Marcin Sasal: – Nie będę siedział cicho

Marcin Sasal

Nie waha się mówić wprost, co myśli. Dla niektórych zawodników jest postrachem, kilku prezesów polskich klubów nie znalazło z nim wspólnego języka. Marcin Sasal od zawsze uchodzi za człowieka z twardymi zasadami. W rozmowie z gramybezbramkarza.pl szkoleniowiec Pogoni Siedlce odkrywa interesujące kulisy pracy w polskim futbolu.

– Zgodzi się pan z opinią, że trudno nazwać pana trenerem od młodzieży?

– Łatkę bardzo łatwo przypiąć, gdy ktoś sobie coś wymyśli i powie. Fakty są jednak nieco inne. Pracę trenerską zacząłem jeszcze będąc studentem AWF. Tak się złożyło, że grzeczniejsi i pokorniejsi dostali praktyki w SEMP-ie Ursynów, czy tak jak Maciek Skorża, w Legii Warszawa. Ja zawsze miałem swoje zdanie i inny punkt widzenia na piłkę nożną. Trafiłem więc na Pragę, do parafialnego klubu Lotto Warszawa.

– Czy to się nie kłóci? Niepokorny trener i klub parafialny?

– Nie, dlaczego? Przecież nie żyję niezgodnie z prawem, tylko mam własne zdanie i zawsze walczyłem o swoich zawodników.

– A jak układała się współpraca z księdzem Mikulskim?

– Bardzo dobrze. Wielokrotnie się później spotykaliśmy, mamy do siebie wzajemny szacunek. Mnie to pasowało, bo spotkałem na swojej drodze grupę nieco zaniedbanych dzieciaków, jak to na Pradze. Teraz może jest nieco inaczej, ale wtedy wejście w trzecie podwórko na ulicy Brzeskiej było na pewno sporym przeżyciem.

– Kolejnym klubem młodzieżowym był AON  Rembertów…

– Najpierw 3 lata w Drukarzu, a później w AON. Tak po ludzku, to porwałem się z wtedy z przysłowiową motyką na słońce. Swój zespół złożyłem z zawodników niechcianych w innych klubach. To były piękne czasy. Wtedy topowym klubem szkolącym młodzież w Warszawie była Agrykola. Pierwszy mecz z tą drużyną przegraliśmy 1:6, ale dla mnie najważniejszy był wtedy rozwój. Po sześciu latach pokonaliśmy ich i wywalczyliśmy mistrzostwo Mazowsza. Warto podkreślić, że z tego zespołu kilku graczy dotarło na poziom ekstraklasy, że wspomnę choćby Andrzeja Witana, Kamila Majkowskiego czy Wojtka Trochima.

– Jakie doświadczenia wyniósł pan z tamtego okresu?

– Z młodzieżą pracuję dość długo, naliczyłem tego już 16 lat. Teraz zdaję sobie sprawę, ile błędów popełniłem i mogę tę wiedzę przekazywać innym trenerom, aby ich nie powtórzyli. Po zakończeniu pracy w Rembertowie objąłem wojewódzką reprezentację Mazowsza i dwa razy z rzędu wygraliśmy turnieje Michałowicza i Deyny. Obecnie nadzoruję kadry na Mazowszu i czekam, aż któryś trener zdejmie ze mnie ten ciężar i też dwukrotnie wygra jakiś puchar. Tak naprawdę nie chodzi tylko o wynik, a głównie o jakość kadry. W tym roku trener Ariel Jakubowski ma szansę powtórzyć moje osiągnięcie.

– Jak daje pan radę łączyć pracę koordynatora reprezentacji młodzieżowych Mazowsza z funkcją trenera I-ligowej Pogoni Siedlce?

– Od lat łączę kilka funkcji. Może to dobre, może nie. Trudno było mi jednak na przykład zrezygnować z juniorów, gdy prowadziłem IV-ligowy Mazur Karczew. Zrobiliśmy fajną ekipę, warto więc było o nich zadbać. Dobrze czuję się w sprawach organizacyjnych. Teraz mam o tyle ciężko, że muszę dojeżdżać  wiele kilometrów, a do domu wracam późno. Można siedzieć za biurkiem osiem godzin i nic nie zrobić, ale uważam, że wywiązuję się ze swoich obowiązków. Dużo załatwiam jadąc samochodem. W czasie jazdy wykonuję mnóstwo telefonów, zaznaczam jednak, że mam zestaw głośnomówiący. Wieczorem jeszcze pracuję na komputerze. Gdybym się nie wyrabiał, na pewno z czegoś bym zrezygnował.

– Powiedział pan kiedyś, że nie został przyniesiony w teczce i do wszystkiego dotarł ciężką pracą. Który moment w pracy trenerskiej uważa pan za przełomowy?

– Było ich kilka. Po szkole średniej koledzy szli na studia do Krakowa, a ja na przekór wybrałem warszawski AWF. Do egzaminu z biologii musiałem uczyć się sam, bo w technikum nie miałem tego przedmiotu. Zdałem egzaminy na studia, a to nie było proste, i tak już zostałem. Drugim ważnym momentem była praca w Lotto Warszawa, zaszczepiło mi to samorealizację. Po mojej pracy z reprezentacją młodzieżową porozmawiałem z Władysławem Stachurskim, który zawsze nieco temperował mój charakter. Był dla mnie jak drugi ojciec. W wielu sytuacjach próbował mnie edukować, choć wydawało mi się, że wiem więcej. Zapytał mnie, co jeszcze chcę osiągnąć w piłce młodzieżowej, sugerując podjęcie pracy z seniorami. Zgodziłem się i jako młody chłopak rozpocząłem współpracę w Nadarzynie. Pamiętam, że mieliśmy walczyć o awans za wszelką cenę, bo prezes założył się ze swoim odpowiednikiem z Ostrołęki, kto skończy wyżej w tabeli. Nie za bardzo nam to poszło, ale dostałem kolejną propozycję. Krok po kroku piąłem się w górę. Mazowsze Grójec, w którym pracowałem 1,5 roku, ogłosiło upadłość. Potem zgłosił się Dolcan Ząbki, z którym miałem za zadanie utrzymać się w reorganizowanej lidze. Udało nam się awansować  do 1 ligi.

– Nie miał pan problemów z uzyskaniem niezbędnej licencji na pracę?

–  Właśnie wtedy wyniknęła sprawa z moim kursem trenerskim, bo awansując z zespołem spełniałem warunki przyjęcia na kurs UEFA Pro. Dziś niektórzy nie spełniają warunków i dostają się na kurs, przeciwko czemu często się buntuję, szczególnie, gdy ich pierwszą pracą jest ekstraklasa lub młodzieżowa  reprezentacja Polski. Pamiętam, że gdy kwalifikowałem się na kurs, moja sytuacja finansowa nie była wtedy różowa, i chcąc zrobić uprawnienia, musiałem brać pożyczkę w banku. Na szczęście pracowałem w szkole i ją dostałem. Dzięki temu mam teraz spokój, stąd też moja wrzutka, że nikt mnie w teczce nie przyniósł. W niższych ligach zebrałem mnóstwo doświadczenia. Kiedyś zwolnienie z pracy było dla mnie dramatem. Starsi szkoleniowcy mówili mi: będziesz trenerem dopiero wtedy, gdy po raz trzeci cię wyrzucą. Wcześniej tego nie rozumiałem, ale potem mnie olśniło, gdy mogłem wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów.

– Trudno jednak o spokój, kiedy trenerów zwalnia się bardzo często.

– Kiedyś powiedziałem, że oprócz licencji trenerskich, powinno się wprowadzić licencje dla prezesów. Są jednak normalni ludzie. W Chrobrym Głogów od kilku lat pracuje Ireneusz Mamrot i wszyscy czekają, aż zostanie zwolniony. Nikt jednak nie zamierza tego robić i bardzo dobrze, ale takich przykładów jest niestety niewiele.

– Pan w Dolcanie zderzył się z ciekawą postacią z zarządu – Jerzym Szczęsnym. Jak wyglądało spotkanie dwóch tak mocnych charakterów?

– Zawsze, gdy był jakiś problem, długo rozmawialiśmy merytorycznie. Szukaliśmy najlepszych rozwiązań.  Gdy dziś zamknę oczy, widzę prezesa  Szczęsnego, jak chodzi po pokoju z nieodłącznym papierosem, a ja siedzę zadymiony. Wychodziłem z pomieszczenia i kręciło mi się w głowie. Nie palę o i może dlatego jestem wrogiem tego nałogu. Wracając do Jurka, z nim jest bardzo prosta sprawa. Robimy tak albo tak, nie ma stanów pośrednich. Wymienialiśmy argumenty i ktoś wychodził z tej rozmowy zwycięsko. To facet, który się bardzo dobrze orientuje w sprawach futbolu. Kiedyś go rozszyfrowałem – gdy ma dylemat, dzwoni do 20 osób i poznaje ich opinie i dopiero podejmuje decyzję. Bardzo cwany człowiek, ale nasze relacje są bardzo w porządku. Czasami dzwoni do mnie i rozmawiamy, chyba znalazłem się w tej dwudziestce ekspertów.

– Rzadko pracował pan długi czas w jednym klubie. Powiedział pan kiedyś, że podczas pracy wszystko musi być po pana myśli i w swojej karierze przeciągnął pan na swoją stronę tylko jednego prezesa. Mowa o Jerzym Szczęsnym?

– Jednego? Nie, to przesada. Czy krótko? W większości były to okresy roczne lub półtoraroczne. Z wieloma szefami bardzo dobrze mi się współpracowało, a różnica zdań prowadziła do tego, że klub się rozwijał. Dość często trafiałem jednak tak, że prezes był zwalniany krótki czas po moim zatrudnieniu. Tak było na przykład w Koronie Kielce. To w ogóle dziwna historia, bo niemal wszyscy związani z klubem byli za dotychczasowym prezesem, który został zdymisjonowany przez prezydenta miasta. Tak bywa. W Kielcach miałem duży problem z ówczesnym dyrektorem sportowym. Mieliśmy zupełnie odmienne koncepcje budowania zespołu, a przecież to ja odpowiadałem za wyniki. Potem i tak wyszło na moje, bo dyrektor został na kilka miesięcy urlopowany i przywrócony do pracy dopiero po moim odejściu. Nie chciałbym się zbytnio chwalić, ale spory pożytek z transferów, które pilotowałem, zbierał później trener Leszek Ojrzyński.

– Jak układały się relacje z nowym prezesem Korony, Tomaszem Chojnowskim?

– Chciałem pogodzić zespół z szefem. Atmosfera była nieco napięta, bo drużyna uważała, że Chojnowski został przyniesiony w teczce z ratusza. Wszyscy powinni się o to starać, bo byliśmy wysoko w tabeli i można było realnie pomyśleć o europejskich pucharach. Wystarczyło uspokoić emocje i minimalnie wzmocnić drużynę, a tymczasem zespół osłabiono, zrobił się bałagan. Absurdem był fakt, że prezes Chojnowski wyjeżdżał na Święta do Stanów Zjednoczonych i wracał pod koniec stycznia. Totalna fikcja, bo w okresie transferowym nie było w klubie osoby decyzyjnej. Musiałem wiele tonować, bo zawodnicy mieli sporo pretensji…

– Trudno chyba było też porozumieć się z prezesem Podbeskidzia Bielsko-Biała, Wojciechem Boreckim.

– Z takim człowiekiem chyba nigdy nie byłbym w stanie się dogadać. Chyba kompletnie się różnimy w postrzeganiu i rozumieniu pewnych rzeczy. Kiedyś powiedział, że dałem mu pustą kartkę i chciałem zrobić z niego głupka. Sprawa wyglądała tak – podałem mu kartkę, na której były prostokąty z ustawieniem na boisku, w których wpisałem tylko trzy nazwiska. Jaki to jest przekaz?

– Że trzeba uzupełniać skład, bo do gry są tylko trzej ludzie.

– Proste. Jeśli chcemy o coś pograć, musimy szukać zawodników, ale prezes już ich miał. Gotową listę. Potrzebował kogoś do ustawiania pachołków na boisku, a nie trenera. Moją postawę uznał jako niesubordynację. Zresztą, tutaj też zatrudniał mnie inny prezes, pan Marek Glogaza. Zespół widział, że w klubie nie ma szefa przez dwa tygodnie przed ostatnim meczem w roku, z Widzewem Łódź. Nie było z kim rozmawiać. Wtedy stery przejął prezes Borecki. Mógł powiedzieć mi wprost – panie, nie pasujesz mi pan, biorę kogoś innego. Jesteśmy dorosłymi ludźmi. Tymczasem w okresie świąteczno-noworocznym przyjechałem do klubu, ale prezes nie znalazł dla mnie czasu, choć siedział cały czas w gabinecie. Ok, niech będzie. Na początku roku pojechałem do Warszawy na komisję licencyjną, po czym wróciłem do Bielska na trening. Borecki mnie przechwycił, że musimy porozmawiać i rozwiązać kontrakt. Tak się nie robi, dlatego nie mam do gościa szacunku. Mogliśmy sobie wszystko wyjaśnić wprost. Ja z takim człowiekiem nie chcę pracować, mimo, że jest sympatycznym facetem z wąsami.

– W Pogoni Szczecin też było tak ciężko?

– Nie. Trzeba pamiętać, że prowadziłem Pogoń Szczecin w 24 meczach I ligi i awansowała do ekstraklasy. Z prezesami się dogadywałem, natomiast opornie szła współpraca z pracownikami klubu na niższym szczeblu i osobami będącymi blisko klubu. Tacy ludzie mieli swoje koncepcje i kopali dołki. Do tego doszły stowarzyszenia kibiców, którzy wymyślili sobie, że trener Artur Płatek jest bogiem i powinien dożywotnio pracować w klubie. Nie miałem nic wspólnego z jego zwolnieniem, po prostu zająłem jego miejsce, ale od razu czułem wycelowany we mnie pistolet. Pamiętam, jak kiedyś zdenerwował mnie pan Dariusz Jachno, dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. Sezon zaczęliśmy zwycięstwem z Polonią Bytom 3:0, potem zremisowaliśmy 1:1 z KS Polkowice i wygraliśmy z Ruchem Radzionków 5 : 1. Mieliśmy siedem punktów, a redaktor napisał „Fatalny start Pogoni”. Zadzwoniłem i zapytałem, o co chodzi. Odpowiedział, że tutaj wymaga się więcej, niż wygrywanie z rozsypującą się Polonią Bytom. Spytałem więc, czy wie, dlaczego Sasal jest w Pogoni. Ano dlatego, że duet Dariusz Adamczuk-Maciej Stolarczyk jesienią wywalczył tylko 17 punktów, ściągnęliście Płatka i gdyby nie dwa walkowery, to Pogoń zakręciłaby się w okolicach strefy spadkowej.

– Po pewnym czasie nastawienie dziennikarzy chyba nieco się zmieniło?

– Tak, bo część z nich dostrzegła, że jestem normalnym facetem, z którym można pogadać. Wiedzieli jednak, że są granice, których się nie przekracza. Zawsze broniłem i będę bronił swoich zawodników. W dzisiejszych czasach każdy szuka sensacji. W Szczecinie zdarzyła się sytuacja z Vukiem Sotiroviciem, który rozbił samochód, gdy jechaliśmy na obiad. Gdyby to trafiło do mediów, zaraz pojawiłaby się teoria, że jechał pijany, że coś tam, że gdzieś tam. Wracając do relacji, udało się znaleźć porozumienie z częścią dziennikarzy. W pewnym momencie zostałem jednak wciągnięty w intrygę. W Szczecinie, zresztą jak w całej Polsce, wybierano sportowca i trenera roku w regionie. Gala odbywała się we wtorek, dość dziwnie. Mieliśmy wtedy dwa treningi. Po drugim powiedziałem do kierownika drużyny,  że jestem zmęczony i jeśli to nie jest konieczne, wolałbym zostać w domu. Padła odpowiedź: – A, to niech trener nie jedzie. Tymczasem kierownik dobrze wiedział, że została mi przyznana nagroda. Gdybym zdawał sobie z tego sprawę, założyłbym garnitur, pojechał, i nie olewał ludzi. W moim imieniu statuetkę odebrał Edi Andradina, do dziś stoi u mnie w domu na honorowym miejscu. Przykro mi było, że zostałem wplątany w tak dziwną sytuację. Do tej pory nikomu o tym nie mówiłem, ale po kilku latach chyba już mogę. Później udało się ułożyć relacje z dziennikarzami, ale z kibicami już nie. Czekali na moje potknięcie i się doczekali.

– W szczecińskiej szatni miał pan do czynienia z kilkoma mocnymi charakterami. Radosław Janukiewicz, Edi Andradina, wspomniany Vuk Sotirović…

Był jeszcze Bartek Ława, który miał bardzo duże przełożenie na zespół i nie tylko. Z Edim do dziś jesteśmy w przyjacielskich relacjach. Pracowaliśmy razem blisko dwa i pół roku. Teraz on również widzi, jak wygląda praca w zespole z perspektywy trenera. Już wie, że to nie takie łatwe. Często rozmawiamy, wymieniamy poglądy. Z Janukiewiczem dogadałem się bardzo szybko, nie wchodziliśmy sobie w drogę, tylko pracowaliśmy wspólnie.  Zresztą, pierwsze, co zrobiłem po przyjściu do Pogoni, to zwolnienie trenera bramkarzy. Nie wyobrażałem sobie sytuacji, że szkoleniowiec nie przyjeżdża na mecze, a tak było w klubie. Jeżeli trener rzuca piłkę ręką, a nie kopie, to sorry. Z Sotiroviciem poradziłem sobie tylko po części. Zdobył dla nas sporo bramek, ale nie ukrywam, że w zimie  byłem za tym, żeby rozwiązać z nim kontrakt. Nie zgodził się na to prezes Grzegorz Smolny.

– Z jakiego powodu chciał pan się z nim pożegnać?

– Sporo tego było. Czasami miałem wrażenie, że jego wybryki są tylko działaniem na złość. Przykładowo, u masera wisi tabliczka „Zakaz używania telefonów komórkowych”. Ja wchodzę, a Vuk gra sobie na komórce w najlepsze. Można zwrócić uwagę raz, drugi, wlepić karę finansową, ale w pewnym momencie ten upór przekracza granice. I co ma zrobić trener? Zbagatelizować, a wtedy cała drużyna będzie łamać zasady? Doszliśmy do ściany – albo ja, albo on. To też była jedna z przyczyn mojego odejścia z Pogoni, choć nie decydująca. Prezes chciał, żebym trochę Vukowi odpuścił, bo on ma trudną sytuację. Zaraz, a ja to mam łatwo? A inni? Zresztą, później przyszedł trener Tarasiewicz, wielki mentor Sotirovicia, i pozwolił im na wiele.  Też nie popracował długo, tak jak i Vuk. Zresztą, z Vukiem w Jagiellonii było chyba podobnie…

– Nawiązując do nazwy naszego bloga, trudno nie zapytać o Bartosza Fabiniaka, z którym również spotkał się pan w Szczecinie. Jak wspomina pan tego bramkarza?

– Nigdy nie rozmawiałem z nim na temat scysji z Januszem Wójcikiem. Uznałem, że to temat zamknięty i nie wiem, jak wpłynęłoby to na nasze relacje, pewnie źle. Dla mnie liczyło się, czy umie bronić, czy nie. Często bywa tak, że u jednego trenera zawodnik gra, a u drugiego nie. Stracił umiejętności? Nie. Każdy trener ma  po prostu kryteria, które zawodnik musi spełniać. Jeśli tak nie jest, nie będziemy razem pracować. Na pewno nigdy nie zachowałbym się tak jak Wójcik. Jestem nerwowym człowiekiem, chłopaki też to widzą, ale są pewne granice. Nie można odstawiać takich szopek przy całym zespole, choć wiadomo, że na niektórych działa to bardziej, ale ubliżanie nigdy nie jest dobrym sposobem. To trudne zagadnienie, w książkach o tym nie piszą, trzeba samemu opracować metodę.

– Wójcik przekroczył granicę dobrego smaku?

– Każda droga do mistrzostwa może być dobra. Wójcik obrał sobie taką, a nie inną, i nic mi do tego . Zdobył przecież wicemistrzostwo olimpijskie. Trzeba jednak popatrzeć, jak trener kończy. Czy warto było stawiać takie kroki? Nie wiem. Mój ojciec kiedyś powiedział mi: – To moja sprawa, moje życie, jestem zadowolony. I ja właśnie to realizuję. Muszę patrzeć w przyszłość, mam dzieci, nie mogę iść na skróty. Gdybym był tylko trenerem, nie wygrałbym sprawy z moją byłą żoną i nie dostał opieki nad córką, bo co to za praca? Trener? Dziś jesteś, jutro nie. Dlatego łączę funkcje, nie po to, żeby gonić za kasą, ale po to, żeby mieć stabilizację.

– Dlaczego Donald Djousse nie chciał z panem współpracować w Pogoni Siedlce?

Znamy się z czasów wspólnej pracy w Pogoni Szczecin. To był nasz transfer z Dinama Tbilisi. Donald był wtedy młodym, zagubionym chłopakiem. Słyszałem, że odszedł specjalnie przed sezonem, bo się bał, ale może Olimpia Grudziądz zaproponowała mu większą kasę i strach to tylko zasłona? Widzieliśmy się po współpracy w Szczecinie kilka razy. Przed meczem z Olimpią jak zawsze się przywitał, jeszcze powiedziałem mu: – Take it easy, Donald. To bardzo sympatyczny gość, ale pewnych rzeczy nie mogę tolerować. Nie akceptuję spóźniania się, niedbalstwa, symulowania kontuzji. U mnie piłkarz nie może udawać kontuzji w 17. minucie meczu, bo mu coś nie wyszło. Tak było w Szczecinie. Raz powiedziałem doktorowi, żeby zapakował go na oddział , żeby Donald zobaczył, jak ludzie leżą w szpitalu, na kaszy mannie . Robiliśmy mu USG, rezonanse i nic nie wychodziło. Powiedziałem mu więc wprost – skoro uważasz , że nie jesteś zdrowy, nie interesuje mnie to, idź do prezesa, niech ci płaci, skoro masz kontrakt, ale u mnie grał nie będziesz. Przed wyjazdowym meczem z Olimpią Grudziądz prezes zapytał, czy dam Donaldowi szansę. Odpowiedziałem: – Przecież on nie trenuje, to dlaczego mam go widzieć w składzie? Jeżeli chce trenować, zapraszam. Mnie jednak potrzebny jest napastnik, a nie ktoś, kto mi się przebiera w koszulkę. Gdy ruszyliśmy do Grudziądza, prezes zadzwonił.

– Trenerze, czy Donald może jeszcze do was dojechać?

– Prezesie, drogi przecież są pootwierane. Tyle, że mam już osiemnastkę meczową, nikogo nie wyrzucę.

– Jako dziewiętnasty!

– Dobra, niech jedzie.

Przyjechał do nas w czasie kolacji, taksówką ze Szczecina, na własny koszt. Chłopaki się z tego trochę pośmiali, ale dał sygnał, że chce. Ustaliliśmy pewne rzeczy i od tego czasu  zaczął pracować .  Zdobył później osiem bramek. W poprzednim sezonie zaczął dobrze grać dopiero w barażach, ale może po prostu trener nie był w stanie znaleźć na niego sposobu.

– Po krótkim epizodzie w Podbeskidziu trafił pan do reprezentacji Polski U-18 i U-19, skąd został pan zwolniony bez podania przyczyny.

– Nie ma o czym rozmawiać. Miałem być zwolniony już wcześniej, bo chyba nie pasowałem niektórym ludziom, a poza tym kończył mi się kontrakt i tak czy inaczej nie zostałby przedłużony.

– Miał pan sporo przepychanek z trenerami, choćby z Mariuszem Rumakiem.

– Nie lubię, gdy ktoś oszukuje. Nie mogłem się do niego dodzwonić, a chciałem porozmawiać na temat trzech zawodników z jego drużyny. Niestety, bez skutku. Tymczasem obok stał trener Dariusz Śledziewski, który zaoferował, że zadzwoni. I co? Rumak odebrał od razu. Sorry, jaki ja mam mieć szacunek do takiego człowieka?

– Ostro wypowiadał się pan też na temat zawodników, którym podobno w głowach były tylko kontrakty, a nie gra w reprezentacji.

– Zaobserwujcie różnicę w wynikach kadry U-18 i U-19. W momencie, gdy gracz kończy 18 lat                (przejście z U-18 na U-19 następuje od 1 sierpnia każdego roku), podpisuje kontrakt i ma zupełnie inne zobowiązania wobec klubu. Widzę, że gość symuluje kontuzję, bo mu się nie chce grać w kadrze, to mam go nie skrytykować? Miałem do tego prawo i skorzystałem. Może i ja komuś nie podpasowałem, bo jestem z innej bajki. Owszem, moja reprezentacja przegrała mecz z Hiszpanią, ale wyjęto mi Linetty’ego, Zielińskiego i Milika. Dajcie mi trzech zastępców. A tymczasem w kadrze rywala wyszedł na boisko gość, który już grał w Barcelonie. W ogóle tamten turniej został bardzo kiepsko zorganizowany. Przegraliśmy z Hiszpanią, a w następnym meczu mieliśmy grać z Chorwacją. Ktoś mądry ustalił, że Hiszpania z Grecją grała przed nami, na pewno przypadkowo. Wygrała, ma sześć punktów, bezpośredni mecz z nami wygrany. I moi zawodnicy mają wyjść na boisko. O co mają walczyć, gdy wiedzą, że już odpadli? Do tego do graczy dzwonią z klubów: wracajcie, bo i tak przegraliście. Jeszcze tylko zagraliśmy na ambicji z Grecją i byłem z tego meczu zadowolony. Ale jeden gość zrobił przewrót na przedmeczowym treningu i krzyczy: – Oj, jak boli. Gra do tej pory, nie będę mówił nazwiska. Trochę wstyd.

– Nie miał pan problemu z pogodzeniem pracy przy obu reprezentacjach?

– Nie. Prowadziłem drużyny w wielu meczach. W czasie całej mojej pracy tylko raz nie było mnie na meczu kadry U-18, która brała udział w turnieju we Francji i poprowadził ją asystent. Ja byłem wtedy na turnieju eliminacyjnym U-19. Zabiegałem o to, żeby chłopcy zagrali z silnymi rywalami (Francja, USA, Portugalia) a był to jedyny termin. Planowaliśmy, że to zaprocentuje na przyszłorocznych eliminacjach, w których niestety mój następca przegrał. Dziś kadra U-18 jeździ na spotkania bez trenera, bo znów są jakieś komplikacje. Chyba też można  lepiej ustalić terminy ? Dat w kalendarzu nie brakuje.

– Słychać było też zarzuty pod pana adresem, że jest pan człowiekiem Romana Koseckiego.

– Nie jestem niczyim człowiekiem, nie należę też do żadnej partii. Na prośbę Romana przygotowywałem dla PZPN część Unifikacji Szkolenia, system rozgrywek  na Mazowszu i kilka innych projektów. Organizuję kursokonferencje szkoleniowe dla trenerów i prowadzę wraz z kolegami kursy podnoszące kwalifikacje trenerskie. W Polsce jest tak, że jak się coś robi dobrze, to „władzy” się nie podoba. Poprzedni ustrój został niestety we krwi niektórych decydentów. Jeśli ktoś inny zaprosiłby mnie do takiej współpracy, też pewnie bym pomógł .Zapewne znajomość  z Romkiem pomogła mi  otrzymać nominację na selekcjonera kadry młodzieżowej, co było spełnieniem jednego z moich zawodowych marzeń. Rozumiem, że teraz z reprezentacjami pracują wyłącznie obcy, nie powiązani z nikim, wybrani w drodze konkursu? Jeśli tak, to w porządku. Dziś można przegrać eliminacje i przejść nad tym do porządku dziennego. Pan redaktor Adam Godlewski obiecał, że w „Piłce Nożnej” będzie rzetelnie pisał o kadrze, którą prowadziłem. Chyba mu się nie udało, bo ukazał się wywiad z Grześkiem Tomasiewiczem, w którym po przegranych eliminacjach U-19 rocznika 1996,  powiedział coś w stylu „my tacy biedni, a oni nas zbili”. Zabrakło natomiast rzetelnej oceny, na co stać tę drużynę. A przypominam, że było stać na wiele, choćby na rozbicie Rumunii 6:0. To się nie liczy, tylko porażka z Hiszpanią. Szkoda, że nikt nie wyciągnął wniosków z selekcji, bo sytuacja będzie powracać .

– Po reprezentacji przyszedł czas na drugie podejście do Dolcanu Ząbki. Tam spotkał się pan z Patrykiem Mikitą, któremu „wróżył” niezbyt błyskotliwy rozwój kariery.

– To fajny chłopak z bardzo dużymi umiejętnościami technicznymi i nikt nie powie, że nie potrafi grać w piłkę. U Patryka zaburzyły się jednak proporcje pomiędzy futbolem i życiem prywatnym. To jest jeszcze do odkręcenia, dostał szansę w Chojniczance, może to wykorzysta. Patrykowi wszystko przyszło trochę za łatwo. Na razie jednak strzela średnio jedną bramkę na sezon, a to wynik nieco mizerny.

– Nie bał się pan wyzwania, które czekało pana w Siedlcach? Przejął pan zespół w rozsypce, z perspektywą gry w roli gospodarza na obcym boisku.

– Nie. Wszystko spokojnie przemyślałem i powiedziałem, że ok, ale zrobimy to po mojemu. Zarząd przyjął moją koncepcję . Kontraktowaliśmy zawodników, którzy mentalnie pasowali mi do zespołu. Nie obciążyliśmy budżetu, braliśmy graczy z kartami na ręku. Nie ukrywam, że chciałem też zmienić trenera bramkarzy, ale po przyjrzeniu się pracy Macieja Bołbotowskiego, zmieniłem o nim zdanie na lepsze. Znaleźliśmy porozumienie i jest w porządku, choć na początku nie wyglądało to najlepiej. A to bardzo ważna kwestia, bo prowadząc zespół, nie rozdwoję się, żeby właściwie przygotować bramkarzy. Zastanawiam się też nad wpisami na Twitterze byłego prezesa Pogoni i protestem kibiców, ale pozostawię to bez komentarza.

– Udało się też znacząco odmienić oblicze zespołu. Pierwszy mecz wyglądał wręcz katastrofalnie.

– Wynikowo może tak, ale nie do końca się z tym zgodzę.

– Naprawdę? Obserwowaliśmy mecz, Piotr Klepczarek mówił zresztą, że Dolcanowi grało się łatwiej niż na treningu.

– Faktycznie, Piotrek miał szansę wreszcie wymienić trochę podań, a nie tylko kopać do przodu, bo ostatnio jego zagrania lądują najczęściej w sektorze 3A.

– A jak układa się panu współpraca z prezesem Andrzejem Materskim?

– Przez lata nauczyłem się jednej rzeczy – szefów się nie wybiera. Prezes jest bardzo dobrym człowiekiem. Nie podejmuje szybkich decyzji, choć czasem jest to denerwujące, bo wystarczy powiedzieć: tak albo nie, decyzyjność. Kto wie, może się tego jeszcze nauczy, a może jego łagodny charakter mu na to nie pozwala. Prezes jest osobą totalnie bezkonfliktową, zależy mu na klubie, choć w pewnych kwestiach mnie nie posłuchał, a potem wyszło na moje. Co zrobić, może weźmie pod uwagę moje zdanie następnym razem.

– Jak na zespół wpływa gra w roli gospodarza w Pruszkowie?

– Wiadomo, że nie jest to łatwe. Przed pierwszym meczem przebieraliśmy się w malutkiej szatni, w której dosłownie musieliśmy chodzić po torbach. Krok po kroku idziemy naprzód, jest coraz lepiej. Świetną pracę wykonuje dla nas Kuba Myszkorowski. Nagrywa pierwszą część meczu, jeszcze w jej trakcie przeprowadza analizę, montuje materiał wideo i już w przerwie oglądamy błędy, które popełnialiśmy. To bardzo ważne, bo odprawa dwa dni po meczu nie ma wielkiego sensu, zwłaszcza, jak go wygramy. Po takim czasie piłkarz pomyśli: a co on mi tu będzie gadał, wygraliśmy, po co się czepia? Gdy jednak dostanie materiał na bieżąco, może zobaczyć, o co chodzi trenerowi. Myślę, że razem ze sztabem i chłopakami tworzymy fajną grupę, która ma wspólne cele.

– Zastanawia się pan, co stanie się po zimie? Niemal cały zespół ma kontrakty wyłącznie do czerwca.

– Ja też. Rolą zarządu jest znaleźć rozwiązanie tej sytuacji. Zresztą, nie ma ludzi niezastąpionych. Ktoś przyjdzie za Sasala, ktoś inny za Rybickiego i klub będzie istniał dalej. Trzeba też skupić się na pracy z młodzieżą. Nie może być tak, że biegam po Siedlcach i szukam młodzieżowca. Fajnie, zdjęcia kilku wychowanków wiszą na ścianach, ale nie można na tym poprzestać. Klub ma bardzo duży potencjał, ale niezbędna jest koncepcja szkolenia młodzieży. Bez tego ani rusz.

– Po meczu z Arką ostro podyskutował Pan też z Bożydarem Iwanowem. Zarzucił mu pan, że niepotrzebnie wtrąca się w spór, a na dodatek Polsat Sport nie transmituje meczów Pogoni.

– Pomyślcie sami – po to nakazano nam grać w Pruszkowie, aby telewizja mogła bez przeszkód przeprowadzać transmisje, a tymczasem nie było żadnej. Nie odpowiada mi to i powiedziałem o tym głośno. Można transmitować mecze Dolcanu rozgrywane w Pruszkowie, można Rozwoju Katowice, naszych jakoś nie. A Bożydar? Znamy się od dawna, niech się troszkę zastanowi. Telefon działa w dwie strony, ale jeśli nie chce rozmawiać to trudno, przeżyję.

Rozmawiali Emil Kopański i Tomasz Obrępalski

fot. Piotr Niciporuk

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s