Marek Zub: – W Świcie płacili nam pączkami

zub

– Marek mówi mało, ale mądrze – tak o swoim asystencie z GKS Bełchatów, Marku Zubie, wypowiadał się Orest Lenczyk. Jak się jednak okazało, prawdziwa jest tylko druga część tego zdania. Rozmowa z byłym trenerem Żalgirisu Wilno i aktualnym kandydatem na selekcjonera reprezentacji Litwy trwała ponad dwie godziny. W tym czasie trener opowiedział o swoich bogatych doświadczeniach i ludziach, z którymi miał okazję pracować. Warto więc poznać bliżej spokojnego trenera z tak bogatą historią.

– Polska piłka nożna – jakie jest pańskie pierwsze skojarzenie z tym hasłem?

– Fajne pytanie, ale odpowiedź nie jest prosta. Polski futbol kojarzy mi się na chwilę obecną właśnie z odpowiedzią na kwestię, czy po tak spektakularnym awansie do mistrzostw Europy nasza reprezentacja potwierdzi swoją wartość w finałowym turnieju? Takie potwierdzenie zamknęłoby wyraźnie cały cykl i nadało mu historyczny wymiar sukcesu.

– Śledzi pan to, co dzieje się aktualnie w Hetmanie Zamość, w którym rozpoczynał pan swoją karierę związaną z futbolem?

– Tak, i strasznie boli mnie to, co się dzieje. To dla mnie rzecz niepojęta. Można przechodzić trudniejsze okresy, grać niżej czy wyżej, ale taki upadek jest niezrozumiały. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale być może dlatego, że nie widzę tego z bliska. W każdym razie takie miasto i cały region zasługuje na drużynę grającą na szczeblu centralnym.

– Jako trener na szersze wody wypłynął pan w roli asystenta Krzysztofa Chrobaka w Polonii Warszawa. Prezesem klubu był wówczas jeszcze Janusz Romanowski. Jak wspomina pan tego człowieka?

– Nie miałem z nim większej styczności, gdy dołączyłem do sztabu szkoleniowego, akurat prowadził rozmowy na temat sprzedaży klubu. Trafiliśmy tam z Krzysztofem też chyba właśnie dlatego, że były to trudne transformacje organizacyjne i Polonia znalazła się na zakręcie.

– Dużym talentem w ówczesnej Polonii był Łukasz Jarosiewicz. Nie da się chyba jednak ukryć, że prowadzić tego gracza nie było łatwo.

– Fakt, mieliśmy z nim wiele problemów. Gdy trafił do Warszawy, wpadł chyba w nieodpowiednie towarzystwo i się zagubił w stolicy. Z tego, co wiem, nie byliśmy jedynym duetem trenerskim, który nie mógł okiełznać Łukasza. Nie ułatwiał tego fakt , że okres naszej współpracy przypadł na trudne chwile, jakie przeżywał klub. Zostaliśmy bez pensji, bez odpowiedniej organizacji. Jakoś trzeba było odreagowywać frustracje, a Łukasz akurat lubił piwo. Nie potrafił się odnaleźć w trudnej sytuacji, ale w piłkę grał naprawdę dobrze. Do rozwoju talentu trzeba jednak jeszcze silnego charakteru i samodyscypliny, a tego brakowało.

– Kilku zawodników z tamtej Polonii dziś pracuje na najwyższych poziomach jako trenerzy. Spodziewał się pan tego? Który z nich pana zdaniem może osiągnąć najwięcej?

– Wtedy nie było widać takich zapędów. Trudno powiedzieć, który z nich zajdzie najdalej. W czasach, gdy byli zawodnikami, nawet jeżeli robili notatki po treningach, nie chwalili się tym, bo nie wiadomo, jak zareagowałoby tak specyficzne otoczenie, jak piłkarska szatnia (śmiech). Każdemu życzę jak najlepiej i będę z przyjemnością obserwował ich rozwój.

– Pańskie początki w pracy trenera nie były łatwe. Z biednej jak mysz kościelna Polonii trafił pan do jeszcze biedniejszego Świtu Nowy Dwór Mazowiecki.

– Dokładnie, to było jak wpaść z deszczu pod rynnę. Rozstając się z Polonią, po uratowaniu ligowego bytu, zostawiliśmy tam półroczne zarobki, których już nigdy nie zobaczyliśmy. Próbowaliśmy dochodzić swoich pieniędzy w sądach. Krzysiek Chrobak jeszcze do niedawna walczył o zaległości, ale z tego co wiem, bezskutecznie. Ja odpuściłem dużo wcześniej. W Świcie pracowałem pół roku i pod względem sportowym nie wyglądało to źle. Z Nowego Dworu Mazowieckiego odszedłem wyłącznie dlatego, że wreszcie dostałem propozycję z klubu, w którym mógłbym liczyć na sukcesywną wypłatę. Sytuacja w Świcie była tragiczna, chyba najtrudniejsza runda w moim życiu. Drużyna złożona była z zawodników, których kontrakty nie były totalnie realizowane ze strony klubu. To dotyczyło również trenerów. Piłkarze zamiast pieniędzy otrzymywali od sponsorów pieczywo i ciastka. W pewnym momencie przed świętami Wielkiej Nocy kibice zrobili zrzutkę, żebyśmy mieli coś na ten czas. Przynieśli nam w reklamówce zebrane na trybunach podczas meczu pieniądze. Siedziałem potem przy stoliku i dzieliłem pomiędzy zawodników, którzy czekali niecierpliwie w szatni.

– Miał pan w zespole ciekawych zawodników, mieszankę rutyny z młodością. Prym w szatni wiódł Piotr Mosór?

– Piotrek przyszedł do nas z ogromnym doświadczeniem w ekstraklasie, trafiając do klubu opartego na stuprocentowej prowizorce. Nie ukrywam, że ma twardy charakter, ale muszę przyznać, że w wielu sytuacjach bardzo mi pomógł. Był osobowością, odegrał dużą rolę w scaleniu tej drużyny. Wiadomo, że z czasem jego entuzjazm gasł, bo ile można kopać się z koniem, ale jestem mu bardzo wdzięczny. Bieda nas cementowała, zbliżała do siebie, ale nie daliśmy w końcu rady. Też byłem bardzo zmęczony. W Polonii nie płacili, w Świcie nie płacili. Nic więc dziwnego, że przyjąłem propozycję trenera Lenczyka.

– Dlaczego wybór padł właśnie na pana?

– Lenczyk sięgnął po mnie, gdyż znaliśmy się już wcześniej, był moim trenerem. Cały czas pozostawaliśmy w kontakcie i w końcu nadeszła taka propozycja. Miałem duży dylemat, czy zostać w Świcie jako pierwszy trener, czy przyjąć asystenturę w Bełchatowie, ale w końcu zaważyły względy finansowe. Z czegoś rodzinę trzeba było utrzymywać.

– W GKS udało się wywalczyć wicemistrzostwo Polski, będąc krok od najważniejszego trofeum. Traktuje to pan jako sukces czy porażkę?

– O wywalczeniu tytułu, decyduje generalnie cały sezon. Jednak to jego poszczególne momenty, mecze, pozwalają wpływać na jego przebieg. Dla nas, uważam, brzemienna w skutkach była porażka z Wisłą Kraków w Bełchatowie. Jeszcze w ostatniej kolejce byliśmy mistrzem kraju, bo w pewnym momencie meczu Legii z Zagłębiem był korzystny dla nas wynik. Wiemy, jak się to wszystko skończyło i z perspektywy czasu można się zastanowić, czy przypadkiem komuś nie pasowało, żeby to GKS był mistrzem? Nie wiem. Dla nas to był duży sukces, choć oczywiście mógł być większy.

– Pamięta pan słowa trenera Lenczyka: – Marek mówi mniej ode mnie, ale zawsze mówi mądrze?

– Nie pamiętam, ale to miłe, w takich chwilach człowiek czuje się doceniony. Trener Lenczyk nie był nigdy despotą, mimo, że opinie bywały różne. Słuchał asystentów, ale tylko wtedy, gdy mówili rozsądnie (śmiech). Mnie też czasami wydawało się, że mówię mądrze, lecz trener miał na ten temat inne zdanie. Wiele razy dyskutowaliśmy bardzo burzliwie, nie klepaliśmy się tylko po plecach. Nie unikaliśmy trudnych tematów.

– Jak w drużynie odnajdywał się Carlo Costly? Chyba nie był zbyt lubiany przez resztę zespołu, zresztą niewiele też rozumiał.

– Był moment, gdy trener Lenczyk był otwarty na zawodników z różnych stron świata i tak właśnie trafił do nas Costly. Przez długi czas to ja właściwie odpowiadałem za komunikację z Carlo. Pierwsze sygnały o jego dołączeniu do drużyny dotarły do nas w listopadzie. Od razu pojawiła się też informacja, że facet mówi wyłącznie w języku hiszpańskim, a na naukę innych jest mocno oporny. Aby jakoś się z nim dogadać, zacząłem więc uczyć się hiszpańskiego. Gdy przyleciał, znałem jedynie podstawowe zwroty. Tymczasem ktoś mu opowiedział, że ja dobrze mówię w jego języku. Początki były trudne, musiał się zaaklimatyzować, pierwszy raz w życiu widział śnieg. Bardzo często nie mogłem go zrozumieć, ponieważ hiszpański w Hondurasie a hiszpański książkowy, to dwie różne sprawy. Mimo to, bardzo często przychodził się „wygadać”, myślę, że miałem z nim dobry kontakt. Zespół natomiast takiego nie miał. Carlo sprawiał wrażenie, że nie chciał używać nawet podstawowych zwrotów angielskich. To, moim zdaniem, zaważyło, że nie pokazał w Polsce wszystkiego, co potrafił. Przychodził na odprawy i patrzył tylko, czy jego nazwisko jest w składzie. To miał być przystanek na drodze do dalszej kariery, ale czas pokazał, że nie do końca mu to wyszło.

– Costly nie padał ofiarą żartów ze strony Piotra Lecha, naczelnego jajcarza w szatni?

– Nie, raczej siedział z boku i rozglądał się po ścianach, a nawet jak ktoś darł z niego łacha, to Carlo się tylko uśmiechał, bo do końca nie rozumiał. Złośliwości żadnej nie było, chłopakom chyba nawet się nie chciało, bo i tak nie byłoby reakcji.

– Jednym z liderów drużyny był też wówczas Mariusz Ujek. Chyba jako jeden z nielicznych lubił wchodzić w dyskusje z trenerami?

– To jest piłkarz, który ma otwartą głowę. Szeroki wachlarz zainteresowań, duża wiedza ogólna. A że czasem używał wobec sędziów słów uznawanych powszechnie za wulgarne? Takie teksty padają na każdym meczu, żadna afera. Później miał problemy związane z korupcją, ale jestem przekonany, że został w to wmanewrowany. Charakter i światopogląd nie pozwoliłyby mu na coś takiego. Wracając do pytania, owszem, lubił wymieniać poglądy. Często jego uwagi były bardzo celne, przemyślane. I nie wahał się mówić o swoich spostrzeżeniach, podczas gdy większość woli się nie wychylać.

– Który w kolejce do gry w GKS był Marcin Komorowski?

– U trenera Lenczyka w pewnym momencie ostatni. Kiedyś trener powiedział: – Marcin, przy ustalaniu składu jest kolejność: 25 zawodników, ja, dwie sprzątaczki i na końcu ty. To był jednak sposób na dotarcie do Komora, zmotywowanie. Myślę, że Marcin to doskonale rozumiał. Wtedy trochę go to bolało, ale szybko radził sobie z takim bólem. To ambitny facet i jak pokazał czas, trafił nawet do reprezentacji Polski. Prosił o dodatkowe, indywidualne zajęcia, na których pracował bardzo solidnie, co po latach przyniosło efekty.

– Czego zabrakło Marcinowi Truszkowskiemu, żeby poważnie zaistnieć w piłce nożnej?

– Marcin już do Bełchatowa trafił z różnymi problemami. W Łomży grał całkiem nieźle, dlatego postanowiliśmy dać mu szansę. Moim zdaniem ekstraklasa była dla niego zbyt wysokim poziomem. Trudno jednak ocenić, czy po prostu nie dawał rady sportowo ze względu na umiejętności, czy po prostu zajmowały go inne, niewłaściwe sprawy. Człowiek-zagadka.

– Po zakończeniu pracy w GKS trafił pan do Widzewa Łódź, gdzie wreszcie dostał szansę poprowadzenia zespołu jako pierwszy trener w ekstraklasie.

– To był trudny czas, zwłaszcza dla mnie. Bardzo trudno było mi pożegnać się z Lenczykiem. Chciałem jednak wreszcie popracować samodzielnie. Sytuacja Widzewa też była wtedy bardzo skomplikowana – zmiana właściciela, a do tego w niedługim czasie do klubu dotarła decyzja o wykluczeniu z ekstraklasy i zakaz transferowy. Drużyna składała się z obcokrajowców, polskich, doświadczonych zawodników i grupy młokosów. To były trzy totalnie oderwane od siebie grupy. Cholernie trudnym zadaniem było poskładanie tego w całość, dostosowanie do własnej koncepcji. Nie mieliśmy też możliwości pozyskania kluczowych zawodników. Atmosfera wokół klubu też nie sprzyjała osiąganiu wielkich wyników. Do tego dochodziły stare niesnaski pomiędzy Łodzią i Warszawą, co też zdarzało mi się odczuwać.

– Co pan ma na myśli?

– W Łodzi stolica nie jest Warszawą, tylko „Warszawką”. Panuje przekonanie, że ludzie z Warszawy są bufonami i stawiają się ponad innymi. To odczuwa się mocniej w dzielnicy robotniczej, jaką jest Widzew. Osoby ze stolicy są tam ludźmi innej kategorii. W przypadku kibiców piłkarskich takie niesnaski są jeszcze bardziej wyraziste. Tymczasem Zbigniew Boniek przekazywał klub człowiekowi z Warszawy, czyli Cackowi. Wyszło na to, że warszawiak panoszy się w sercu robotniczego Widzewa, tłamsi tradycje. Do tego zatrudnił trenera z Warszawy. Z miejsca stałem się złym szkoleniowcem, zanim jeszcze na dobre przystąpiłem do pracy. Zmieniłem Michała Probierza, który sprowadził do klubu pewną grupę piłkarzy, która też od początku patrzyła na mnie nieufnie i nie chciała ułożyć się pod moją rękę.

– Piotr Kuklis jednak dał radę się wybić. Zadebiutował nawet w reprezentacji Polski.

– Tak, wtedy Leo Beenhakker powoływał wielu młodych. Kilkudziesięciu piłkarzy ma na koncie jeden występ w kadrze i już z tego powodu część tej grupy obrastała w piórka. Co do Piotrka, uważam, że było wtedy trochę lepszych piłkarzy od niego. Jego mniemanie o sobie stało jednak na bardzo wysokim poziomie. Spójrzmy, gdzie gra dzisiaj i samodzielnie wyciągnijmy wnioski. Na pewno nie miał u mnie lekko, pewnie liczył na więcej, ale ja miałem własny, trenerski punkt widzenia, który mimo wszystko pozwalał Piotrkowi na grę w ekstraklasie.

– Jak układała się współpraca z Józefem Młynarczykiem? Rzeczywiście był takim katem, jak po latach wspominał w swojej książce Grzegorz Szamotulski?

– Nie dostrzegłem tego. Miał na pewno specyficzny sposób prowadzenia bramkarzy. Nigdy, na przykład, nie prowadził z nimi rozgrzewki przedmeczowej. Taki miał styl, na co się też zgodziłem.

– Później przejął pan funkcję dyrektora sportowego Widzewa. Który ruch transferowy był według pana najlepszy?

– Nie uważam, że sprowadzenie określonych zawodników jest sukcesem tylko dyrektora sportowego. Wyrocznią jest wynik. Cel został osiągnięty, zespół dwa razy wygrał I ligę, żeby wywalczyć jeden awans do ekstraklasy. Kilku zawodnikom udało się wypromować, Marcin Robak też dostał powołanie do kadry, grając na zapleczu. Kluczem w pracy dyrektora są jednak finanse prezesa. Dyrektor może znaleźć najlepszego gracza i namówić go do gry, ale jeżeli nie będzie na to środków, wszystko rozejdzie się po kościach.

– Po kilku długich latach po raz drugi zameldował się pan na Konwiktorskiej. Nie bał się pan niepewności, jaką niosła ze sobą współpraca z Józefem Wojciechowskim?

– Absolutnie nie. Co prawda nie byłem pierwszym trenerem, ale jak prezes miał potrzebę kogoś opierdolić, często przyjmowałem jego wściekłość jako pierwszy, może miałem pecha do stawania wtedy na jego drodze (śmiech). Gdy pojawiła się propozycja współpracy z Jackiem Zielińskim, nie wahałem się długo. Powrót na trenerską ławkę, do tego stabilizacja finansowa. Może w tamtej Polonii nie pracowało się długo, ale nikt nie mógł powiedzieć, że Wojciechowski nie płaci. Wszystko było uczciwe. Zwolnieni zostaliśmy dość niespodziewane, ale wiadomo, że prezes przyjął wtedy jasną pozycję – wszystko albo nic. Nie interesowało go drugie czy trzecie miejsce, Polonia miała być najlepsza. Decydowały pojedyncze mecze, ryzyko było ogromne, ale trzeba było się z tym liczyć. Tam czuło się sól pracy trenera – odliczanie dni do zwolnienia. Prezes jest jednak kulturalnym człowiekiem i potrafił rozstawać się z klasą.

– Dużo mówiło się, że trudno w szatni miał Euzebiusz Smolarek. To prawda?

– Ebi właściwie w niej nie funkcjonował. Przychodził do pracy i z niej wychodził, po prostu. Nie wiem, czy czuł się lepszy, ale na pewno czuł się inny. Był strasznie zagubiony. Kilka razy próbowałem podjąć z nim rozmowę, ale to był inny światopogląd, mentalność, rozumienie. Na treningach robił swoje i nie dążył do szukania kontaktu z resztą drużyny.

– Tomasz Jodłowiec będzie wart 15 milionów euro?

– Bardzo mu tego życzę. Mimo przekroczenia 30 lat nadal się rozwija. Dobrze zrobił mu transfer do Legii, w Polonii brakowało mu zdecydowania, boiskowej determinacji. Zbyt rzadko podejmował ryzyko, ale to też chyba kwestia charakteru, który go trochę hamuje. Nazywaliśmy go zającem w wilczej skórze. Z czasem nabrał doświadczenia, bardziej rozumie grę, więcej widzi. Trzymam za niego kciuki, bo trener Stanisław Czerczesow zobaczył w nim potencjał. A wartość? Gracz jest wart tyle, ile ktoś za niego zapłaci.

– Adrian Mierzejewski był wart ceny, którą zapłacił za niego Trabzonspor?

– To był transferowy majstersztyk Wojciechowskiego! Myślę, że gdyby ktoś z polskiej ligi chciał wykupić Adriana za milion euro, to prezes też byłby zadowolony. Pojawiła się jednak opcja turecka. Wojciechowski wspiął się chyba na wyżyny swoich biznesowych umiejętności. Opowiadał kiedyś o tych negocjacjach, wyczuł ich, że są zagotowani na Mierzeja, wykorzystał to i wyszedł zwycięsko z tej gry. Duże znaczenie miała też finansowa pozycja prezesa – mógł pozwolić sobie na udawanie, że milion euro czy dwa go nie interesują, bo nawet gdyby go nie sprzedał, nie zbiedniałby. Tymczasem takie podejście jeszcze bardziej nakręciło Turków, którzy byli zdeterminowani, żeby osiągnąć cel.

– Skąd Marek Zub wziął się w Żalgirisie Wilno? Kierunek dość nietypowy.

– Z pracy dyrektora sportowego wyniosłem sporo kontaktów. Sięgały one też na Litwę, mieliśmy w klubie Pankę, ściągaliśmy do Widzewa Sernasa. Później zacząłem współpracę z Waldkiem Fornalikiem w reprezentacji Polski, ale pewnego dnia w swojej skrzynce mailowej znalazłem wiadomość z Żalgirisu. Zdecydowałem się podjąć wyzwanie.

– Da się cokolwiek przegrać na Litwie, prowadząc taki klub jak Żalgiris?

– Oczywiście! Podejmując pracę, miałem już rozeznanie w tym, co dzieje się w litewskiej piłce. Początki w Wilnie były bardzo trudne, brakuje tam wykwalifikowanych trenerów. Warunki do pracy przypominały te, które zastałem w Polonii gdy pracowałem z Chrobakiem. Na Litwie nie było trawiastego boiska do trenowania, ba, klub nawet nie ma do dzisiaj swojego stadionu! Przez pierwszy rok pracy graliśmy na placach do rugby, w parkach, sztucznych nawierzchniach. W dniu mojego przyjścia do klubu było w nim dosłownie 20 piłek. Mimo to osiągnęliśmy dobry wynik. Piłkarze dostrzegli, że jest szansa coś istotnego osiągnąć, cieszyłem się ich zaufaniem. Po swoich rezultatach zobaczyli, że to, co robimy, przynosi efekty. Po 2,5 roku zdecydowałem się jednak odejść – wygraliśmy dwukrotnie mistrzostwo, puchar i superpuchar kraju. Brakowało mi wyzwań.

– A gra w europejskich pucharach? Udało się między innymi wyeliminować Lecha Poznań.

– Mistrzostwo można było wygrać w klapkach. Co do Ligi Europy, nie zgodzę się jednak, że nam „się udało”. Do wszystkiego doszliśmy ciężką pracą. Do tego doszedł fakt, że byliśmy w środku sezonu, bo liga gra tam systemem wiosna-jesień. Stoczyliśmy kilka ciężkich bojów, aż w końcu trafiliśmy na Lecha, którego również pokonaliśmy. Smakowało świetnie.

– Piłkarz, który planuje w przyszłości pracę jako trener, powinien rozpoczynać ją już w trakcie czynnego uprawiania sportu?

– Nie ma na to reguły, choć biorąc pod uwagę, jak szybko futbol się rozwija, na pewno im wcześniej zacznie, tym lepiej. Mam tu na myśli zwłaszcza pracę z młodzieżą – tacy trenerzy zajmują niezmiernie istotne miejsce w procesie rozwoju piłki nożnej w danym kraju. Każdy szkoleniowiec zajmujący się seniorami powinien mieć bazę, podstawę, fundament. U nas brakuje jeszcze instytucji managera, który kieruje trenerami, a nie prowadzi sam treningów. Aby to się zmieniło, musiałyby minąć całe lata, a nie jest pewne, że to w naszej kulturze sportowej by się przyjęło. Trzeba więc zbierać niezbędne doświadczenie jak najszybciej. Wiadomo, że każdy człowiek jest ambitny i czasami chce sięgnąć od razu na szczyt, zamiast wspiąć się po schodach, ale tego nie unikniemy. Dziś dużą szansę pracy mają ci, którzy mają dobry medialny wynik sportowy.

– Medialny wynik sportowy? Ładnie pan to nazwał.

– Są trenerzy, którzy pracują naprawdę dobrze, ale ich sukcesy nie mają ładnego opakowania. Chciałbym tutaj podkreślić jedną rzecz – przegrany czy wygrany mecz to nie jest moim zdaniem wynik sportowy, a po prostu rezultat zawodów. Za wynik sportowy możemy uznać efekt pracy trenera przez określony czas, a tego szkoleniowcy w Polsce mają niewiele – kilka miesięcy, trzy przegrane z rzędu spotkania i… koniec. Wszystko sprowadza się więc do medialnego odbioru jednego czy drugiego meczu. I albo będzie dobrze, albo źle.

Rozmawiał Emil Kopański

Fot. fkzalgiris.lt

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s