z młodych dostali szansę.

Był ktoś, kto zapowiadał się bardzo dobrze, a mimo to nie zaistniał?

Na przykład Sebastian Ceglarz, napastnik. W Młodej Ekstraklasie strzelał hurtowo. W pierwszej drużynie zagrał 30 minut w jednym meczu i zaginął tak samo jak ja.

Pamiętasz swój debiut w Ekstraklasie?

Graliśmy na wyjeździe z Ruchem Chorzów. Szybko straciliśmy bramkę. Potem drugą, trzecią i do tego jeszcze czerwona kartka dla Abbesa. Gdy stałem już przy linii bocznej, Piotrek Grzelczak, którego miałem zmienić, strzelił honorowego gola.

Nie bałeś się, że w takiej sytuacji trener Mroczkowski cofnie zmianę?

Dokładnie tak myślałem. Strzelił gola, to go nie zdejmie. Ja bym nie zdjął. Ale wszedłem i widziałem tylko piłkę nad głową. Goniliśmy wynik, więc latała cały czas. Miałem dwie główki, dwie straty, raz chciałem wymusić rzut karny. I tyle mnie widzieli w Ekstraklasie (śmiech).

I po raz kolejny los złączył cię z Maćkiem Jankowskim, który przecież grał wtedy w Ruchu.

Tutaj niestety się minęliśmy. Maciek grał, ale zszedł zanim ja pojawiłem się na boisku.

Jakim trenerem był Radosław Mroczkowski?

Bardzo dobrym. Ale chyba lepszym dla młodzieży niż seniorów, bo wtedy nie miał jeszcze autorytetu.

Miał problemy z trafieniem do starszych zawodników?

Wydaje mi się, że tak. Nad młodymi mógł zapanować, a starsi mieli swoje przekonania. Nie wiem, czy taki Mielcarz albo Bieniuk traktowali go poważnie. Szatnia była wtedy bardzo podzielona – właśnie na starszych i młodych, którzy dopiero wchodzili do zespołu. No i obcokrajowcy. Był Abbes, który po polsku nie rozumiał nic. Okachi, Alves – to samo. Było śmiesznie. Trener gadał, a oni patrzyli i się uśmiechali, bo co mieli robić? Tylko Ukah , Dudu i Panka wszystko rozumieli.

Nie było szans na kolejne mecze Emila Wrażenia w Ekstraklasie?

W następnym meczu po debiucie wylądowałem na trybunach. Duży cios. Myślałem, że znowu złapię parę minut i jakoś to pociągnę.

wrazen-transfermarkt

screen: transfermarkt.pl

Wróćmy jeszcze do tematu twojego wypożyczenia do Radzionkowa. Spotkałeś tam piłkarza, o którego nie mogę nie zapytać. Piotr Rocki.

Niesamowita postać. Najlepszy piłkarz, jakiego poznałem w całym swoim życiu. Non stop palił papierosy, ale spokojnie mógłby rozegrać trzy mecze jednego dnia. To mu służyło. Kiedyś opowiadał, że jak przechodził z Grodziska do Legii, rzucił palenie na pół roku. I miał najgorszy okres w życiu. Mówił, że już nigdy więcej tego nie zrobi. Niektórzy prowadzą się świetnie, jak Damian Radowicz, ale nie mają szczęścia w piłce. A inni mogą funkcjonować jak Piotrek Rocki i grać w wieku 40 lat.

Widzisz go za kilka lat w roli trenera?

To byłoby ciekawe (śmiech).

2012 rok i kolejne, drugie wypożyczenie z Widzewa. Tym razem do Dolcanu Ząbki.

I kolejny błąd, duży błąd. Raz, że wypożyczenie; dwa, że Dolcan. Zadzwonił do mnie Rafał Leszczyński.

– Chcesz grać w Ząbkach?

– Jasne, że tak.

– To daję ci do telefonu trenera Podolińskiego.

Już wcześniej rozmawiałem z Rafałem, że najchętniej pograłbym właśnie w Dolcanie. Pierwsza liga, blisko Warszawy. O to mi chodziło. Następnego dnia przyjechałem na sparing. Nie wyszedłem nawet na boisko, dogadaliśmy się na ławce. Myślałem, że będę napastnikiem, a w systemie 3-5-2 zrobiono ze mnie wahadłowego biegającego od linii do linii. I zgasłem. Nie miałem żadnych szans na grę. Na mojej pozycji byli Chwastek, Świerblewski, Jakubik i Jaroń. A w ataku – Tataj i Piątkowski.

Co na to Podoliński?

Mówiłem mu nie raz, że nie jestem bocznym pomocnikiem ani obrońcą. Ale nie oszukujmy się – miał w ataku takich ludzi, że nie potrzebował nikogo innego.

Przez pół roku zagrałeś tylko w jednym meczu.

„Leszczu” pauzował wtedy za żółte kartki i wszedłem na boisko tylko dlatego, żeby zgadzała się liczba młodzieżowców.

Jak pracowało ci się z trenerem Podolińskim? Większość piłkarzy ma o nim pozytywne zdanie.

Ja nie mam, bo nie grałem. Liczyłem na dużo więcej. Czuję się trochę oszukany, bo tak naprawdę właśnie w Dolcanie skończyła się moja, nazwijmy to, kariera.

Wciąż byłeś jednak zawodnikiem Widzewie.

Tak, miałem jeszcze kontrakt. Byłem już bardzo sfrustrowany tym, że dwa razy się nie udało. Na dwóch wypożyczeniach rozegrałem tylko jeden mecz. I wiedziałem, jak będą wyglądały rozmowy: – Sorry, Emilku, miejsca nie ma. Albo do rezerw, albo na wypożyczenie. Miałem tego dość.

I odszedłeś. Nie chciałeś spróbować jeszcze swoich sił gdzieś wyżej?

Nie było żadnych ofert, żadnych możliwości. Nie grałem praktycznie przez rok!

Miałeś 21 lat.

Ale jak się w ogóle nie gra, to telefony nie dzwonią. Przez cały styczeń nie trenowałem, aż w końcu zadzwonił do mnie Marcin Stańczyk, z którym grałem w Dolcanie. Powiedział, że idzie do GKP Targówek i zapytał, czy nie chciałbym tam pograć. Nie miałem innego wyboru, więc poszedłem. Liczyłem, że się solidnie odbuduję i wrócę na wyższy poziom, ale w okresie przygotowawczym przytrafił mi się jakiś uraz mięśniowy. Potem prezesi sugerowali, że symuluję kontuzję.

Po co miałbyś to robić?

Pewnie po to, żeby kasować nie wiadomo jakie pieniądze. W Targówku.

Wyrzucili mnie do rezerw. A-klasa. Był zapis, że jak jesteś w rezerwach, dostajesz połowę pensji. Więc zostało mi dosłownie parę stów miesięcznie. Musiałem zacząć pracować jako kelner. Pracowało się różnie, bo trzeba było z czegoś żyć. Nawet po paręnaście godzin dziennie. A potem na trening.

Zderzenie z rzeczywistością?

Totalne. Chwytałem się każdej pracy, byłem nawet doradcą finansowym. I dużo kelnerowałem, bo to elastyczne godziny pracy. Do tego kończyłem wieczorowo trzecią klasę liceum, bo gdy wyjeżdżałem do Łodzi, przerwałem naukę.

Pracowałeś, chodziłeś do szkoły i grałeś w rezerwach GKP Targówek.

Grałem. Wyrzucili mnie, to musiałem.

Jak wspominasz wyjazdy w A-klasie?

Fantastycznie. Jest taki klub, Rządza Załubice, gdzie koło boiska chodzą krowy. Dwa lata po debiucie w Ekstraklasie grałem na boisku z krowami. To jest cios.

krowy-zalubice

Krowy pasące się przy boisku A-klasowej Rządzy Załubice (fot. Moja Turystyka Stadionowa)

Tak minęło kolejne pół roku.

W przerwie letniej, w 2013 roku, trenowałem w Starcie Otwock, ale nie dogadałem się z zarządem. Poszło o 100-200 złotych miesięcznie. Start musiał zapłacić za mnie Targówkowi 1000 złotych ekwiwalentu i chcieli potrącać mi to co miesiąc z pensji, po kawałku. To było dla mnie poniżenie i nie mogłem się na to zgodzić. Na tydzień przed startem ligi zostałem bez klubu. Wtedy zadzwonił do mnie Jarosław Ludwiniak, który kiedyś był kierownikiem w reprezentacji Mazowsza. Zapytał co robię i gdzie jestem, bo nic o mnie nie słychać. Powiedziałem, że nic nie robię, jestem bez klubu i szukam pracy. Zasugerował mi Spartę Jazgarzew. Powiedział: – Są pieniądze, pojedź, dogadaj się, odbudujesz się. Następnego dnia pojechałem.

I strzeliłeś 28 goli w sezonie w rozgrywkach czwartej ligi.

I 12 w okręgowym Pucharze Polski. Czego nie dotknąłem, to bramka. Mało biegałem, dużo strzelałem.

Telefony znowu zaczęły dzwonić?

Jak szalone! Miałem propozycje z pierwszej ligi z Siedlec, znowu z Widzewa, z Puszczy Niepołomice i Stali Mielec.

Nie poczułeś, że coś jeszcze może z tego wyjść? Że masz jeszcze szansę na powrót do większej piłki?

Jak strzeliłem trzy gole w meczu ze Stalą Mielec w rundzie wstępnej Pucharu Polski, to pomyślałem, że chyba jednak potrafię grać w piłkę. Gdybym wtedy trafił do Ekstraklasy, na pewno bym sobie poradził. A trafiłem za wcześnie. Byłem za młody, może za słaby fizycznie. I nie miałem pewności siebie. Teraz odrzucałem wszystkie propozycje, bo miałem już solidną pracę. Nie chciałem znowu jeździć po Polsce w niepewności. Postawiłem na pracę i okoliczną piłkę, chociaż liczyłem, że trafi się coś z trzeciej ligi.

Polonia cię nie chciała?

Chciała, jeszcze zanim trafiłem do Sparty. Od razu po degradacji, jak robili casting do nowej drużyny. Byłem zapisany na listę, ale nie dotarłem. Wybrałem wtedy Otwock, bo grał ligę wyżej.

Masz za sobą dwa i pół roku spędzone w Jazgarzewie. Tak już zostanie, czy dopuszczasz jeszcze możliwość grania gdzieś wyżej?

Już nie. Dlatego robię kurs trenerski i mam nadzieję, że niedługo będę miał tytuł UEFA C.

Jakie zyskasz uprawnienia?

Dzieci do 12 roku życia i A-klasa.

Więc może wrócisz jeszcze na boisko z krowami, już jako trener?

Nie, tam nie (śmiech). Nastawiam się na młodzież.

Masz jeszcze jakieś cele związane z piłką?

Raczej trenerskie. Mam nadzieję, że zawodnik szkolony od początku do końca przeze mnie zagra kiedyś w Ekstraklasie.

Tak jak ty?

Tak jak ja. Chociaż tyle (śmiech).

Na koniec zapytam jeszcze o sytuację z sierpnia. Mówisz, że definitywnie postawiłeś na pracę i grę w okolicach Warszawy. Tymczasem pod koniec okna transferowego pojawiła się informacja, że idziesz do Widzewa, do czwartej ligi.

Byłem dogadany i zdecydowany na grę w Łodzi, bo proponowali pracę i dobre pieniądze. Jechałem już do Łodzi samochodem. Jak nigdy nie mylę drogi, tak wtedy pomyliłem.

Jakim cudem? Wystarczy wjechać na autostradę.

Zamiast na Łódź pojechałem na Gdańsk (śmiech). Potem zabrakło mi jeszcze paliwa, ledwo dojechałem do stacji. To musiał być jakiś znak. Ale nie żałuję, dobrze się stało.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s