Dariusz Dudkiewicz: – Wiatr hulał, ale na głowę nie padało

Dudkiewicz

Człowiek-orkiestra. Był kierownikiem drużyny, aktorem, dziennikarzem. Dziś pełni funkcję rzecznika prasowego I-ligowego Dolcanu Ząbki. Dariusz Dudkiewicz, bo o nim mowa, jest z pewnością postacią nietuzinkową. Swego czasu Gramybezbramkarza.pl określił mianem facebookowego portaliku, ale nie zamierzaliśmy się obrażać. Spotkaliśmy się za to na stadionie w Ząbkach, gdzie w gabinecie dyrektora Jerzego Szczęsnego rozmawialiśmy przez ponad godzinę. Efekty? Oceńcie sami!

– Dlaczego zgodził się pan na wywiad dla „Facebookowego portaliku”?

– Bardzo słuszne pytanie, bo dotąd mocno wystrzegałem się małych serwisów. Dlaczego dla was robię wyjątek? Macie bardzo fajną, chwytliwą nazwę, a poza tym przed wyrażeniem zgody wykonałem kilka telefonów i zasięgnąłem opinii środowiska. Okazało się, że wszystko jest dobrze ogarnięte, a wywiady są interesujące. Skorzystałem z okazji, dopóki jesteście na dorobku, bo jak będziecie na topie, wywiadu ze mną nie zrobicie. Ogólnie wysoko was oceniam.

– Dotarła do pana informacja, jak był nazywany kilka lat wstecz na starej trybunie prasowej?

– Nie przypominam sobie.

– Nazywano pana „Listonoszem”.

– Fakt, miałem piękną torbę na ramię, w której ukrywałem przesyłki dla dziennikarzy – kartki ze składami i programami meczowymi, których nie chciałem nosić pod pachą. Nigdy nie lubiłem też wysługiwać się innymi, więc zostałem doręczycielem (śmiech).

– Po upominki sięgali też kibice siedzący na trybunach obok. Minę miał pan wtedy nietęgą, chyba to lekko irytowało?

– Muszę przyznać, że tak. Nie wynikało to jednak z mojej złej woli a faktu, że później kibice nie wyrzucali kartek do kosza, tylko zostawiali na siedzeniach, co z kolei rodziło nieporozumienia z zarządcą obiektu. Zaproponowano więc, aby nie rozdawać ich na prawo i lewo. Oczywiście, robię wyjątki, bo są starsi ludzie, którym należy się szacunek. Młodym radzę natomiast skorzystać z bardzo sympatycznych urządzeń, które zawsze mają przy sobie, czyli telefonów czy tabletów.

– Mówisz Dolcan – myślisz Dudkiewicz. Mamy wrażenie, że w tym klubie jest pan niemal od zawsze.

– Od zawsze może nie, ale to trwa już od 2001 roku. Zespół spadł wtedy do IV ligi. Wcześniej grałem i logistycznie organizowałem rozgrywki oldbojów. Zawsze marzyłem, żeby stworzyć silną drużynę. Udało się zbudować fajny kolektyw i zaczęliśmy się liczyć na Mazowszu. Moje zaangażowanie i inwestowanie własnych środków finansowych zostało dostrzeżone przez dyrektora Jerzego Szczęsnego. Po spadku trenerem Dolcanu był Jan Karaś. W pewnym momencie dyrektor zaprosił mnie do gabinetu, gdzie siedział już szkoleniowiec. Nie wiedziałem kompletnie, o co chodzi. Wszedłem, spojrzałem, a dyrektor wypalił: – Janek, pozwól, że ci przedstawię, to nowy trener zespołu. Trener się zerwał, aż złapała go czkawka (śmiech). W końcu dyrektor z wesołą miną wyjaśnił, że będę kierownikiem drużyny. Wtedy zaczęła się moja przygoda z Dolcanem, która trwa do dziś. Funkcję kierownika pełniłem przez sześć lub siedem lat, współpracowałem z kilkoma trenerami. Gdy z prowadzenia zespołu ze względów osobistych zrezygnował Piotr Szczechowicz, stałem na zakręcie. Prowadziłem wcześniej firmę spedycyjną, która upadła. Zostałem oszukany przez nieuczciwych kontrahentów z Grecji. Później kolejna firma, w której pracowałem, przegrała przetarg na budowę obwodnicy wrocławskiej. Wtedy zrozumiałem, że biznes nie jest dla mnie. Jeżeli nie udało ci się ukraść pierwszego miliona, a tobie ukradli, to daj sobie z tym spokój. Skupiłem się na pracy w klubie i jest mi tu dobrze.

– Z którym trenerem współpracowało się panu najlepiej?

– Może was zaskoczę, ale z Piotrkiem Szczechowiczem. To człowiek z wielką charyzmą. Gdybym pracował z nim w każdym klubie, gdzie pełnił funkcję szkoleniowca, osiągnąłby znacznie więcej, bo doskonale się uzupełnialiśmy.

– Najtrudniejsze już chyba za Dolcanem, przede wszystkim problemy ze stadionem.

– Tak, choć jeszcze kilka braków jest. Nie mamy podgrzewanej płyty, przydałaby się też większa pojemność stadionu, bo tego wymaga ekstraklasa, do której dążymy. Musimy też kroczyć ku rozbudowie bazy treningowej, żeby młodzież miała dobre warunki do rozwoju. Chcemy, aby powstała sztuczna płyta. Stworzyliśmy już Akademię Piłka-Żaka. Mamy nadzieję, że pozwoli to stworzyć podwaliny i doczekamy się wkrótce piłkarzy na wysokim poziomie wyszkolonych w Ząbkach. Kurczę, mam 53 lata, a myślę o tym, co tu będzie za kolejnych 15… Ale taki już jestem, cały czas się rozwijam. Teraz dodatkowo mierzę się z misją wychowawczą – niedawno z żoną postaraliśmy się o potomka. Fabian urodził się nieco ponad rok temu. Też dzięki temu patrzę do przodu na 40 lat. Mam nadzieję, że dożyję tak sędziwego wieku.

– Jak wspomina pan konferencje prasowe pod namiotami, które w pewnych momentach niemal odfruwały?

– Cieszę się, że sobie z tym poradziliśmy. Na pewno były to bardzo trudne warunki, nie było komfortu pracy. Jedno, że na głowy nie padało. Dobrze, że mamy to już za sobą i po trudnym okresie przejściowym dziennikarze przyjeżdżający do Ząbek mogą wypełniać obowiązki w komfortowy sposób. Udało nam się wywalczyć kameralną salę, która nawiązuje do tradycji klubu, oddaje jego klimat.

– Co pan czuje, patrząc z wysokości nowej trybuny na starą, na której niejedno pan przeżył?

– Już mi to spowszedniało, już bym chciał więcej! Chciałbym kolejnej trybuny, zabudowy stadionu, windy na sześć pięter…

– …w której znów mógłby utknąć Jan Urban?

– Oj, to był numer! Trener Urban na stadionie Lecha chyba nie wchodzi już do żadnej windy. Na naszym obiekcie do dźwigu weszło trochę za dużo osób i winda się zacięła. Troszkę sobie grupa posiedziała, zdaje się, że przez całą połowę meczu z Zawiszą Bydgoszcz. Trzy tygodnie później politycy Prawa i Sprawiedliwości grali u nas z samorządowcami z Wołomina. Uprzedzałem panów, żeby nie wpuszczali już do windy posła Jacka Sasina. Zrobili to jednak i na pomeczowym bankiecie kogoś brakowało (śmiech).

– Praca rzecznika prasowego w Dolcanie jest według pana trudna?

– Czasami tak. Cały czas obserwuję też, jak pracują w innych klubach, staram się wyciągać wnioski i nie popełniać błędów, które stały się udziałem innych. Od pewnego czasu nie pokazuję się w obiektywie kamer. Apeluję z tego miejsca do wszystkich rzeczników – zejdźcie z kadru. Nie jesteśmy w nim potrzebni na konferencjach, mikrofony mogą przełożyć sobie sami dziennikarze. No, może na Legii pani Iza Kuś powinna zostać (śmiech).

– Nie ma pan problemu z nadążaniem za nowoczesnością. Używa pan Facebooka, ma konto na Twitterze.

– Nie zamykam się w kokonie. Komunikatory mi nie przeszkadzają, a wręcz przeciwnie – są bardzo pomocne. Nie uczyłem się tego specjalnie, nie sprawiało mi to nigdy trudności. Konto na Twitterze nadal mam aktywne, ale już się nie udzielam. Dlaczego? Nie spodobała mi się grupa dziennikarzy, głównie młodych. W swojej pracy starałem się zawsze jak najbardziej udogodnić im pracę. Stąd między innymi ewenement w postaci przyjmowania wniosków akredytacyjnych w formie SMS. Od razu zaznaczam, że weryfikuję każdą taką prośbę.

– W jaki sposób?

– Gdy mam wątpliwości, sprawdzam w internecie dorobek takiej osoby, proszę o e-maila ze skrzynki służbowej, pytam w redakcjach. Zresztą, czasem wystarczy, że wygoogluję sobie nazwisko przykładowo Stefana Majewskiego i wiem, czy to trener, czy lekarz ginekolog. Mamy system identyfikacji, nikt niepowołany na stadion w Ząbkach nie wejdzie. Do wszystkich mediów odnoszę się z dużym szacunkiem, co nie znaczy, że niczego nie sprawdzam.

– A co z tym Twitterem?

– Tak, jak wspomniałem, umożliwiłem akredytowanie się na mecze za pomocą SMS. Tymczasem kilku dziennikarzy zrobiło sobie z tego powód do żartów, odnosząc się też szyderczo w stosunku do mojej osoby. Nie było to przyjemne, ale ja to zapamiętam, a pamięć mam dobrą. Co ciekawe, kiedyś zrobiłem eksperyment, chciałem sprawdzić, jak system akredytacyjny działa w Legii Warszawa.

dudtwitter

– Na czym to polegało?

– Zadzwoniłem do klubu z prośbą o akredytację na mecz. Rzecznikiem prasowym był wówczas pan Michał Kocięba, ale nie jestem stuprocentowo pewny, czy to właśnie z nim wtedy rozmawiałem. Przedstawiłem się, poinformowałem z jakiego klubu dzwonię i w jakiej sprawie. Zarejestrowałem się też w Internetowym Biurze Prasowym, spełniłem wszelkie wymagania. Dzień przed meczem zadzwoniłem ponownie, by zapytać, czy akredytacja została przyznana. I dialog wyglądał tak:

– Czy mógłby pan się przedstawić?

– Dariusz Dudkiewicz, rzecznik prasowy Dolcanu Ząbki.

– A wie pan, dokąd pan dzwoni?

– Oczywiście, robi pan ze mnie debila, czy jak? Do Legii Warszawa.

– A wie pan, z jakiego klubu pan dzwoni?

Chciał mi udowodnić, że Dolcan jest nic nie znaczącym klubikiem. Szkoda tylko, że ten ktoś z biura prasowego zapomniał, że istnieje od 1927 roku. Może nie grał w ekstraklasie, może nie był mistrzem Polski, ale ton głosu tego człowieka był wręcz chamski. Gdybym był przełożonym takiego gościa, z miejsca by u mnie nie pracował. Odmowę bym zrozumiał, ale prostactwa i braku szacunku nie. Gdy mu to wytłumaczyłem, pieprznął słuchawką.

– Jak teraz traktowany jest w Polsce Dolcan Ząbki?

– Już jako piłkarska firma. Jesteśmy zauważani, traktowani poważnie, może poza Bytowem (śmiech). Zgodnie z zasadami, wysłaliśmy przed meczem do Bytovii listę gości VIP ze strony klubu. Nigdzie nie było żadnych problemów, ale do czasu. W Bytowie wpuszczono autokar na stadion, podchodzi facet, który wygląda jak z „Misia”…

– Do kogo?

– Na mecz, drużyna Dolcanu.

– A wysłaliście zapytanie, czy macie wejściówki dla VIP-ów?

– Oczywiście, zrobiliśmy to . Mamy nawet potwierdzenie.

– A na który fax wysłaliście?

Poczułem się, jakbym był na planie filmowym. Po chwili gość mówi, że on ma szesnaście faksów i powinniśmy wysłać pismo akurat na ten, który on obsługuje. Tylko skąd ja mam wiedzieć, który jest właściwy? Facet chciał pokazać, że jest ważny, a co ciekawe, okazało się, że nie on był osobą decyzyjną.

– W jaki sposób klub przez tyle lat jest w stanie utrzymać przy sobie tak możnego sponsora jak firma Dolcan?

– Prezes Sławomir Doliński jest ewenementem na bardzo szeroką skalę. W Ząbkach się wychowywał, chodził do szkoły. Zdecydował się zainwestować w lokalną piłkę nożną, stworzył warunki do rozwoju. Chyba nie zawodzimy jego zaufania.

– Bliskość Warszawy pomaga czy przeszkadza w ściąganiu kibiców na mecze Dolcanu?

– Powinniśmy walczyć o naszych fanów. Do dziś na stadion przychodzą ci sami ludzie, co za czasów IV ligi. Frekwencja skoczyła na meczu z Chrobrym Głogów, gdy odpaliliśmy sztuczne oświetlenie, ale potem znów wróciła do starego stanu. Musimy się zastanowić, co zrobić, żeby tych kibiców zatrzymać. Pomogłaby w tym może sprzedaż biletów online, nad czym intensywnie pracujemy, ale taka aplikacja jest bardzo kosztowna. Problem polega też na tym, że sporo ludzi w Ząbkach nie wie, co będzie robiło za godzinę, nie ma nawyku chodzenia na Dolcan, ale robimy co w naszej mocy, aby to zmienić. Może zmieni to nowa restauracja „ARENA” na naszym stadionie?

– Z ekonomicznego punktu widzenia ma to sens?

– Nie chcę wypowiadać się za prywatnego właściciela, ale moim zdaniem tak. Nie zabraknie piłkarskiego klimatu, transmisji meczów, dobrego jedzenia i napitku. Będą tam odbywać się imprezy okolicznościowe, nie uważam, że przez cały tydzień będzie pusto, a lokal zapełni się tylko przy okazji spotkań piłkarskich. Inna sprawa, że społeczeństwo ząbkowskie jest dość specyficzne.

– Co pan ma na myśli?

– Fakt, że nikt nie chce wychodzić przed szereg. Chciałem zorganizować podczas meczu czyjeś zaręczyny – nie było chętnych. Podczas gali DSF w Ząbkach ludzie wstydzili się nawet głośno zaśpiewać hymn narodowy, zdecydowała się na to tylko garstka, w której dominującą część stanowili oficjele. Mam nadzieję, że wkrótce ludzie się otworzą, zobaczą, że warto.

– Kibiców może nie jest wielu, ale są bardzo przywiązani do klubu. Gdy pojawił się pomysł zmiany herbu i barw koszulek, postawili weto.

– Zgadza się. To był krok marketingowy, ale po negocjacjach z kibicami w ciągu miesiąca osiągnęliśmy porozumienie. W fioletowych koszulkach gra teraz drugi zespół, przez to kierownicy innych zespołów mogą ubierać swoje drużyny w dowolne kolory, a i tak nie będzie problemów podczas meczów z nami.

– Ilu kibiców teraz średnio przychodzi na mecze? Zazwyczaj mistrzem liczenia jest Paweł Mogielnicki z 90minut.pl, ale zawsze, gdy pyta pana o ilość osób na trybunach, pan nieco zawyża.

– To tylko dla Pawła (śmiech). Kiedyś miałem przygodę z delegatem. Patrząc z trybuny w prawo i w lewo wydaje się, że ludzi jest sporo, ale z poziomu murawy to już zupełnie inna sprawa. Dlatego zawsze proszę fotoreporterów, aby zrobili zdjęcie trybuny. Na meczu z ROW 1964 Rybnik sprzedaliśmy 237 biletów, a tymczasem delegat stwierdził, że kibiców było dużo więcej. Po meczu wydrukowałem sobie zdjęcie trybuny, wziąłem ołówek i liczba idealnie się zgadzała.

– Dla promocji klubu robi pan bardzo wiele. Napisał pan nawet hymn, który swego czasu otwierał każde spotkanie Dolcanu.

– Kiedyś bawiłem się trochę w muzykę i chciałem zrobić coś ciekawego. Odkopałem swoją gitarę, żona spojrzała na mnie jak na wariata, popukała się w czoło. Pomyślałem: jeszcze zobaczysz! Nagrałem ścieżkę dźwiękową, napisałem słowa i z tym materiałem pojechałem do mojego przyjaciela, Roberta Tyca. Poprosiłem o wykonanie w studio, zrobił to bez problemu ze swoimi kolegami z zespołu „Crossroads” i tak powstał hymn o niezbyt odkrywczym tytule „Na na na” (śmiech). Zapłaciłem za to z prywatnych środków, o co Robert był na mnie wkurzony, ale wszystko sobie wyjaśniliśmy. Potem usłyszałem niejednokrotnie, że to badziewie, wiocha i tak dalej. Szkoda tylko, że każdy jest mocny tylko w gębie, a sam nic nie zrobi. Jeśli ktoś dałby radę zrobić to lepiej, nie ma problemu, przecież nie jestem uzurpatorem.

– Kibiców mogłoby być więcej, ale czy na stadion nie przychodzili sąsiedzi, którym piłki niemal podczas każdego treningu czy meczu wpadały na posesję?

– Po meczach I-ligowych nie, sąsiedzi wtedy odnoszą się z szacunkiem i piłki szybko wracają. Gorzej z treningami i meczami młodzieżowych zespołów, tutaj jest nieco inaczej, trzeba troszkę się naprosić. Na szczęście żadne okno nie zostało wybite, może pomógł też apel na Twitterze Marcina Krzywickiego, żeby chować samochody, gdy wychodzi na boisko. Ten facet w ogóle potrafi mnie niebywale rozbawić, uwielbiam gościa. Moglibyśmy razem robić kabaret.

– Akcent humorystyczny pojawiał się też w programie „W sportowym tonie”, który pan współprowadził. Czemu podczas emisji dyżurowała wróżka?

– Sama stacja Rodin.tv bazowała na wróżach, którzy mieli przynosić dochód. Potem nieco się zmieniło, stacja bardziej się otworzyła, stąd program sportowy, ale wróżka została. To w ogóle była wesoła akcja, zadzwonił do mnie Adam Gronau, abym pomógł mu prowadzić taki program. Niczego nie przygotowywaliśmy, wchodziliśmy do studia na żywca. Spotykaliśmy się pół godziny wcześniej, wychodziliśmy na fajkę, jaraliśmy 10-15 szlugów i jazda. W założeniu miało to być spontaniczne i takie rzeczywiście było. Nie zależało nam na setkach lajków na Facebooku, ale o sprawdzenie się przed kamerą na żywo. Fajny projekt. Brałem też udział w paradokumentach, jak „Sąd Rodzinny” czy „Malanowski i partnerzy”. Tam również sporo improwizowałem, a to z prostego powodu – scenariusz potrafił się zmieniać na tydzień przed emisją. Z tego względu miałem na to wyjebane i czasami grałem właściwie z kapelusza. Tylko raz skorzystałem z suflera, reżyser nie miał do mnie pretensji, więc nie było chyba najgorzej.

– Wracając do samego klubu – niewiele osób wie, jak potrafił zachować się Patryk Mikita, oddając buty mniej zamożnemu chłopakowi.

– Tak. To był piękny gest. Zgłosił się do mnie chłopak, którego marzeniem było posiadać fajne korki, ale ze względów finansowych nie mógł sobie pozwolić na ich zakup. Poprosiłem Patryka, a on bez słowa wyjął swoje i mu je oddał. A to nie były buty za 100 zł, tylko naprawdę drogi model. Chłopak zaniemówił, nie wiedział, co powiedzieć. Łzy zakręciły mu się w oczach. Świetne zachowanie, choć żal, że tak rzadko spotykane.

– Piotr Dziewicki też był zadowolony, kiedy znoszący go z boiska sanitariusz, mówiąc kolokwialnie, zaliczył glebę?

– To też wesoła historia. Naszemu noszowemu, Piotrkowi Wojdzie, odjechała noga i wyłożył się jak długi. Piotrek przyjął to z uśmiechem, to w ogóle bardzo pozytywny człowiek, szkoda tylko, że w pewnym momencie przestał grać. Gdy do nas przychodził, był w okresie jeżdżenia po klubach. Sprawdzał się w wielu miejscach i nie miał szans przepracować okresu przygotowawczego, a metodą startową nie ma szans dojść do pełnej dyspozycji.

– Gdzie za 10 lat może być Dolcan? Gdzie chciałby go pan widzieć?

– Na pewno w ekstraklasie, od ośmiu lat. Zabudowany stadion, zadaszony, pełny. Moda na Dolcan, w składzie drużyny pięciu-sześciu wychowanków, a w drużynach młodzieżowych Fabian Dudkiewicz.

Rozmawiali Emil Kopański i Tomasz Obrępalski

Fot. Twitter.com, Facebook

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s