Jerzy Engel jr: – Plan pięcioletni? To realne!

MKS_ŁOMŻA 028

W czasie kariery trenerskiej prowadził takich zawodników, jak Jakub Wawrzyniak czy Rafał Boguski. Zmagał się z biedą w Błękitnych Stargard Szczeciński, a także pomagał budować potęgę APOEL-u Nikozja. Dziś Jerzy Engel junior jest dyrektorem sportowym Polonii Warszawa i wspólnie z tatą, byłym selekcjonerem reprezentacji Polski, stara się odbudować potęgę klubu z Konwiktorskiej. O tym, a także o wielu innych zagadnieniach opowiada w rozmowie z gramybezbramkarza.pl!

Jak pana tytułować? Dyrektorem, trenerem?

Jestem obecnie dyrektorem sportowym. Oczywiście posiadam licencje trenerską ale odpowiadam za cały pion sportowy i długofalowy projekt budowy zespołu Polonii. Może managerem? To chyba najbardziej właściwe określenie. Łączę administrację z koordynowaniem pracy szkoleniowej sztabu i współpracuje z dyrektorami innych działów w strukturze klubu.

Jerzy Engel junior to trener spokojny czy nerwowy?

Zdecydowanie bardziej dojrzały niż kilkanaście lat temu.

Swego czasu w Kozienicach jako trener rezerw Polonii Warszawa wykręcił pan straszną awanturę. Dziś byłby pan spokojniejszy?

Nie wiem, przede wszystkim dziś nie rozpoczęlibyśmy tego meczu, gdybyśmy przed meczem zobaczyli działaczy rywala z sędziami w restauracji przy piwie. W tamtych czasach sytuacja była jednoznaczna. Byłeś na meczu, widziałeś jego przebieg. Inna kwestia, że później posądzono nas o zdemolowanie szatni. Okazało się to oczywiście kłamstwem, przepraszał nas nawet burmistrz. Najpierw jednak nasłano na nas policję, gdy już jedliśmy pomeczowy posiłek. Zaproszono nas na stadion, wszystko było w porządku. Była to próba odwrócenia uwagi od pracy sędziego. Takie to były czasy.

Do tego wszyscy patrzyli na pana przez pryzmat nazwiska. Już na starcie było przez to trudniej?

Nie wiem, bo nie mam porównania. Nikt w moim wieku nie pracował na tym poziomie. Na pewno wiele zawdzięczam prezesowi Jerzemu Piekarzewskiemu, który mnie zatrudniał, oczywiście brał pod uwagę mojego ojca. Nie znam innego życia niż z nazwiskiem Engel, dlatego nie wiem, czy z innym byłoby mi łatwiej czy trudniej.

Po raz pierwszy objął pan pierwszą drużynę w Legionowie. Jak pan to wspomina?

W rezerwach Polonii pracowałem z młodymi zawodnikami, byliśmy nieco w cieniu. W Legionovii miałem już zająć się pierwszą drużyną, złożoną głównie z zawodników starszych ode mnie. Autorytetu nie zdobywa się jednak wiekiem, tylko wiedzą. Jeżeli zawodnik czuje, że ktoś jest w stanie mu pomóc, szybko się podporządkowuje. Z kolei gdy ktoś jest dyletantem, piłkarze niezależnie od wieku będą się z takiego gościa śmiać. W Legionowie, podobnie jak w rezerwach Polonii, miałem z zespołem bardzo dobry kontakt, poza boiskiem przyjaźniłem się z niektórymi zawodnikami, co było też trudne do pogodzenia z pracą. Czasem trzeba było zostawić sentymenty na boku. Moim współlokatorem był Marcin Korkuć i była to bardzo specyficzna relacja. Wymagałem od niego najwięcej, bo nie chciałem być posądzony o to, że wystawiam go do gry tylko dlatego, że jest moim kolegą. Buntował się strasznie, przez to nasze stosunki nawet nieco się w pewnym momencie popsuły. Chyba sadzałem go na ławce częściej niż powinienem. W akademiku na szczęście obywało się bez awantur, nauczyłem się, aby nie przynosić pracy do domu.

Poważniejszą piłkę poczuł pan chyba dopiero w Stargardzie Szczecińskim, obejmując Błękitnych.

Każda moja praca była poważna. Jeśli chodzi o Błękitnych, to liga była wyższa, ale poziom profesjonalizmu dużo niższy niż w innych klubach, w których pracowałem. Pod względem sportowym ówczesna II liga była niezmiernie silna, a my byliśmy kopciuszkiem. Warunki do pracy mieliśmy bardzo słabe. Jedyne, czego tam się nauczyłem, to żeby nie wchodzić do klubów niepewnych finansowo, nie ryzykować. Chyba lepiej w ogóle nie pracować, niż pakować się w kłopoty. Szkoleniowo nie skorzystałem, po prostu spędziłem pół roku w biedzie. Udało mi się tam jednak znaleźć kilku fajnych zawodników, takich jak Kuba Wawrzyniak. Wyciągnąłem go za darmo ze Sparty Brodnica, gdy zastanawiano się, czy w ogóle jeszcze będzie grać w piłkę. Był po otwartym złamaniu piszczela, udało się go jednak odratować dla polskiej piłki. Poświęciłem mu wiele czasu, ale było warto.

Kuba chyba miał jednak spore problemy z przyznawaniem się do własnych błędów.

Oj, tak. W moim mieszkaniu spędzaliśmy całe godziny na analizach jego gry akcja po akcji. Niezależnie od tego, ile mu wtedy brakowało, grał u mnie niemal wszystkie mecze od początku do końca. Poleciłem go też trenerowi Żmudzie do reprezentacji młodzieżowej i Kuba do dziś gra w kadrze narodowej, więc chyba było warto.

Jak dbać o dobrą atmosferę w takich warunkach, jakie były w Stargardzie Szczecińskim? Jak w ogóle zmobilizować zespół do walki?

Przede wszystkim relacje muszą być szczere. Mam zasadę, której przestrzegam. Jeżeli ktoś chodzi niezadowolony, jest w klubie tylko dla pieniędzy, szybko się takiej jednostki pozbywam. Dbanie o atmosferę jest jednym z najważniejszych zadań dla trenera. Jeżeli nie ma dobrej relacji, praca na co dzień nie jest na najwyższym poziomie, a potem widać to w czasie meczu. Moja mama grała wiele lat w koszykówkę, była kapitanem Polonii, nigdy nie zmieniła barw klubowych. Do dziś wraz z koleżankami opiekują się trenerem, który ma 97 lat. To jest prawdziwy duch zespołu. Jestem więc tego nauczony, że relacje są najistotniejsze.

Po przygodzie w Stargardzie Szczecińskim trafił pan do zdecydowanie lepiej zorganizowanego klubu, ŁKS Łomża.

Wcześniej był jeszcze Radomiak, z którym udało się awansować na zaplecze Ekstraklasy, a także praca w roli drugiego trenera w ekstraklasowej Polonii Warszawa i staż w Newcastle United. W Łomży prezesem był fantastyczny biznesmen i człowiek, Józef Kosiorek, dziś jeden z udziałowców Jagiellonii Białystok. Wcześniej nie interesował się właściwie wcale piłką nożną, ale namówiono go na zainwestowanie w futbol. Przełożył swoje mechanizmy biznesowe na realia piłkarskie i wszystko świetnie zagrało. Nie ukrywam, że na początku nie chciałem tam przychodzić, nie wiedziałem nawet, gdzie jest Łomża. Pojechałem tam z czystej kurtuazji, nie chciałem odmawiać przez telefon. Gdy jednak porozmawiałem z prezesem oznajmiłem mojemu koledze, z którym przyjechałem, że zostaję i podpisuję kontrakt. To była bardzo dobra decyzja. Po raz pierwszy objąłem funkcję trenera-managera i zostały mi stworzone warunki, żeby ją faktycznie realizować.

Co należało do pańskich obowiązków?

W klubie przebywałem już od rana. Prowadziłem rozmowy ze sponsorami, kampanię marketingową, kampanię medialną, brałem udział w procesie zatrudniania pracowników do klubu itd. Moim asystentem był wówczas Leszek Ojrzyński, z którym pracowałem od kilku lat i rozumieliśmy się bez słów. Dzięki jego pomocy mogłem skupić się nie tylko na prowadzeniu drużyny, ale też budowaniu otoczki. Brałem udział w planowaniu budżetu, jego rozdysponowaniu. W Polsce zwykle trenerzy takimi sprawami się nie zajmują, co jest nieco błędne. Trener u nas ma skupić się na prowadzeniu treningów i osiągnąć wynik, ale nie ma wpływu na narzędzia, które mogą mu w tym pomóc. Nie może wpływać na regulamin premiowania, płynność finansową, na obraz kreowany w mediach… Dopóki trenerowi rzuca się kłody pod nogi, dopóty nie doczekamy się sukcesów. Przypomina mi się Wisła Kraków prowadzona przez mojego ojca, z której nagle sprzedani zostali przez „nadtrenera” Kalu Uche i Tomasz Frankowski. Jeżeli szkoleniowiec nie wie, kim będzie dysponował, to jest bez sensu, błędne koło. W Łomży miałem pierwszy raz do czynienia z prezesem, który bardzo mądrze prowadził klub i udało się zbudować modę na ŁKS.

Miał pan do dyspozycji także bardzo silną, młodą kadrę. Liderem był Rafał Boguski, którego kariera została zbudowana w modelowy sposób.

Takich zawodników jest w Polsce wielu. Rafał to wzór, jest chyba najlepszym zawodnikiem, z jakim miałem okazję pracować. Niestety, trochę zahamowały go kontuzje. Zapewne osiągnąłby jeszcze więcej, gdyby miał zdrowie. Miał świetny okres, gdy Leo Beenhakker powoływał go do reprezentacji Polski, dziś natomiast widać pełnię jego osobowości. Boguś jest trochę jak Dr. Jekyll i Mr. Hyde – niby cichy, ułożony, ale jednocześnie na boisku zawsze ma bardzo dużo do powiedzenia. W Łomży nazywano go Dziki, bo na murawie wstępował w niego zwierz, musiał wygrywać. Mieliśmy kiedyś dwóch bramkarzy, gdy na treningu jeden z nich doznał urazu, Rafał włożył rękawice i wybronił swojej drużynie mecz. Profesjonalista w każdym calu, bardzo inteligentny chłopak. Był zawsze najbardziej odpowiedzialny – innych czasem ponosiło, a Rafał wcielał się w rolę kierowcy i rozwoził ich po domach (śmiech).

Mniej odpowiedzialny był za to Marcin Truszkowski.

Tak już miał, od kiedy pamiętam. Mało odpowiedzialności, ale dużo talentu. Bardzo podobnym charakterem był Łukasz Jarosiewicz, którego prowadziłem w Polonii. Sporo takich graczy się marnuje, bo czasem głowa nie dojeżdża. Co do Marcina, pierwszą rzeczą, którą zrobiłem po tym, jak sprowadziłem go z Ostrołęki i okazało się, że źle się prowadzi, była rozmowa z jego ówczesną żoną. Namówiłem ją wówczas na przeprowadzkę do Łomży, bo w Ostrołęce nie było żadnych szans na upilnowanie Marcina. Było sporo zabiegów, żeby wydobyć z niego talent. Potrafił zagrać świetny mecz, a potem przyjść na zajęcia kompletnie nieprzygotowany. Odsuwaliśmy go od zajęć, sadzaliśmy na ławce,… Długo trwało jego dyscyplinowanie, ale w końcu udało się ująć go w ryzy i pokazał pełnię swoich możliwości. Potem miał mniej szczęścia, bo trafił do Bełchatowa, a tam rządził trener Orest Lenczyk. Marcin został bardzo szybko spacyfikowany, bo szkoleniowiec nie miał do niego cierpliwości, a zawodnik potrzebował takiego piłkarskiego ojca, który go poprowadzi. Trenerowi Lenczykowi się nie dziwię, bo to bywa uciążliwe. Ja lubię dawać szansę piłkarzom, na których inni postawili krzyżyk, ale jest to bardzo trudne i czasem się nie udaje.

Wiele pozytywnej atmosfery wnosił chyba do szatni Chioma Chimeze?

Był super gościem, zawsze pogodnym, uśmiechniętym. W Łomży był wówczas jedynym czarnoskórym mieszkańcem, bardzo lubianym przez wszystkich. Stał się właściwie maskotką całego miasta (śmiech). Gdy tylko mieliśmy spotkanie z dziećmi w szkołach, wysyłaliśmy jego. Sam bardzo to lubił, a dzieciaki za nim przepadały. Jako zawodnik był bardzo ambitny, nie zrobił co prawda kariery, choć miał ku temu możliwości. Niestety, nie mam już z nim kontaktu.

Mocnym charakterem był też Kamil Ulman, który nie ukrywał żalu do jednego ze swoich byłych trenerów.

Tak, to twardy facet. Trener Witold Mroziewski kiedyś odsunął go od Jagiellonii, czego Kamil chyba nigdy mu nie wybaczył, bo było to dla niego spełnienie marzeń. Miał w Łomży ksywę „Zamek”, bo jak założył zamek na bramkę, to piłka nie wpadła do niej ponad 700 minut. Pamiętam, że udzielił wtedy wywiadu, w którym mówił o swojej motywacji do awansu na zaplecze ekstraklasy. Chciał zagrać przeciwko swojej ukochanej Jadze żeby pokazać, jak bardzo się mylili co do niego. I dopiął swego. To tylko wskazuje na to, że ŁKS był wtedy pełen ludzi z twardymi charakterami.

Miał pan w swojej karierze akcent zagraniczny, konkretnie cypryjski. Jakie były pana zadania w APOEL-u Nikozja?

Byłem tam managerem akademii i koordynatorem szkolenia. Moim głównym zadaniem było przygotowanie zawodników z drugiej drużyny do płynnego przejścia do pierwszego zespołu. Wtedy była to straszna przepaść. Gdy przyjechałem, żaden zawodnik rezerw przez sześć lat nie miał nawet okazji trenować z „jedynką”. Akademia też dołowała, żaden zespół nie był w stanie przez długi czas wywalczyć żadnego tytułu. A przypomnijmy, że APOEL grał wtedy w Lidze Mistrzów. Były fundusze, żeby to zmienić i tę misję powierzono właśnie mnie, zostałem wyciągnięty z Ermisu Aradipu, gdzie pracowałem wcześniej. Udało się osiągnąć ten cel, wybudowaliśmy obiekty treningowe dla akademii, sprowadziliśmy z całego Cypru najbardziej utalentowanych młodzików, wprowadziliśmy profesjonalizm i system szkolenia do akademii, co później dało efekt w postaci mistrzostw w każdej kategorii wiekowej.

W APOEL-u nikt nie myślał o wyprzedaży zawodników po osiągnięciu sukcesu, na co też zwracał pan uwagę w kontekście polskich klubów.

Każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie. Lech tego uniknął, a i tak kolejny sezon zaczął fatalnie. Najbardziej sprawy partoliła Wisła, która miała świetnych trenerów, wysoki budżet, kapitalnych zawodników, a i tak nie awansowała do upragnionej Ligi Mistrzów. Miała bowiem wyniszczającą politykę. Nie można sprzedać zawodnika tuż po przegranym meczu eliminacyjnym. Taki piłkarz prowadzi negocjacje już wcześniej i w czasie gry nie ma w głowie parcia na zwycięstwo, tylko stara się uniknąć niepożądanych wydarzeń typu kontuzja. Wtedy układa sobie już życie gdzie indziej. W Wiśle była sytuacja, gdzie Mirosław Szymkowiak tuż po porażce z Dinamem Tbilisi spakował się i wyjechał do Trabzonsporu. Zawodnicy w takiej sytuacji czekają tylko na potknięcie swojego zespołu, żeby odejść.

Sugeruje pan, że tym graczom nie zależało już wtedy na zwycięstwie?                 

Nie, ale cel można mieć tylko jeden, nie można się rozdwoić. Sport na zawodowym poziomie jest klarowny – jeżeli z kimś się rywalizuje, i ten ktoś jest bardziej skupiony na osiągnięciu celu, nie da się z nim wygrać. W momencie, gdy gracz wie, że wkrótce go w danym miejscu nie będzie, w jego podświadomości motywacja się obniża.

W Nikozji miał pan okazję obserwować Helio Pinto. Dlaczego nie zaistniał w Legii Warszawa?

Myślę, że nie odpowiadał mu styl gry. Portugalski zawodnik trafił na norweskiego trenera, to dość bolesne zderzenie. Być może miała tu miejsce kolejna sytuacja, gdzie za dobór zawodników i sztabu odpowiadały różne osoby. Ktoś inny kupuje gracza, a ktoś inny ma zrobić z nim wynik. Bez sensu. Jeśli chodzi o Helio, obserwowałem go w meczach Legii i uważam, że grał bardzo dobrze, negatywne oceny były nietrafne. Spodziewano się zapewne innego typu zawodnika, niż Pinto się okazał. Oczekiwano gracza w stylu Ondreja Dudy, bramkostrzelnego, kreatywnego. Helio jest natomiast bardzo inteligentnym piłkarzem, który często gra na jeden kontakt, łącząc formacje. Do tego jednak potrzebni są partnerzy, którzy go zrozumieją. Trenerowi chyba nie było po drodze z grupą portugalską, o czym może świadczyć fakt, że z zespołu odeszli też Orlando Sa i Dossa Junior.

Ivan Trickovsky będzie zawodnikiem, który wkomponuje się w drużynę Stanislawa Czerczesowa?

Nie mam czasu śledzić na bieżąco tego, co dzieje się w Legii. Uważam, że to świetny zawodnik, ale nie wiadomo, czy dopasuje się do koncepcji i wymagań trenera. To zbyt skomplikowana kwestia, abym czuł się na siłach, by analizować to zagadnienie.

Dziś wrócił pan do Polonii, aby realizować „plan pięcioletni”. Jaka jest pańska koncepcja, aby go zrealizować?

Polonia znalazła się w sytuacji, którą kilka klubów już w historii poznało. Zbankrutowała i musi się odbudować, ale nie jest to dla niej pierwszyzna. W czasach PRL Polonia nie za bardzo mogła wyrwać się z trzeciej ligi, teraz chyba nie ma takiej dyrektywy, żeby jej do ekstraklasy nie dopuścić. Trzeba wybudować solidne fundamenty. Koncepcja, jaką przyjąłem, zakłada oparcie odbudowy klubu na prawdziwych wartościach i relacjach. Nie interesują mnie zawodnicy i pracownicy , którzy chcą przyjść do Polonii dla pieniędzy czy indywidualnych celów. Każdy, kto tu jest, musi stawiać klub i jego odbudowę na pierwszym miejscu. Dlatego w pierwszej kolejności sięgnąłem po wychowanków klubu jako liderów tak na boisku, jak i poza nim.

Pięć lat do ekstraklasy – to w ogóle realne?

Tak. Teoretycznie to tylko trzy awanse, dla klubu, który jest poukładany, stabilny finansowo i ma pewne tradycje, to możliwe. Najważniejszy jest rozwój, aby klub z roku na rok zaliczał progres. W tym sezonie nawet mistrz III ligi nie awansuje bezpośrednio do II ligi, tylko musi jeszcze wygrać baraż z mistrzem innej grupy, co oznacza, że cztery najlepsze w swoich ligach zespoły nie awansują. To trochę niesprawiedliwa sytuacja, ale nikt nie będzie rozdzierał szat, jeżeli promocji nie wywalczymy. Naszym celem minimum jest wygranie ligi i gra w barażach. Chcemy jednak stworzyć warunki i zimą ewentualnie wzmocnić zespół, aby już teraz awansować. Dla naszych sponsorów i kibiców gra Polonii na poziomie regionalnym to policzek. Ten klub powinien występować na poziomie centralnym.

Jak będzie wyglądała współpraca klubu z kibicami?

Przede wszystkim to kibice i osoby związane z klubem są właścicielami spółki akcyjnej, to właśnie oni ją założyli. Cała budowa klubu oparta jest na założeniu, żeby uniknąć powtórki z rządów Ireneusza Króla. W zarządzie klubu za współpracę ze środowiskiem kibiców odpowiada Dariusz Góralczyk, także były piłkarz i wielki kibic Polonii. Myślę, że to pytanie powinno być skierowane do niego. Ja ze swojej strony mogę zapewnić, że w doborze zawodników pierwszeństwo mają wychowankowie i piłkarze z regionu. Polonia zawsze była warszawskim klubem i do tego wracamy.

Ogromny, jak na III-ligowe warunki budżet, jest budżetem realnym?

Muszę coś sprostować, bo odnośnie do jego wysokości pojawiło się pewne przekłamanie. 3 miliony złotych to nie budżet na drużynę, a budżet całego klubu w tym roku, wliczając w to przejęcie długów, obiekty, sprawy spółki, emisje akcji, całą gromadę innych rzeczy. Piłkarze mają takie same pieniądze, jak w poprzednim sezonie. Tu nic się nie zmieniło poza premiami, jakie sponsorzy dołożyli za wyniki i awans.

A co z nowym stadionem, o którym od pewnego czasu słychać coraz głośniejsze pogłoski?

Zupełnie nowy nie wchodzi w grę, bo obecny obiekt jest zabytkowy. Mowa raczej o modernizacji. Aktualnie stadion nie spełniłby wymogów licencyjnych na grę w ekstraklasie, poza tym nowszy obiekt przyciągnie większą liczbę kibiców, a co za tym idzie, także zwiększy wpływy. Już w tej chwili miasto rozmawia z inwestorami, myślę, że w ciągu pięciu lat modernizacja stanie się faktem.

W 2008 roku powiedział pan: – Takie nastały czasy, że nie można się swobodnie wypowiadać na pewne tematy, już to wiem. Minęło siedem lat, coś się w tym temacie zmieniło?

– Wypowiadać się można, tylko trzeba liczyć się z konsekwencjami swoich słów. Janusz Panasewicz śpiewał: – A wolność słowa też piękna rzecz, i możesz krzyczeć, co tylko chcesz lecz jest poza tym dobro i zło, prokurator wytłumaczy ci to. Teoretycznie można więc mówić dużo, ale praktycznie konieczne jest ważenie słów. Im bardziej znana jest osoba i jej wypowiedzi mogą na coś wpłynąć, tym bardziej może wywołać chęć rewanżu ze strony pewnych grup. W APOEL-u się tego nauczyłem, przed każdą konferencją prasową klub organizował briefing i szkolił osoby z danego pionu, co mają mówić w odpowiedzi na konkretne pytania. Teraz w Polonii staramy się wprowadzać szkolenie z zakresu pracy z mediami, bo to ważny element szeroko rozumianej gry. Przez lata zdobyłem wiele doświadczeń życiowych, w tym środowisku znam wiele osób, ale nie znam drugiej takiej, która w moim wieku przeżyłaby aż tyle.

Rozmawiał Emil Kopański

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s