Piotr Petasz: – W Zawiszy czułem się, jakbym grał zagranicą

petasz

– Grając na poziomie pierwszej ligi w Polsce nie możemy czuć się piłkarzami, bo tacy grają raczej zagranicą – powiedział Piotr Petasz, od niedawna zawodnik Dolcanu Ząbki, a od dłuższego czasu – przynajmniej zdaniem Radosława Osucha – najlepsza lewa noga w Europie. Komu piłkarze Ruchu Chorzów zapalili w szatni znicz? Przy którym trenerze czuł się niszczony, a który zachował się wobec niego wyjątkowo w porządku? I w końcu: który z czarnoskórych piłkarzy woził klubowym autokarem… silnik samochodowy? Zapraszamy do lektury!

2 września 2009 roku, podczas meczu I ligi MKS Kluczbork – Pogoń Szczecin, Petasz został usunięty z boiska wskutek drugiej żółtej kartki. Po zdarzeniu miał zwrócić się do sędziego, Artura Radziszewskiego, słowami: „Ja cię, kurwa, znajdę w tej Warszawie i ci zajebię!”.

Od lata grasz w Dolcanie, jesteś na co dzień w Warszawie. Znalazłeś już sędziego Radziszewskiego?

Nie, sytuacja dawno odeszła w niepamięć. Artur to mój kolega, znałem go już wcześniej. Czasami, w nerwach, powie się za dużo.

Jesteś pechowym człowiekiem?

Może nie pechowym, ale czasami jest pod górkę. Coś się układa, za chwilę się psuje i trzeba po raz kolejny o to walczyć.

Nie mówimy tylko o piłce. Okradziono ci mieszkanie, straciłeś samochód, dwa razy zostałeś zamknięty w szatni…

Mieszkanie w Bydgoszczy okradli mi dwa razy, dzień po dniu. To było jedyne nowe osiedle w okolicy. Dookoła same stare bloki, a tam – pełno ludzi, którzy praktycznie urodzili się w ciemnych bramach. A szatnie? Pierwszy raz był w Hiszpanii. Graliśmy sparing, gdzieś pod Gibraltarem. Szatnie murowane, ze stalowymi drzwiami i małymi okienkami, w których były kraty. Jak w więzieniu. Poszedłem do ubikacji. Wychodzę, patrzę, nikogo nie ma. Walę w te drzwi, ale nic. Cisza. Co więcej, nie miałem ze sobą telefonu, bo został w autokarze. Dobrze, że udało mi się znaleźć telefon w rzeczach Hermesa. Wykręciłem numer Radka Osucha, bo kierownik, do którego próbowałem dodzwonić się w pierwszej kolejności, nie odbierał. Osuch odebrał dopiero za trzecim razem. Coś mu się nie zgadzało, bo wyświetlał mu się numer gościa, który akurat był na boisku (śmiech). W końcu przysłali po mnie masażystę i wyszedłem, ale spędziłem tam dobre 20 minut. Drugi raz to szatnia na stadionie Korony Kielce. Tam było podobnie, ale drzwi były cienkie i stała za nimi ochrona, więc nie było problemu.

Jako piłkarz zwiedziłeś prawie całą Polskę. Był Białystok, był Chorzów, był Szczecin…

Tak się układa życie. Nie lubię siedzieć na ławce. Jeśli czuję, że coś jest nie tak, to po prostu zmieniam otoczenie. Nie jestem z tych, którzy siedzą do ostatniego dnia kontraktu, żeby zgadzały im się pieniądze. Wiadomo, że są ważne, ale czasami lepiej zrobić krok do tyłu, a potem dwa do przodu. Mogło to wyglądać inaczej, ale jestem teraz w Dolcanie i… nie narzekam.

Do Ząbek mogłeś trafić dużo wcześniej – testowany byłeś już w 2012 roku.

Nie potrzebowali takiego zawodnika jak ja. Po prostu.

Chciałeś kończyć z piłką.

Spadliśmy z pierwszej ligi z Wisłą Płock. Przez dwa miesiące nikt się nie odzywał. Powiedziałem sobie, że jak do końca okienka nikt nie zadzwoni, to daję sobie spokój. Nie widziałem już sensu. Jeśli jest się wolnym zawodnikiem i nie dzwoni nikt, nawet z drugiej ligi, to trzeba odpuścić. Mam parę pomysłów na życie, więc pewnie szybko zająłbym się czym innym.

Ale nie zająłeś, bo w końcu podpisałeś kontrakt z Zawiszą.

Radek Osuch wyciągnął do mnie pomocną dłoń, zadzwonił pięć dni przed startem sezonu. Podziękowałem mu robiąc razem z drużyną awans do Ekstraklasy.

Zawisza awansował do Ekstraklasy, a twoja lewa noga – do miana najlepszej w Europie.

Prezes to wesoły gość i jajcarz. Czasami rzuci coś na żarty, a jeśli ktoś stoi z boku i go nie zna, może wziąć to na poważnie. To były dla mnie miłe słowa, ale stąpam po ziemi dosyć twardo. Uważam, że każdy zawodnik powinien mieć do siebie dystans. Tak jak Marcin Krzywicki. Grając na poziomie pierwszej ligi w Polsce nie możemy czuć się piłkarzami, bo tacy grają raczej zagranicą.

Jesteś piłkarzem?

Nie, ja jestem zawodnikiem. Żadnej kariery nie zrobiłem – i będzie już ciężko zrobić – ale cieszę się z tego, do czego doszedłem.

Początek mógł wydawać się obiecujący – 19 lat, rezerwy Legii Warszawa. Dużo brakowało ci do pierwszego zespołu?

I dużo i mało. Jako rezerwy wygraliśmy trzecią ligę, ale nie awansowaliśmy, bo między pierwszą a drugą drużyną musiała być liga odstępu. Trzech zawodników miało w nagrodę pójść na treningi do „jedynki”. Poszli chyba tylko Michał Pulkowski i Adam Gmitrzuk. Widocznie byłem słaby. Musiałem iść do Mazowsza Grójec.

A później do Ruchu Chorzów. Młodemu zawodnikowi było ciężko odnaleźć się w szatni z nazwiskami takimi jak Śrutwa czy Bizacki?

Bizacki był jajcarzem, Śrutwa opierdzielał młodych. A mnie tym bardziej, bo byłem z Warszawy. Szkoła przetrwania, którą zapamiętam do końca życia. Pamiętam, że jak przyszedłem, z klubu odchodził akurat Piotr Mosór. Z tego co słyszałem, nie za bardzo lubił się z innymi. Jak wszedłem do szatni, pod jego krzesełkiem stał… zapalony znicz. Byłem trochę zszokowany. Na szczęście mi się aż tak nie dostało.

W Ekstraklasie zadebiutowałeś dopiero jako 29-latek, mimo, że szansa na to była już wcześniej – w sezonie 2008/09 w Piaście Gliwice. Dlaczego się nie udało?

Jeszcze w Ruchu spotkałem trenera Wleciałowskiego, z którym nie było mi po drodze. Przez niego musiałem odejść na wypożyczenie do Jagiellonii, a potem do Łomży. W Piaście u trenera Mandrysza grałem w pierwszej lidze wszystko, a na Polonii strzeliłem gola dającego awans. Potem przyszedł Wleciałowski. Mówił, że każdy ma czystą kartę i zaczyna od zera, a ja od początku byłem oddzielony od zespołu. Czułem, że mnie niszczył. Jeżeli w gierce na treningu były dwie drużyny po dwunastu ludzi, to mnie zdejmował i kontynuował grę w nierównych składach. Czasami w ogóle nie dawał mi grać. Rozdawał znaczniki, ja nie dostawałem. Pytałem wtedy: trenerze, a ja gdzie? Czasami nie odpowiadał ani słowem. Graliśmy mecz w Pucharze Polski, złamałem dwa palce u ręki, o drugiej w nocy zakładali mi gips. O dziewiątej rano kazał mi trenować, jakieś ćwiczenia siłowe. Mówię, że boli mnie ręka, a on, że nie może boleć, bo mam w gipsie. Czułem nienawiść. To jedyny taki trener, na którego trafiłem. Po pół roku musiałem odejść.

A Mariusz Rumak? W Zawiszy też odsunął cię od drużyny.

On traktował wszystkich na równi, z każdym rozmawiał. Powiedział, że nie widzi mnie w następnym sezonie w drużynie. Po prostu, bez żadnego niepotrzebnego mydlenia oczu. Mówił też, że w razie czego pomoże mi znaleźć klub i nawet samemu chętnie zadzwoni do jakiegoś trenera, żeby mnie polecić.

Pomógł?

Akurat nie było potrzeby, bo skontaktował się ze mną Wojtek Cygan z Katowic. Szybko się porozumieliśmy.

Wielu piłkarzy narzekało na Libora Palę. Ty pracowałeś z nim w Płocku.

Miałem z nim bardzo dobre relacje. Pewnie dlatego, że jestem wysoki (śmiech). Miło wspominam trenera, ale pobyt w Płocku już nie, bo spadliśmy.

W szatni Ruchu był znicz, a na boisku w Bydgoszczy – trumny.

Ciężki temat. Uważam, że nas, drużynę, cała ta sprawa nie powinna interesować. Tyle mam do powiedzenia. Ci, którzy podpisali się na pamiętnym piśmie, spotykali się z wyzwiskami na mieście. Ja tego nie odczuwałem, ale na koniec i tak zmieszali nas wszystkich. Najgorsze było, kiedy szedłeś do samochodu po wygranym meczu, zagrałeś dobrze, a i tak cię wyzywali. To była grupka dwudziestu, może trzydziestu osób. Wiadomo, że nie byli to grzeczni ludzie z kościoła. Lepiej było nic nie mówić, odwrócić się i pojechać.

Oglądałeś Turbokozaka z Pawłem Abbottem?

Nie.

Wyszło, że jest całkiem drewniany. Naprawdę tak było?

Nie jest drewnianym zawodnikiem. Wiadomo, że to nie drugi Messi, czy inny techniczny piłkarz. Jest bardzo silny, szybki, na tym bazuje. Na poziom polskiej ekstraklasy na pewno wystarcza. No i żartowniś. Od przeciętych skarpetek czy majtek, po buty przyklejane… do sufitu. Szkoda, że nie pamiętam już komu. Gość chodził po szatni, patrzył gdzie są jego buty, nie mógł znaleźć. Zaglądał do szafek, do śmietników. W górę nie spojrzał, no bo po co? A one były właśnie na suficie.

Nauczyłeś się portugalskiego?

Kilku zwrotów na pewno. W pewnym momencie było ponad dziesięciu zawodników z Portugalii. I trener, przez dwa miesiące. Każdego dnia robiliśmy na treningach po sto startów. Odprawy też po portugalsku, Hermes nam tłumaczył. Język polski praktycznie zanikł. Czułem się jak w jakimś zagranicznym klubie. Mogłem przynajmniej poczuć trochę Zachodu (śmiech). Było w tym trochę niechęci, bo zrobiły się dwa obozy: Polska i Portugalia. Jak nie ma wyników, zaczyna się szukanie wytłumaczeń. A to Portugalczycy źle grają, a to Polacy słabi. W pewnym momencie atmosfera siadła i nie mogło się to dobrze skończyć. Szkoda, bo o awans było ciężko, a spaść – niestety, bardzo łatwo.

Przesadzili z liczbą obcokrajowców?

Być może za szybko chcieli wkomponować aż tylu zawodników w zespół.

Legia to za wysokie progi dla Michała Masłowskiego?

Kontuzje skomplikowały mu sprawę. W Bydgoszczy jak wracał do gry miał pewny plac, a do formy dochodził meczami. Legia to zupełnie inny klub. Tam musisz mieć wysoką formę, żeby zagrać, w Bydgoszczy nie musiał. Moim zdaniem powinien iść gdzieś na wypożyczenie.

Lewa noga jest twoim atutem od zawsze?

Na tym bazuję, żadnym sprinterem nie jestem. Wiadomo, że samo nic nie przyszło. Zawodnik z dobrą lewą nogą zawsze ma jakiś handicap. Ale na razie, w Ząbkach, nie wygląda to najlepiej.

Jesteś wyznaczony do stałych fragmentów?

Przy rzutach rożnych trener woli wykorzystać mój wzrost w polu karnym, ale wolnego z dalszej odległości chętnie wykonam.

Poznamy jeszcze moc najlepszej lewej nogi w Europie?

Myślę, że tak. Na razie nie mogę mocno uderzać, bo ostatnio miałem coś z Achillesem. Dlatego wygląda to średnio.

To może trzeba przerzucić się na prawą?

Może lepiej nie (śmiech).

***

O HEROLDZIE GOULONIE: – Jak pierwszy raz wszedłem do szatni i go zobaczyłem, pomyślałem, że przyjechał do Bydgoszczy na koszykówkę. Koszykarskie buty, dwa metry wzrostu, w bicepsie jak ja w tułowiu. 105 kilo! Wrażenie robił niesamowite. Pomyślałem sobie: no kurde, ale jak on będzie biegał? Ale jak wyszedł na boisko, okazało się, że to jeden z lepszych szybkościowo i technicznie piłkarzy, jakich widziałem. Na szczęście w gierkach na treningu nie był tak agresywny, jak w meczach.

O FERDINANDZIE CHI-FONIE: – Miał bardzo dużo braci. Ale nie rodzonych, po prostu na każdego tak mówił. Załatwiał dużo biznesowych spraw, jak jechaliśmy na mecz, to ciągle dzwonił gdzieś z autokaru. Miał firmę z częściami samochodowymi, które wysyłał chyba do siebie, do Kamerunu. Nieraz po drodze, jadąc na mecz wyjazdowy, odbieraliśmy coś dla niego. Kiedyś jechaliśmy na mecz do Gorzowa, a on spakował do autokaru… silnik. Duży, cały w oleju. Spakowaliśmy go do bagażnika. Żeby się zmieścił, połowa toreb musiała iść na górę. Ale trenerzy nie mieli nic przeciwko.

ROZMAWIALI EMIL KOPAŃSKI i MATEUSZ SOKOŁOWSKI

fot. Piotr Niciporuk

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s