Kamil Majkowski: – Płatkowi ręki nie podałem

majka

Na swoim koncie zapisał Puchar Polski wywalczony w barwach Legii Warszawa, obok Ariela Borysiuka i Macieja Rybusa był uznawany za jeden z największych talentów w klubie z Łazienkowskiej. Dwukrotne zerwanie więzadeł krzyżowych zatrzymało jednak karierę Kamila Majkowskiego, który dziś występuje w III lidze. W długiej rozmowie z Gramybezbramkarza.pl opowiada, dlaczego nie podał ręki Arturowi Płatkowi, jak gracze Młodej Legii zdemolowali mu mieszkanie a także wyjaśnia, dlaczego nigdy nie mówi o sobie „piłkarz”. Zapraszamy do lektury!

– Od kilku lat sam siebie nazywasz „kopaczem”. Skąd taki surowy osąd?

– Nie mogę nazywać się piłkarzem. Gram w III lidze, nie jest to wymarzony poziom. W takich rozgrywkach gra się dla przyjemności, choć wiadomo, że idą za tym też dodatkowe pieniądze. Pracuję w rodzinnej firmie, zajmującej się produkcją damskiej odzieży, nie żyję wyłącznie z futbolu. Jeżdżę z towarem, a popołudniami stawiam się na treningach. Bardzo nie lubię, gdy ktoś gra w II lidze i uważa się za wielkiego piłkarza. Nie ta półka.

– A byłeś piłkarzem?

– Nie sądzę. Bardziej pasowałoby mi sformułowanie grajek, bo nawet nie grajcar. Udało mi się zagrać kilka spotkań w ekstraklasie, kilkadziesiąt w I lidze. Tyle, że jest co wspominać.

– Co czujesz dziś, gdy patrzysz na Ariela Borysiuka czy Macieja Rybusa, którzy na stałe zagościli w reprezentacji, a z którymi wchodziłeś swego czasu do pierwszego zespołu Legii?

– Nikomu nie zazdroszczę. Cieszę się każdym dniem, tym, że jestem zdrowy, mam żonę, dziecko, pracę, mam z czego żyć. Nadal robię to, co kocham, grając w III lidze. Wiadomo, że niedosyt pozostaje, bo gdyby nie dwa razy zerwane więzadła krzyżowe, grałbym w ekstraklasie. Forma była, umiejętności też nie mam najgorszych.

– Do poważniejszej przygody z piłką wystartowałeś w AON-ie Rembertów. Jak wspominasz tamte czasy i współpracę z Marcinem Sasalem?

– Gdy grałem w Makowiance Maków Mazowiecki, zostałem wysłany na konsultacje do kadry Mazowsza. Widocznie moja postawa spodobała się trenerowi Sasalowi, bo zdecydował, że mam zostać w Warszawie. W międzyczasie dostrzegł mnie także Dariusz Dziekanowski, który prowadził reprezentację Polski U-14. Dostałem powołanie i zostałem na długo. Wracając do AON-u, była to właściwie druga kadra Mazowsza. Mieliśmy naprawdę silną ekipę.

– Uczyliście się też w jednej szkole. To była trudna do upilnowania klasa?

– Nie byłem chłopakiem, który sprawiał wiele problemów wychowawczych, ale trudno było nas też nazwać świętoszkami. Głupich pomysłów nie brakowało, nauczyciele nie mieli z nami lekko, czasami doprowadzaliśmy ich do płaczu. Zdarzało się, że przyłapywano nas na różnych scenach w szkole, po prostu głupawka, jak to w liceum. W Rembertowie dostałem szkołę życia. Żeby było śmieszniej, na początku mieszkałem z Wojtkiem Trochimem w Piasecznie. Jeździliśmy kawał drogi, autobusami 727 i 515, pamiętam to jak dziś. Miłe jest to, że spora grupa zdołała przebić się do ekstraklasy czy I ligi.

– Mocny start. W wieku 14 lat trafić na tak silny charakter, jak Marcin Sasal.

– To był pierwszym trener, który naprawdę się mną zaopiekował i bardzo dużo pomógł. Ukształtował mnie piłkarsko. W Makowie wyróżniała mnie jedynie szybkość, brakowało natomiast umiejętności. Na dobrą sprawę dopiero w Rembertowie nauczyłem się futbolu. Wiadomo, trener ma bardzo twardy charakter. Nie miałem okazji pracować z nim w seniorach, ale bardzo dobrze radził sobie z młodymi zawodnikami, także pod względem mentalnych. Kilka lat później miałem do niego dużo żalu, ale sobie już wszystko wyjaśniliśmy.

– Co takiego się między wami wydarzyło?

– Gdy kończyło mi się wypożyczenie z Legii Warszawa do Pogoni Szczecin, miejsce Artura Płatka miał zająć właśnie trener Sasal. Nie ukrywam, że z Płatkiem nigdy nie było mi po drodze. Bardzo szybko mnie odstawił, choć uważam, że na to nie zasługiwałem. Byłem na niego bardzo zły, bo mnie skrzywdził. Doszło do tego, że gdy odchodził z klubu, nie podałem mu ręki. Trochę się wkurzył, ale ja też jestem takim człowiekiem, że nie pozwolę sobą pomiatać. Sprawiedliwie trzeba jednak oddać, że zdziwiła mnie polityka działaczy Pogoni – drużyna grała wtedy naprawdę nieźle i zwolnienie Płatka było dość niespodziewanym ruchem. W każdym razie schedę przejął trener Sasal i myślałem, że wyciągnie do mnie rękę, w końcu był moim piłkarskim ojcem, a jednak się po prostu na mnie wypiął. Tuż przed końcem sezonu porozmawiałem z nim na temat mojej przyszłości, zapewnił, że będzie chciał mnie w swoim zespole. Tymczasem gdy przyszło do konkretów, trener się ze mną nie skontaktował. Od tego czasu długo się do niego nie odzywałem. Dziś nasze relacje są pozytywne. Wytłumaczyliśmy sobie swoje racje po tym, jak po raz drugi zerwałem więzadła krzyżowe, podczas gry w Sandecji Nowy Sąćz. Trener do mnie zadzwonił, też został bez klubu. Przeprosił, wyjaśnił kulisy i zapewnił mnie, że gdy tylko znajdzie nowe miejsce pracy, mogę na niego liczyć. Co prawda się nie złożyło, żebyśmy razem pracowali, ale mamy fajny kontakt.

– Ciekawą postacią musiał być także Dariusz Dziekanowski.

– To już w ogóle inna historia. Miał charakter gwiazdy i silną osobowość. Wiadomo, że dysponował niesamowitymi umiejętnościami piłkarskimi, którymi imponował nam na treningach, ale nie do końca tylko o to chodzi w pracy trenera. Myślę, że nie pasował do pracy z młodzieżą. Nie miał odpowiedniego podejścia do młodych ludzi, brakowało kontaktu. Operował na innym poziomie, nieco gwiazdorzył. Być może byłby dobrym trenerem seniorów, ale trudno mi to oceniać.

– Kto cię wypatrzył dla Legii Warszawa?

– Gdy kończyliśmy wiek juniora, wraz z Maćkiem Świdzikowskim, Mikołajem Tokajem i Wojtkiem Trochimem trafiliśmy na Łazienkowską na testy. Za skauting odpowiadał wtedy Marek Jóźwiak. Trzem z nas udało się przejść sprawdzian pozytywnie i tak trafiliśmy do Legii. Od najmłodszych lat kibicowałem temu klubowi i to było spełnienie marzeń. Pamiętam, jak mój brat grał w Górniku Zabrze, pojechałem z rodziną na mecz z Legią. Wymyśliłem sobie, że schowam szalik pod kurtkę i tak zrobiłem. Gdy na trybunie wyjąłem go i założyłem, zapanowała lekka konsternacja. Po powrocie tata mnie trochę opieprzył, ale nie żałowałem. Muszę przyznać, że gdy trafiłem do pierwszego zespołu Legii, trochę zaszumiało mi w głowie. Dwukrotnie dostałem od trenera Jana Urbana szansę wyjść w podstawowym składzie i jej nie wykorzystałem. Zawiodła psychika.

– Jak wspominasz współpracę z Janem Urbanem?

– To moim zdaniem najlepszy polski szkoleniowiec. Był nie tylko trenerem, ale też uczył nas życia. W niektórych zespołach niezależnie od wyniku meczu po jego zakończeniu nie można na przykład napić się piwa. Dla mnie to niezrozumiałe, bo zawodnik jest zwykłym człowiekiem. Jeśli nie wychyli browarka przy trenerze, zrobi to w domu. Urban potrafi znaleźć złoty środek – gdy trzeba ciężko pracować, to zespół pracuje, gdy trzeba opierdzielić – opierdzieli i zrówna gościa z ziemią, ale gdy był czas na zabawę, to była zabawa. Myślę, że dużo nauczył się od niego Jacek Magiera. Jest to bardzo spokojny i zasadniczy człowiek i myślę, że zajdzie w tym zawodzie naprawdę daleko. Podczas zgrupowań potrafił opieprzyć nas nawet za krzywo leżącego buta, ale przy trenerze Urbanie troszkę się zmienił. Dostrzegł, że można połączyć dobrą zabawę z efektywną pracą. Ma bardzo dobry warsztat trenerski.

– To był chyba twój najlepszy okres w przygodzie z futbolem?

Tak, zdecydowanie. Rozegrałem sześć meczów w ekstraklasie, w Pucharze Polski też grałem sporo. Raz trener Urban bardzo mnie zaskoczył. Graliśmy w Gdańsku ćwierćfinał PP, przeciwko Lechii. Dużą niespodzianką było dla mnie, że wyszedłem w pierwszym składzie. Gdy dowiedziałem się o tym na odprawie, mało nie dostałem zawału serca, puls był pewnie na poziomie 220. Udało mi się zagrać bardzo fajny mecz. W ogóle cała runda była dla mnie udana, zarobiłem przy okazji solidne pieniądze. Zagrałem też w finale, mogłem strzelać karnego. Nie było szans, chyba zemdlałbym przed uderzeniem. To był świetny zespół, grałem wtedy z najlepszym zawodnikiem, z jakim miałem okazję się spotkać, czyli Rogerem. Doskonale się wkomponował, szybko nauczył języka polskiego.

– Przecież jest Polakiem!

– Tak, ale Polakiem jest też Ludovic Obraniak, a mówi słabiej niż Roger. Bardzo miły facet, ze słabością do coca-coli. Nieodłączny element, zawsze pił ją do obiadu, ale grał tak, że nikt ze sztabu nie miał do niego o to pretensji. Pod względem piłkarskim był wyśmienity, technikę użytkową miał kosmiczną. Zresztą, moim zdaniem nawet teraz poradziłby sobie w reprezentacji Polski.

– W Legii debiutowałeś w Pucharze Ekstraklasy, jeszcze za kadencji Dariusza Wdowczyka.

– Zgadza się, dostałem szansę w meczu z GKS Bełchatów, ale nie zagrałem najlepszego spotkania. W efekcie przez jakiś czas trenowałem jeszcze z pierwszym zespołem, ale później znów wylądowałem w rezerwach. W tamtym meczu zagrał też między innymi Artur Jędrzejczyk, który już wtedy był pozytywnym wariatem. Obrał sobie jednak konkretny cel, czyli grę w piłkę na najwyższym poziomie i konsekwentnie do niego dążył. Miał pokrętną drogę, zaliczył sporo wypożyczeń, ale dopiął swego. Gdy ostatnio grał w Legii, przez dwa lata wynajmował nawet ode mnie mieszkanie. W przeciwieństwie do dwóch chłopaków z Młodej Legii, nie zdemolował mi go.

– Jak to?

– Ano tak, użyczyłem mieszkania dwóm kandydatom na piłkarzy. To była tragedia, po prostu idioci. Zostawili totalny burdel, pies jednego z nich pogryzł nawet kontakty w ścianach, a oni to ukrywali. Do dziś nie zobaczyłem pieniędzy za szkody.

– Co właściwie dawała zawodnikom Młoda Ekstraklasa? Trzeba przyznać, że był to nieco dziwny twór.

– Dziś, gdy mam za sobą grę w IV lidze, a gram w III, uważam, że to był głupi pomysł. Miało to być podniesienie poziomu gry, ale na dobrą sprawę było to po prostu przedłużenie okresu bycia juniorem, graliśmy przecież z rówieśnikami, nie przyzwyczajało nas to do walki na poziomie seniorskim. Brakowało stawki, właściwie graliśmy o nic. Jedynym plusem była możliwość gry na fajnych stadionach, ale i to nie do końca, bo na trybunach siadało ok. 100 osób.

– W końcu rozpoczął się serial pt. „Kamil Majkowski wypożyczony do…”. Na pierwszy ogień poszła Wisła Płock.

– Tak, trafiłem do całkiem wesołej, zabawowej grupy, w której prym wiódł między innymi Adrian Mierzejewski. Do tej pory moja żona ma dobry kontakt z małżonką Mierzeja. Łukasz Grzeszczyk, Jacek Wiśniewski, Irek Kowalski, Karol Gregorek, Rafał Lasocki… Mocna ekipa i jeszcze mocniejsze pieniądze. Działo się sporo, nie przeczę. Trenerem był wtedy Mirosław Jabłoński, bardzo pozytywna i przyjazna postać. Nie będę jednak ukrywał, że podczas zgrupowania często korzystaliśmy z hotelowych okien, bynajmniej w celu odetchnięcia świeżym powietrzem. Miałem szczęście, bo starszyzna mnie chętnie przyjęła do swojej grupy. Świetnym chłopakiem był Irek Kowalski, który umiłowanie do zabawy łączył z dużymi umiejętnościami piłkarskimi. Szkoda, że trochę zaginął, nie wiem, co się dziś z nim dzieje. W każdym razie zagrałem tam fajną rundę, sześć bramek, kilka asyst. Wtedy zadzwonił trener Urban z informacją, że chciałby mnie znów w Warszawie jako zmiennika Miro Radovicia. Nie wyszło tak, jak bym sobie wymarzył.

– Barwną postacią w Płocku był też na pewno Jacek Wiśniewski.

– Oj, tak! Straszny walczak i nieprawdopodobna gaduła. Tam, gdzie ja bałem się spojrzeć, nie mówiąc już o wkładaniu nogi, on bez zastanowienia pakował głowę. Ja tego nie zauważyłem, ale o nim też krążyły opowieści, że jest fałszywy. Słyszałem to od wielu osób, ale tego nie odczuwałem. Chyba łomotu nie dostanę… Jacek odstawiał sporo numerów w szatni, należał też do grupy pokerowej, do której i mnie udało się dostać. Przyznam, że troszkę pieniędzy przegrałem, ale na pewno nie powiem ile, bo ten wywiad zapewne przeczyta też moja żona. Oglądałem debiut Jacka w MMA, szkoda, że przegrał. Wcześniej z tego, co wiem, walczył trochę na ulicy i w ustawkach, ale widać przełożenia nie było.

– Jeśli chodzi o młodych zawodników, w Wiśle był jeszcze jeden gracz, który startował do kariery – Maciej Wyszogrodzki.

– Kurczę, nie pamiętam, czy kiedykolwiek widziałem go poważnego czy zatroskanego! Wiecznie uśmiechnięty, zadowolony, bardzo pozytywnie nastawiony. Trochę zakręcony, wiecznie coś gubił, ale tak wesołego gościa jak on chyba nigdy w żadnej szatni już nie spotkałem. Szkoda, że nie dał rady pograć wyżej, bo miał na to papiery.

– Do tego czasu twoja przygoda z piłką zapowiadała się na karierę. Toczyła się wręcz modelowo.

– Tak, choć potem się nieco posypała. Błędem był powrót do Legii, bo w Wiśle spisywałem się naprawdę dobrze. Pod koniec rundy trener Urban co prawda był ze mnie zadowolony, ale w meczu z Ruchem Chorzów skręciłem kostkę i ominęła mnie spora liczba spotkań. W konsekwencji trafiłem do Znicza Pruszków i tam przytrafiło się pierwsze poważne nieszczęście.

– Po dwóch rozegranych spotkaniach zerwałeś więzadła krzyżowe…

– Niestety. W swoim drugim meczu zdobyłem bramkę, wszystko zaczynało się znów dobrze układać. Niestety, w czwartek na treningu szczęście się skończyło. Wrzucałem piłkę w pole karne, oparłem ciężar na jednej nodze i kolano mi uciekło. Straszny ból, koledzy wspominali, że na drugiej stronie boiska było słychać, jak noga mi strzeliła. Było jasne, że zerwałem więzadła. Do szpitala zawiózł mnie Tomek Chałas i diagnoza się potwierdziła. Wtedy bardzo pomogła mi Legia, za co jestem bardzo wdzięczny i nigdy tego nie zapomnę. Operacja i rehabilitacja przebiegła na koszt klubu z Warszawy, klub się mną zaopiekował. Rewelacyjne, rzadko spotykane zachowanie.

– Nie nacieszyłeś się jednak długo zdrowiem.

– Po powrocie szybko poczułem ból w kolanie. Początkowo lekarz stwierdził, że to przeciążenie. Zrobiłem rezonans i okazało się, że jednak pękła mi łąkotka. Znów operacja, znów rehabilitacja… Tak zleciało mi wypożyczenie do Znicza. Widać, że Pruszków jest dla mnie pechowy, bo po kilku latach wróciłem tam i nie zagrałem żadnego spotkania, bo naderwałem mięsień dwugłowy.

– Kolejną szansę dostałeś w Pogoni Szczecin. Droga znów wiodła przez Łazienkowską.

– Miałem najpierw grać w KS Polkowice, niemal wszystko było już dograne, ale znów dało o sobie znać kolano, za wcześnie wszedłem w trening na najwyższych obrotach. Postanowiłem odbudować się w Młodej Ekstraklasie. Grałem wtedy z Rafałem Wolskim, Danielem Łukasikiem czy Dominikiem Furmanem. Największy potencjał miał zdecydowanie ten pierwszy, bardzo cichy i spokojny, a z piłką potrafił zrobić takie rzeczy, że głowa mała. Najbardziej zaskoczył mnie jednak Łukasik. Wtedy od niego było z sześciu lepszych, jak choćby Mateusz Rosłoń czy Dawid Duda, a karierę zrobił właśnie on. Gość ciężko pracował i robił systematyczne postępy. Nigdy bym się nie spodziewał, że będzie etatowo grał w ekstraklasie.

– Jak wspominasz czas w Pogoni? Złożyła się tam całkiem ciekawa ekipa.

– Do zespołu dołączyłem w trakcie rundy. Grało kilku zawodników, którzy mieli spore umiejętności, jak Mikołaj Lebedyński czy Bartek Fabiniak. Z drugiej strony był też taki ananas jak Dzikamai Gwaze, który w piłkę specjalnie grać nie umiał, a dziś grywa w Górniku Zabrze. Podpisałem kontrakt, trener Płatek mi zaufał. Zagrałem mecz przeciwko ŁKS, nie uważam, że był to jakiś koszmar, ale zostałem odstawiony. Na pewno będę jednak wspominał dobrze Szczecin jako miejsce, miasto jest bardzo ładne i można tam spokojnie żyć.

– W Pogoni miałeś zatarg z trenerem Płatkiem, ale chyba z Januszem Kubotem w Zawiszy Bydgoszcz też nie było łatwo?

– Tak, klapki Kubota… Nie spotkałem na swojej drodze piłkarskiej gościa, którego bym bardziej nie lubił. Podczas okresu przygotowawczego byłem w dużym gazie, ładowałem bramki, ale nigdy nie doczekałem się słowa aprobaty z jego strony. We wszystkich sparingach na skrzydłach grałem ja i Adrian Błąd. Przed sezonem do drużyny dołączył Vahan Gevorgian i poszedłem w lekką odstawkę. O to wielkich pretensji mieć nie mogę, bo Vahan pod względem piłkarskim był rewelacyjny. Chodziło o faworyzowanie innych zawodników. Była sytuacja, że musiałem pauzować, bo miałem rozwaloną piętę, do kości. Po kontuzji wróciłem i przyszedł mecz z Arką Gdynia. Wszyscy zagraliśmy totalna padlinę, a Kubot w szatni pojechał wyłącznie po mnie. Jeździł tak, że przekraczał granice, właściwie tylko mnie wyzywał. Doszło do tego, że później starszyzna zespołu wstawiła się za mną, pytając trenera, jak tak można. W każdym razie już nie miałem szans u niego zagrać, dostałem chyba tylko pięć minut w meczu z Wartą Poznań. Dostałem wolną rękę i było jasne, że nie zostanę w Zawiszy. Przeniosłem się do Sandecji Nowy Sącz.

(Do stolika dołącza żona Kamila, Monika. Kamil: widzisz, miało być pół godziny, a jeszcze mnie maglują…)

– To był twój ostatni udany czas w przygodzie z piłką?

– Tak można powiedzieć. Kompletnie nie wiedzieliśmy, co nas czeka, bo to góry. Gdy się przeprowadzaliśmy, temperatura sięgała -40 stopni! Najgorsza zima w moim życiu! Poznałem wtedy Piotrka Kosiorowskiego, z którym do dziś jesteśmy w kontakcie. Z nim trzymaliśmy się najbardziej.

– MM: Wtedy wszyscy byli fajni!

– Nie mówię, że nie, ale najbliżej było nam do Piotrka. Bardzo dobrze dogadywałem się też z trenerem Robertem Moskalem. To dało mi duży komfort, że nie muszę bać się jednego słabszego meczu, bo czułem, że ktoś mi ufa. Atmosfera też była bardzo przyjemna, zawsze było sześć osób, z którymi wychodziliśmy wieczorami z całą rodziną.

– MM: Jakie sześć, co ty gadasz? Więcej! Wszyscy Słowacy! Nawet ci z Kolejarza Stróże z nami się spotykali.

– Masz rację, ale było też kilku, którzy nie wychodzili. Nowosądeczanie to generalnie świetni ludzie, mili, uprzejmi, pomocni. Wojtek Trochim wkrótce dołączył do rodziny prezesa, więc wszystko jasne (śmiech). Piłkarsko też czułem się bardzo dobrze, wszystko szło zgodnie z planem. Był tylko jeden minus, czyli komunikacja. Pociąg z Warszawy jechał tam 12 godzin, a z Krakowa 9, z jakimiś przesiadkami. Sparingi graliśmy na Słowacji. Znów jednak wszystko popsuła kontuzja. To był ostatni mecz w rundzie, jeszcze Monika mnie przestrzegała, żebym uważał i nic sobie nie zrobił.

– MM: A za miesiąc mieliśmy wesele…

– Powtórka z rozrywki. Wrzutka, uraz. Nie do końca jednak wiedziałem, o co chodzi. Nie było aż takiego bólu, jak w Zniczu, ale po rezonansie okazało się, że znów zerwałem więzadła.

– Pomyślałeś sobie wtedy, że to już koniec?

– Tak. Nawet powiedziałem żonie, że chyba czas dać sobie spokój i zająć się pracą. Wiadomo, że chciałem grać, ale nie za wszelką cenę. Zdałem sobie sprawę, że już wielkiej kariery nie zrobię. Oczywiście nie zamierzam przestać grać, bo to kocham, ale trzeba wszystko poukładać, znaleźć hierarchię. Później to przemyślałem i trafiłem do Znicza Pruszków, ale naderwałem mięsień i odpuściłem. Warto tutaj poświęcić kilka zdań prezesowi Sylwiuszowi Musze-Orlińskiemu. Z tego, co wiem, sporo osób go nie lubi, ja natomiast darzę go bardzo dużą sympatią. Mamy ze sobą kontakt, co pewien czas do siebie dzwonimy. Specyficzny człowiek, to nie jest typowy prezes klubu piłkarskiego w Polsce. Potrafił nas karać dość niekonwencjonalnie.

– Co masz na myśli?

– Zdarzało się, że po przegranych meczach musieliśmy siedzieć w szatni od 8 do 15, z godzinną przerwą na rozruch. Naszym zadaniem było rozglądanie się po ścianach. Czasem jeden filował, czy prezes nie idzie, a reszta rżnęła w karciochy. Z tego, co się orientuję, do dziś tak jest (śmiech). Nie wszyscy zawodnicy odnaleźli się w Zniczu, bo po prostu bali się prezesa. Mnie to nie dotyczyło, lubię tego człowieka. Gdy odchodziłem z Pruszkowa, prezes chciał, żebym został i pomógł w II lidze. Nie zdecydowałem się na to, bo nie byłem pewien, czy będę mógł dać z siebie sto procent możliwości. Nienawidzę brać pieniędzy za to, że jestem nieprzydatny do gry, a kontuzje mnie niszczyły. Powiedziałem więc wprost – dziękuję za propozycję, ale nie mam zdrowia.

– Z czego wynikały twoje kontuzje? Złe prowadzenie się, pech?

– Moim zdaniem genetyka, jestem podatny na kontuzje. Na pewno nie prowadziłem się źle, Monika może potwierdzić. Nie piję dużo alkoholu, nie mam uzależnień. Zresztą, znam chyba tylko trzech zawodników, którzy w trakcie sezonu zachowują całkowitą abstynencję – to Piotrek Klepczarek, Mikołaj Lebedyński i Mateusz Żytko. W klubach ze światowego topu zawodnicy nie stronią od piwa czy wina po meczu. Trzeba tylko znać umiar. Jedyna grubsza impreza, w której brałem udział, miała miejsce po zdobyciu Pucharu Polski. Zostaliśmy w Bełchatowie, dużo alkoholu, zabawa do rana. Pamiętam, że na drugi dzień Przemek Wysocki miał maturę, ale też zdrowo się nawalił. Do szkoły zawiózł go rano jeden z działaczy. Nie wiem, czy Przemo całkowicie wytrzeźwiał, ale sobie poradził i wykształcenie przyklepał (śmiech). Poszedł na maturę z medalem za zdobycie Pucharu Polski na szyi. Było wesoło. Dziś wróciłem w rodzinne strony, gram w III lidze, w Błękitnych Raciąż. Nie sądzę, żebym jeszcze wrócił na wyższy poziom, ale na pewno jest co wspominać.

Rozmawiali Emil Kopański i Tomasz Obrępalski

Fot. http://www.blekitniraciaz.eu

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s