Marcin „Duże Pe” Matuszewski: – Cel? Duży transfer przed czterdziestką!

04 [fot. Bogusz Bilewski jr.]

Duże Pe to postać doskonale znana na polskiej scenie muzycznej. Mało kto jednak wie, że kryjący się pod tym pseudonimem Marcin Matuszewski od wielu lat wiedzie „podwójne życie” i równolegle funkcjonuje również w branży piłkarskiej. Wraz ze swoim wspólnikiem Remkiem Lembowiczem świadczył w przeszłości jako „wolny strzelec” usługi skautingowe, analityczne i doradcze szeregowi agentów i trenerów z kraju i z zagranicy. Obecnie jest już natomiast oficjalnie pośrednikiem transakcyjnym zarejestrowanym w PZPN (bo tak obecnie nazywa się agentów zawodników). Pierwszy transfer do Ekstraklasy przeprowadzony dzięki jego działaniom został sfinalizowany ponad dekadę temu. Zapraszamy do lektury obszernej rozmowy, w której nasz gość po raz pierwszy szczegółowo opowiedział o swojej piłkarskiej działalności.

(zdjęcie główne – fot. Bogusz Bilewski jr)

Nie ma chyba w tej chwili wielu osób, które kojarzą Dużego Pe ze światem piłki nożnej?

Nie no, kilka osób chyba słyszało mój kawałek „Futbol” nagrany kilkanaście lat temu (śmiech). Podobnie, gdzieś w mediach pojawiały się np. informacje o piosence, którą nagrałem dla młodzieżowej kadry trenera Dorny, która zdobyła brązowy medal Mistrzostw Europy U-17. Ale faktycznie, zawsze starałem się rozdzielać moje działania artystyczne i okołopiłkarskie – bo w żaden sposób się one nie łączą. Do tej pory nigdy też nie pchałem się z moimi piłkarskimi działaniami na afisz, niemal zawsze realizując je „z drugiego rzędu”. Skutkiem tego, mimo że mam na koncie 15 lat aktywności w piłce nożnej, mało kto z piłkarskiego środowiska kojarzy mnie z moimi dokonaniami artystycznymi – co w sumie mi pasuje, więc doceń mój „coming out” (śmiech). Od czasu do czasu oczywiście ktoś się zorientuje – jak trener Ulatowski (serdecznie pozdrawiam!), który w toku rozmów na piłkarskie tematy skojarzył mój głos, bo zdarzało mu się słuchać audycji prowadzonych przeze mnie w radiowej Czwórce.

Czyli: na scenie – Duże Pe, przy piłce – Marcin Matuszewski?

Tak, zdecydowanie! Aczkolwiek zarówno piłkarskie jak i muzyczne działania realizuję pod egidą mojej firmy, I-N-I Music & Sport Agency.

Skąd właściwie wziął się pomysł na okołopiłkarską działalność?

Historia zaczęła się od głębokiej fascynacji piłką nożną, którą zaszczepił we mnie mój kochany Tata. Po części wynika pewnie ona również z tego, że z przyczyn zdrowotnych jestem niespełnionym piłkarzem – w wieku, w którym mógłbym szukać szczęścia w piłkarskich akademiach, dały o sobie znać problemy z kolanami. Kiedy w 2000 roku zacząłem studiować na Wydziale Nauk Ekonomicznych UW, dość szybko zorientowałem się, że na krajowym rynku transferowym są bardzo duże pokłady niewykorzystanych możliwości – wynikających przede wszystkim z niedoceniania informacji jako środka produkcji równoważnego czasowi, sile roboczej czy kapitałowi. Agentów, którzy działali w Polsce, można było zliczyć na palcach jednej ręki, a skauting istniał wyłącznie w postaci „chałupniczej”. Postanowiłem zawalczyć na tym polu, zwłaszcza, że nadarzyła się okazja – bo klub, z którym od zawsze sympatyzuję był w problemach finansowych i miał kłopot ze skompletowaniem wartościowej kadry. Wykorzystując zdobytą wiedzę i biegłość w wyszukiwaniu wartościowych informacji w internecie postanowiłem spróbować ją wzbogacić przy niewielkim koszcie. Trafiłem na ślad zawodnika z Ghany, Setha Ablade – brązowego medalisty mistrzostw świata do lat 17, który w reprezentacji dzielił środek pomocy z Michaelem Essienem. Ablade występował wtedy w Austrii, gdzie do władzy doszedł Jorg Haider, polityk z bardzo nacjonalistycznymi poglądami. Wprowadzono tam wówczas przepis uniemożliwiający zawodnikom spoza Unii Europejskiej występy poniżej najwyższego poziomu rozgrywek. Klub, w którym grał Seth, spadł akurat z ich Ekstraklasy i został z „klopsem” w postaci zawodników, których mieli na kontraktach, a którzy nie mogli grać. Udało mi się nawiązać kontakt z agentem Setha, okazało się że wypożyczenie do Polski jest dla nich interesującą opcją. Działając z ramienia Polonii Warszawa doprowadziłem do tego, że zawodnik został sprowadzony na testy. W rozgrywanym na śniegu sparingu przeciw Olimpii Warszawa strzelił trzy gole, wpadł w oko trenerowi Chrobakowi – i tak się złożyło, że w wieku 22 lat sprowadziłem do kraju pierwszego zawodnika. I to do Ekstraklasy! Funkcjonowałem wtedy jako przedstawiciel klubu uprawniony do prowadzenia wstępnych rozmów transferowych – chyba tak było to sformułowane na tym pięknym piśmie, które jeszcze gdzieś mam. Oczywiście nie zarobiłem na tym wtedy nawet złotówki – przeciwnie: sam pomagałem wyposażyć mieszkanie wynajęte dla Setha, a kiedy klub zalegał z wypłatami mój ojciec podrzucał mu „dodatek do pensji”. No, ale pierwsze koty za płoty – Seth zagrał cztery spotkania w Ekstraklasie, dokładając małą cegiełkę do utrzymania Polonii na najwyższym poziomie rozgrywek…

Przez kogo dokładnie zostałeś uprawniony?

Jeśli się nie mylę, albo przez będącego wówczas członkiem zarządu świętej pamięci Marka Ruszkiewicza, albo bezpośrednio przez prezesa Romanowskiego. Tak czy owak głos decydujący o tym, że „robimy”, wyraził prezes Romanowski, który wysłuchał mojej prezentacji i stwierdził, że to chyba nawet ma sens (czytaj: że jakiś wariat przyszedł i chce pracować za darmo, więc nawet jeśli nie wyjdzie koszty dla klubu są żadne, a może się przecież udać i jest nawet szansa na tym zarobić…). Swoją drogą to też ciekawy zbieg okoliczności – ś.p. Marek Ruszkiewicz też był przecież zarówno działaczem piłkarskim jak i muzykiem, mającym na koncie wymyślenie kilku relatywnie znanych utworów…

Miałeś wtedy niewiele ponad 20 lat. Działacze ekstraklasowego klubu od razu potraktowali cię poważnie?

Gdyby nie mój serdeczny przyjaciel i wspólnik, Remek Lembowicz (z którym wtedy dopiero się poznałem i zacząłem współpracować), prawdopodobnie nigdy nie doszłoby do mojej dzisiejszej menedżerskiej działalności. Jako młody chłopak – wówczas jeszcze przed jakimikolwiek poważnymi publicznymi występami – byłem przerażony i zupełnie pozbawiony pewności siebie. Miałem pomysły i wiedzę, ale nie miałem siły przebicia. Remek świetnie uzupełniał nasz duet, bo charakteryzował się zupełnie obcą mi wówczas pewnością siebie – i właśnie dzięki temu zostałem wysłuchany.

Sprowadziłeś do Warszawy Setha Ablade. Co było dalej?

W latach następujących bezpośrednio po tym szczęśliwym początku działalności nie było już tak tłusto. Z Polonii zwolniono trenera Chrobaka – co moim zdaniem było ogromnym błędem, wystarczy spojrzeć dokąd dziś doprowadził akademię Lecha Poznań. Próbowaliśmy rozwijać naszą działalność i zataczać coraz szersze kręgi, ale z innymi trenerami musieliśmy „od zera” wypracowywać wzajemne zaufanie, co nie sprzyjało osiąganiu sukcesów – tym bardziej, że w Polsce trenerska karuzela jest niestety dość mocno rozbujana. Kolejni trenerzy odrzucili kilku zawodników, których sprowadzaliśmy na testy z zagranicy – może przez braki w umiejętnościach tych graczy, może przez brak naszych „chodów” – tego się nigdy nie dowiemy… Tak czy owak – wytraciliśmy nieco impet. Cały czas zdarzały nam się jednak strzały, które z perspektywy czasu widać jako potencjalnie trafne. Polecany przez nas Rafał Boguski koniec końców mimo wcześniejszej deklaracji nie dojechał z Łomży na umówione przez klub testy, bo w ostatniej chwili dostał lepszą ofertę. Kolega polecił nam młodego wówczas Sylwestra Patejuka, którego wypatrzył w Perle Złotokłos. Podjęliśmy wtedy pierwsze próby namówienia go, żeby potraktował swoją przygodę z piłką na poważnie, ale uzyskaliśmy odpowiedź odmowną. Później nasze ścieżki przecięły się jeszcze dwukrotnie – drugi raz kiedy grał już w trzeciej lidze i trzeci raz ostatnio, kiedy starałem się znaleźć dla niego nowy klub w Ekstraklasie zanim bez mojego udziału trafił na jej zaplecze do Zawiszy. Inny przykład zawodnika, którego wypatrzyliśmy w niższych ligach, to Maciek Tataj. Doprowadziliśmy do tego, że trafił do pierwszej ligi, w której – do momentu przyjścia do Polonii Warszawa trenera Waldemara Fornalika – radził sobie doskonale. Później, w toku naszej ówczesnej współpracy z Markiem Citką, trafił do Ekstraklasy, do Korony Kielce. Opiekowaliśmy się też przez jakiś czas Danielem Gołębiewskim, sprowadziliśmy do Polski urodzonego we Francji Polaka o nazwisku Loic Lo Bello… No, trochę tego można by jeszcze wymienić. Ale najciekawszym zawodnikiem, którego wtedy „wypatrzyliśmy”, był Łukasz Teodorczyk.

Opowiedz o tym.

Rzucił nam się w oczy za sprawą mojego taty, który jest fanatykiem piłkarskich statystyk. Wypatrzył, że w niższych ligach jest młody chłopaczek strzelający kosmiczne ilości goli. Z tego, co wiem, już wcześniej Paweł Olczak (ówczesny trener grup młodzieżowych Polonii Warszawa – przyp. aut.) starał się doprowadzić do tego, żeby Łukasz trafił do Młodej Ekstraklasy – ale nieskutecznie. Natomiast nam – ze sporą pomocą kolegów mających „znajomości w Żurominie” (śmiech), udało się w końcu sprawić, że ten transfer doszedł w końcu do skutku – i Łukasz zasilił ekipę Libora Pali.

To był przełom 2009 i 2010 roku. Spodziewałeś się wtedy, że Teodorczyk wybije się na aż tak wysoki poziom?

W przypadku każdego zawodnika to jest zupełna loteria. Jest multum utalentowanych piłkarzy, którzy nie zrobili kariery i multum dużo mniej utalentowanych, którzy zrobili kariery naprawdę konkretne. Można dostrzec, że ktoś wyróżnia się na tle innych – ale co będzie się działo dalej, to wróżenie z fusów. Jedyne, co może zrobić agent – po zobaczeniu chłopaka, w którym jest „to coś” – to dać mu do ręki możliwość, wędkę. Czy złowi rybę? Zależy, czy ryba będzie przepływać, czy nie będzie zbyt niecierpliwy, czy wziął nad rzekę flaszkę „żeby się nie nudzić” i tak dalej (śmiech) Jeżeli chodzi o Teodorczyka – zobaczyłem go na zajęciach u trenera Pali i zdecydowanie „była nadzieja, że coś z tego będzie”. Tym bardziej, że trener Pala do miękkich i wyrozumiałych nie należy – a od razu coś w nim dostrzegł, co stanowiło bardzo dobry prognostyk. Wypatrzenie „Teo” jest fajnym dokonaniem, podobnie jak np. nakręcenie ze wspólnikami transferu Ebiego Smolarka do Kataru. Były to jednak działania mające miejsce, kiedy to wszystko było jedynie moim hobby i pracą idącą na konto innych – a nie możliwością autentycznej walki o to, by zbudować coś na ich podstawie długofalowo i na własny rachunek.

Czy w karierze Teodorczyka był jakiś moment, impuls, który zdecydował o tak szybkim rozwoju?

Moim zdaniem – zdecydowanie był to wyjazd na mecze reprezentacji do lat 21. Zagrał w dwóch meczach i, jeśli się nie mylę, strzelił trzy bramki. To go podbudowało, kazało też baczniej na niego spojrzeć ludziom z pierwszego zespołu…

Transfer do Dynama Kijów był dobrym ruchem z jego strony? Wielu obserwatorów dziwiło się, że wybiera kierunek wschodni, zamiast szukać możliwości na Zachodzie.

Oczywiście, że tak! Przeniósł się do znacznie mocniejszej ligi, do klubu, który regularnie występuje w europejskich rozgrywkach. Do ligi, w której są znacznie większe pieniądze. Jest już ustawiony na całe życie (i pewnie dwa następne), czego raczej nie mógłby powiedzieć grając nawet w czołowych polskich drużynach.

03 [fot. IKA]

fot. IKA

Kontynuując temat transferów do Polski z zagranicy – zdarzały się absurdalne sytuacje, jak ta z Javi Martosem…

To były kapitan jednego z młodzieżowych roczników Barcelony, który zdążył tam nawet zadebiutować w pierwszej drużynie – a później był czołowym prawym obrońcą najwyższej klasy rozgrywkowej Grecji. Miał przylecieć na testy do jednej z drużyn polskiej Ekstraklasy. Wszystko było dogadane, wyłożyłem pieniądze na bilet lotniczy. Zawodnik wsiadł do samolotu i w tym momencie pojawiła się informacja, że w zespole, który miał go testować… zmienił się cały sztab szkoleniowy, łącznie z dyrektorem sportowym! Nowy sztab nie wykazał się ludzkim podejściem i ad hoc stwierdził, że nie jest tym zawodnikiem zainteresowany. Na szczęście tego samego dnia (głównie dzięki dynamice działania mojego wspólnika Remka) udało nam się załatwić mu testy w Koronie Kielce. Gdy przyjechał do Kielc, Aleksandar Vuković, który grał z nim w Iraklisie Saloniki (a właściwie obserwował grę Martosa z ławki rezerwowych) śmiał się ponoć, że nie powinni go testować, tylko od razu biec z kontraktem do podpisania zanim Javi się rozmyśli, bo takiego piłkarza jeszcze w Kielcach nie mieli. W sparingu Martos był najlepszy na boisku, mimo że został wystawiony poza swoją naturalną pozycją. Niestety, koniec końców na przeszkodzie „klepnięcia” tego transferu stanęły sprawy dziejące się poza sferą naszych wpływów (nie byliśmy jedynymi osobami zaangażowanymi w ten ruch) i koniec końców sprawa upadła – a ja do dziś nie odzyskałem należnych mi pieniędzy za bilety kupione zawodnikowi (śmiech). Cóż, dzisiaj załatwiłbym to zupełnie inaczej, ale… Jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz. Na szczęście ja „przewróciłem się” już wielokrotnie w „fazie rozbiegowej” – więc teraz, kiedy mogę już działać samodzielnie, jestem wyczulony na większość sytuacji, w których łatwo popełnić błąd.

Jak w tej chwili wygląda researching zawodników w wykonaniu polskich klubów?

Wydanie przez rok (w zależności od poziomu) 5, 10 czy nawet 50 tysięcy złotych na dobry skauting – nawet opary na kompleksowej analizie materiałów wideo – jest znacznie lepszym rozwiązaniem niż związanie się wieloletnim kontraktem z pozornie klasowym zawodnikiem, który będzie kasował tego typu kwotę co miesiąc nie dając w zamian dostatecznie dużo „piłkarskiej jakości”. W tej chwili sytuacja na rynku się zmienia, wiele klubów już to rozumie. Cały czas jest jednak duża blokada, niechęć do testowania zawodników, spojrzenia szerzej niż na własne podwórko. Inna sprawa, że wtedy w moim podejściu był typowy młodzieńczy entuzjazm. W tej chwili dostrzegam wiele sytuacji, kiedy ludzie, którzy stawali okoniem wobec moich pomysłów, po prostu mieli rację. Życie to nie Football Manager. Jest kwestia aklimatyzacji, kultury, odnalezienia się w nowym miejscu, wpasowania człowieka do zespołu…

Skoro już wspomniałeś – grałeś w Football Managera?

Oczywiście! Powiedziałbym nawet, że miejscami było to coś na kształt uzależnienia – pewnego dnia doszedłem więc do wniosku, że czas dorosnąć i zamiast marnować czas przed komputerem spróbować czegoś na tym polu dokonać „w realu”. Przestałem grać, ale do dziś korzystam z bazy danych FM’a – którą swego czasu nawet współtworzyłem.

Swego czasu wszyscy naśmiewali się z Widzewa, którego skauting – rzekomo – opierał się na danych z Football Managera.

Brutalnie rzecz ujmując – Ci, którzy się z czegoś takiego śmieją, mają bardzo ograniczone horyzonty. Sieć scoutingowa ludzi gromadzących, segregujących i analizujących dane na potrzeby Football Managera liczy 1300 osób rozsianych po całym świecie. Czy którykolwiek polski klub może się pochwalić własną siecią scoutingową stanowiącą choćby 10% tej grupy? Nie sądzę… Dlaczego więc nie skorzystać z już istniejącego, ogólnoświatowego rozwiązania, zamiast w bólach i od zera budować własne? Z tego co wiem z bieżącego dostępu do nieograniczonej i niepublikowanej pełnej wersji bazy danych Football Managera korzysta za grube pieniądze szerokie grono klubów ze świata futbolu znacznie większego niż ten polski. Jednym z nielicznych chwalących się tym oficjalnie jest Everton, ale pełna lista liczy kilkadziesiąt podmiotów. Z twórcami Football Managera obustronnie współpracuje Prozone – jedna z najpoważniejszych firm zajmujących się futbolową statystyką. Mógłbym tak wymieniać całkiem długo…  Oczywiście jest różnica między bezpośrednim dostępem do w/w sieci scoutów a chałupniczym grzebaniem w powszechnie dostępnym edytorze – nie zmienia to jednak faktu, że dzieło SI Games to najbogatsza baza danych o piłkarzach i ich umiejętnościach, jaka kiedykolwiek powstała. Oczywiście trzeba podchodzić do zawartych w niej danych z dystansem i konfrontować je z niezależnymi źródłami informacji, żeby zamiast następnego Savioli nie trafić następnego Harasimowicza (śmiech). Nie można jednak zapominać, że jest ona tworzona dzięki mrówczej pracy gromady fanatyków piłki nożnej (nie mylić z fanatycznymi kibicami) z całego świata – będących najbliżej klubów, analizujących w pocie czoła niższe ligi i tak dalej. A wartości takiej „korzennej” wiedzy nigdy nie powinno się lekceważyć…

Sam sprowadziłem kiedyś na testy do Polski „wonderkida” z Football Managera – Emmanuela Zulu z Zambii. Tyle, że oprócz bycia obiecującym zawodnikiem w FM, był on faktycznie obiecujący – znajdował się on na liście stu najlepszych piłkarzy młodego pokolenia na świecie, corocznie tworzonej przez jeden z cenionych brytyjskich piłkarskich periodyków. Był za naszą sprawą na testach w Polonii Warszawa i Amice Wronki. Niestety, w Warszawie padł ofiarą rozpędzonej trenerskiej karuzeli a we Wronkach możliwość transferu zablokowała nadchodząca fuzja Amica-Lech. Ostatecznie pomogliśmy naszemu brytyjskiemu wspólnikowi wysłać Emmanuela do… Malezji, gdzie zaoferowano mu dużo atrakcyjniejsze warunki niż te będące w zasięgu klubów Ekstraklasy. Cóż, jak mówi jedno z moich ulubionych przysłów – „nie ma złych zawodników, są tylko tacy ze słabymi agentami” (śmiech). Pomijając totalne beztalencia, zawsze można znaleźć rynek, na którym dany gracz będzie mógł zostać przynajmniej solidnym ligowcem utrzymującym się z grania – trzeba tylko mieć otwartą głowę i postrzegać świat futbolu jako całość…

Jak wyglądała twoja praca skautingowa, gdy zajmowałeś się nią jeszcze hobbystycznie?

Taka praca opierała się w głównej mierze na analizowaniu tego, co dzieje się na rynku transferowym. Budowałem i utrzymywałem gigantyczną sieć kontaktów z agentami z całego świata, razem z moimi wspólnikami analizowałem nadsyłane mi materiały video szukając faktycznie interesujących graczy, porównywałem przesyłane mi CV zawodników z niezależnymi źródłami informacji i tak dalej. Sporo czasu spędzałem też na wyszukiwaniu okazji – znajdowaniu informacji o tym, że ktoś odchodzi z klubu, że jakiś klub chce się kogoś pozbyć, że gdzieś pilnie szukają bramkarza bo w związku z nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności zostali z „ręcznikiem” i dwoma kontuzjowanymi… Poświęcałem się też wiele czasu wyszukiwaniu i analizowaniu statystyk z krajowych niższych lig, w poszukiwaniu młodych i utalentowanych zawodników. Niestety, bardzo ciężko było (i w sumie jest) przejść coś, co nazywam „granicą bezzasadnie wysokiego mniemania o Polskiej piłce”. Bo przecież ktoś z trzeciego poziomu rozgrywek w Hiszpanii musi być „drewniany”, czyż nie? Po czym wjeżdża taki Dani Quintana, który grał właśnie na takim poziomie i absolutnie niczym się tam nie wyróżniał in plus – i z marszu rozmontowuje polską ligę. Takich przykładów mógłbym wymieniać setki… Przez półtora roku na zlecenie jednego z moich wspólników (i za pośrednictwem innego) starałem się zainteresować kogokolwiek w Polsce braćmi Paixao. Wszyscy się śmiali, że proponujemy jakichś drewniaków z Iranu (bo obaj własnie tam wtedy grali), zero odzewu… Aż koniec końców jakiś czas później umieścił ich w Polsce ktoś inny. Zobaczenie debiutu Marco w Śląsku Wrocław było dość gorzką satysfakcją – z jednej strony cieszyłem się, że „wyszło na moje”. Z drugiej – byłem zły na mój brak siły przebicia, bo widziałem że jak na Ekstraklasę to „kawał piłkarza” jeszcze zanim „rozstrzelał się” na Cyprze, tylko nikt mnie nie chciał słuchać…

Pamiętam, że odkrywałeś również piłkarzy z mocno egzotycznych krajów. Swego czasu mocno zaimponował ci Mrisho Ngassa, reprezentant… Tanzanii.

Kiedy widzę zawodnika, który w meczu towarzyskim Tanzania – Brazylia przed mundialem w RPA objeżdża brazylijską defensywę jak chce, to – niezależnie od tego, skąd jest – uznaję, że warto przynajmniej rzucić na niego okiem. Ntibazonkiza pochodzi z Burundi. W Belgii kariery robili zawodnicy z Czadu czy z Republiki Środkowoafrykańskiej. Czemu stawiać sobie w głowie jakieś bezsensowne granice? Piłka nożna jest taka sama bez względu na to gdzie się w nią gra. Jeśli jesteś obiektywnie dobry – jaką rolę gra skąd pochodzisz? Moim zdaniem żadną… W przypadku Ngassy był jednak problem komunikacją – zaproponował mi go niemiecki agent, który nie do końca kontrolował zawodnika, więc mimo że widziałem w chłopaku talent, wolałem odpuścić żeby „nie wsadzić się na minę”. Cóż, jeżeli chodzi o piłkarzy z Afryki czy Brazylii, z takimi kwestiami bywa niestety ciężko (śmiech). Inna sprawa, że nawet w krajach postrzeganych przez nas jako „piłkarski trzeci świat” zdarzają się gigantyczne pieniądze i solidne sukcesy, które sprawiają że wyjazd z takiego miejsca wcale nie musi być atrakcyjny. TP Mazembe z Demokratycznej Republiki Konga doszło do finału Klubowych Mistrzostw Świata. Popraw mnie, ale chyba nie widziałem tam żadnej polskiej drużyny… (śmiech) Z kolei w Angoli swego czasu jeden z klubów pozwolił sobie na zatrudnienie 39-letniego Rivaldo – a podejrzewam, że nikogo z Ekstraklasy by nie było na to stać.

Otrzymywałeś zapytania o znalezienie klubu zawodnikom podobnego kalibru – byłym gwiazdom tuż przed piłkarską emeryturą?

W Polsce jest straszny opór przeciwko zatrudnianiu zawodników powyżej 30-go roku życia, więc mimo licznych zapytań od zagranicznych agentów w takich kwestiach, zwykle się za nie nie biorę – bo zdążyłem się trochę zniechęcić. Inna sprawa, że zupełnie tego podejścia nie rozumiem – Danijel Ljuboja dał przykład, że taki zawodnik może być wartościowy do punktu zmiany oblicza drużyny. Podobnie było z Olivierem Kapo, który mimo 35 lat na karku zdobył w zeszłym sezonie 7 bramek i 5 asyst dla Korony Kielce i trudno nie docenić jego wkładu w ich grę. W bieżącym okienku szukałem w Polsce klubu dla zawodnika, który nazywa się Benjamin Lauth, rocznik 1981. Gość jest legendą TSV 1860, rozegrał mnóstwo meczów w pierwszej i drugiej Bundeslidze, występował też w reprezentacji Niemiec. Chciał zarabiać pieniądze będące w zasięgu pięciu czy sześciu polskich klubów. Nikt nie był zainteresowany. Szukałem również opcji dla Cacau, brązowego medalisty mistrzostw świata z 2010 roku – i też: zero zainteresowania…

Nasza liga byłaby w stanie sprostać finansowo zawodnikowi pokroju Cacau?

Gdyby kluby myślały globalnie o budżecie na transfery i pensje, to tak. Zupełnie nie rozumiem myślenia, że lepiej zapłacić 500 tysięcy Euro za transfer zawodnika i płacić mu przez dwa lata po 20 tysięcy euro miesięcznie, niż zatrudnić lepszego zawodnika przychodzącego za darmo z kartą na ręku i płacić mu przez dwa lata po 40 tysięcy euro miesięcznie. Suma summarum koszt byłby właściwie taki sam, a sportowy zysk dla klubu znacznie większy… Jest jednak opór przed oferowaniem zawodnikom wyższych pensji – i przez to zawodnicy na naprawdę solidnym poziomie nie trafiają do Polski. Mógłbym wymienić jeszcze kilka „dużych” nazwisk z którymi odzywali się do mnie ludzie z zagranicy… Sprowadzanie takich zawodników do Polski jest jak najbardziej wykonalne, to tylko kwestia przekroczenia pewnej bezsensownej mentalnej bariery.

Co w przypadku wymienionych przez ciebie piłkarzy było argumentem na „nie”?

Tradycyjnie – „za drogi, za stary, nie jesteśmy zainteresowani” (śmiech). Nie zrozum mnie źle – jestem wielkim fanem dawania szans wychowankom czy „talenciakom” wyłowionym w niższych ligach. W każdej formacji powinno się jednak mieć człowieka, który w kluczowym momencie zbierze pozostałych do kupy, naprawi ich błędy, na treningu podzieli się doświadczeniem i tak dalej. Zatrudnienie jednej autentycznej gwiazdy zamiast czterech przeciętniaków (których suma pensji składa się pewnie na podobny wydatek) dawałoby moim zdaniem więcej szans młodym polskim piłkarzom. no i trenując każdego dnia z gościem, który grał przykłądowo zdobył Mistrzostwo Świata czy Ligę Mistrzów, mieliby się od kogo uczyć. Albo przeciwnie – mogliby stwierdzić „Ej, ten gość dwa lata temu grał w półfinale Ligi Mistrzów, a ja go objechałem na treningu. WOW. Może warto jednak wziąć się za siebie i pomyśleć o tej piłce trochę poważniej, bo jest szansa że gdzieś mnie to doprowadzi…”.

Z drugiej strony – gdyby taki zawodnik trafił do któregoś z polskich klubów, kibice od razu zaczęliby się zastanawiać: „gdzie jest haczyk?”. Przecież „skoro taka postać przychodzi do Polski, musi być z nią coś nie tak”.

Jak powszechnie wiadomo „Polak zna się na wszystkim”. W zależności od potrzeby jest ekspertem od piłki nożnej równym selekcjonerowi, specem od skoków narciarskich któremu Małysz może narty nosić, „profesorem” od kwestii społecznych na Bliskim Wschodzie gotowym podzielić się ze światem swoją „wiedzą” i tak dalej. Reasumując – takie plotki i dyskusje by się rzecz jasna pojawiły, ale wszystko by zweryfikowało boisko. Ja nie twierdzę, że z automatu zawodnik „dużego formatu” rozniósłby naszą ligę w pył. Na miejscu klubów nie podpisywałbym też od razu długoletnich kontraktów, tylko krótszy z opcją przedłużenia. Należy też konkretnie prześwietlić zagraniczne media z miejsc gdzie taki „gwiazdor” grał – czy nie imprezował bez umiaru, czy nie miał problemów z hazardem… To wszystko jednak nie zmienia mojego zdania, że warto próbować. Spójrzmy na ligi Turcji czy Cypru – tam jakiś czas temu poszli drogą budowy marki rozgrywek oraz sportowych sukcesów przez ściąganie zagranicznych gwiazd, i wkrótce zaliczyli błyskawiczną „windę” w światowych rankingach.

01 [fot. Bogusz Bilewski jr.]

fot. Bogusz Bilewski jr

Kontynuując temat zagranicznych gwiazd i polskiej ligi: Milos Krasić – odpali?

To zawodnik, który w szczytowym momencie kariery grał na jeszcze wyższym poziomie niż Olivier Kapo czy Daniel Ljuboja. A przy tym wcale nie jest wybitnie stary. Myślę, że jeśli nie zawiedzie jego mentalność i podejście do pracy, w rundzie wiosennej powinien być tutaj gwiazdą – bo póki co nie ma o czym gadać, gdyż fizycznie wygląda na zupełnie nieprzygotowanego do gry. Inna sprawa, że piłka nożna to nie sport indywidualny, i jeśli reszta ekipy „nie daje rady”, jeśli w zespole „nie ma chemii”, jeśli trener nie jest w stanie poukładać dużyny i tak dalej, to i sam Messi nie pomoże… Reasumując: we will see what time will tell (śmiech).

Lechia postępuje dobrze, wymieniając co okienko tak dużą liczbę zawodników?

Kim ja jestem, żeby oceniać, jak ktoś zarządza swoim klubem? Każdy ma swój pomysł, mi może się tylko podobać albo nie.

A zatem: podoba się?

Na tle innych polskich drużyn Lechię wyróżnia śmiałość na rynku transferowym i spora odwaga w podejmowaniu decyzji. Ja to widzę jako duży plus, chociaż faktycznie czasem ruchy transferowe sprawiają wrażenie przeprowadzanych w nieco szalony sposób. Prawda jest jednak taka, że czasami zawodnik w ostatniej chwili okna transferowego orientuje się, że nie ma lepszej opcji niż dajmy na to powrót do Polski.

Peszko?

Przykładowo.

Czy Lechia nie przypomina ci trochę Polonii Warszawa za czasów Józefa Wojciechowskiego?

Właśnie do tego zmierzałem. Przykro mi gdy patrzę co się dzieje z wychowankami akademii Lechii. Z tego, co słyszałem, nie wygląda to za różowo jeśli idzie o ich szansę na przebicie się do pierwszego zespołu – a zdaje mi się , że było tam wielu bardzo zdolnych chłopaków. Sytuacja w Polonii Warszawa za czasów prezesa Wojciechowskiego wyglądała podobnie – trener Michał Libich dwukrotnie zdobył Wicemistrzostwo Polski U-19, ale jego wychowankowie zawsze byli traktowani po macoszemu i „per noga”. Bo przecież „lepiej” wyrzucić tonę pieniędzy na stado najemników niż dać szansę chłopakom zżytym z klubem. Ehhh… Nigdy nie zrozumiem takiego podejścia, dla mnie wychowankowie są „solą futbolu” i zawsze ceniłem kluby, które przynajmniej częściowo opierały swoje kadry na nich lub chociaż na chłopakach „z regionu”. Ale tak jak mówiłem – każdy ma swój pomysł na prowadzenie klubu, jeśli kiedyś na starość zostanę „działaczem”, zacznę wprowadzać w życie mój… (smiech) Wracając do porównania między obecną Lechią a Polonią z czasów JW – wydaje mi się, że w Lechii wszystko jest jednak  robione znacznie bardziej z głową. Chociaż w tej chwili trenerem został jeden z udziałowców (Thomas von Heesen – przyp. aut.), więc osiągnęli poziom, do którego Wojciechowski nigdy nie doszedł (śmiech). Jestem bardzo ciekawy jakim okaże się szkoleniowcem, bo jego dotychczasowa kariera to sinusoida: bardzo dobrze, bardzo źle, bardzo dobrze, bardzo źle… W Lechii – w przeciwieństwie do opisywanej Polonii – na pewno nie będzie jednak sytuacji, w której zawodnicy zorientują się, że trener nie ma nic do powiedzenia i wszystko zależy od nich, bo jak będą chcieli, to go zwolnią. Inwestora? Nie ma szans! (śmiech)

Po którym transferze albo decyzji Wojciechowskiego najmocniej złapałeś się za głowę?

Po pozbyciu się Andreu i po zakończeniu współpracy z Bakero. Przy czym w tym drugim przypadku duża wina leżała po stronie samego Bakero, który z tego co świerkają wróble wykonał nieroztropny telefon do prezesa będąc w stanie, w którym niekoniecznie powinno się podejmować negocjacje dotyczące dalszego zatrudnienia…

Jakim według ciebie trenerem był Bakero? W Polsce przeważają raczej negatywne opinie.

Byłby doskonałym prezesem klubu, ambasadorem, wizytówką. Osobą, która działałaby wizerunkowo. Tu nie mam wątpliwości. A co do samej trenerki – cóż, zależy jakiego by miał asystenta (śmiech). Większą rolę niż trenerskie umiejętności odgrywało samo jego nazwisko. Nagle okazało się, że Daniel Gołębiewski, Adrian Mierzejewski czy inni dostali skrzydeł. Przez zetknięcie się ze światem wielkiej piłki – właśnie w postaci osoby Bakero – kilku chłopaków zaczęło grać na najwyższym poziomie w swoich dotychczasowych karierach. Mądry prezes miałby w klubie dyrektora sportowego. Mądry dyrektor sportowy widziałby wady i zalety Bakero i zbudowałby mu odpowiedni sztab szkoleniowy, uzupełniający jego braki i podkreślający jego zalety. Dla mnie trener to bardziej wyspiarski „manager” – człowiek, który ma być liderem zespołu, dowódcą armii. Od taktyki, trenowania, przygotowania fizycznego czy stałych fragmentów gry może – a nawet powinien – mieć swoich ludzi. On ma być generałem, który stoi na wzgórzu przy polu bitwy i swoją charyzmą sprawia, że żołnierze zaczynają wierzyć w siebie. Na poziomie Ekstraklasy trener Bakero mógłby doskonale spełnić się w tej roli, jeśli otrzymałby kredyt zaufania i odpowiednie wsparcie – ale nie dostał ich ani w Polonii, ani w Lechu. Chociaż kamyczkiem do jego ogródka jest niewątpliwie nieznajomość angielskiego – bez tego trudno o międzynarodową karierę w piłce…

Skoro rozmawiamy już o trenerach, zapytam o tego, którego już wspominałeś. Libor Pala.

Jakby to ująć – nie zawsze zgadzałem się z niektórymi zaobserwowanymi metodami jego pracy, ale uważam, że jest bardzo dobrym trenerem, który w wielu miejscach osiągał wyniki ponad stan. Ma też na koncie wychowanie przynajmniej kilkunastu piłkarzy, którzy zaistnieli w futbolu na naprawdę wysokim poziomie.

Na ile to właśnie dzięki Pali Teodorczyk zaszedł tak wysoko?

Myślę, że w dużej mierze – tak samo jak Wszołek. Przy Liborze obaj musieli spuścić głowy i pracować za dwóch jak cała reszta druzyny. Nie mogli być gwiazdami, byli szeregowymi zawodnikami. I to było coś. Uświadomienie sobie, że przede wszystkim trzeba zap…, to podstawa owocnej piłkarskiej kariery. W innym wypadku łatwo osiąść na laurach będąc najlepszym w czwartej lidze czy w juniorach – a taki sukces o niczym przecież nie świadczy. Paul Merson wspomina w swojej biografii Beckhama, który zawsze spędzał po kilka dodatkowych godzin na boisku ćwicząc do upadłego stałe fragmenty gry. My tego nie widzimy, jako widzowie dostajemy tylko „produkt końcowy” tej ciężkiej pracy – i można odnieść skrajnie błędne wrażenie, że dany zawodnik jest gwiazdeczką, która wszystko osiągnęła talentem a na treningach się obija. Nic bardziej mylnego, talent bez ciężkiej pracy znaczy tyle co nic. Trzeba się skupić na tym, żeby za kilka lat być Lewandowskim z Bayernu, a nie zadowolić się byciem Lewandowskim z Varsovii (śmiech)

Lewandowskiego kojarzyłeś pewnie od jego najmłodszych lat?

Wiem, że Michał Libich chciał ściągnąć go do drużyny juniorów Polonii, ale usłyszał że nie ma na to środków.

O jakie pieniądze mogło chodzić?

Nie mam pojęcia, ale pewnie o śmieszne. Parę tysięcy? Kilkanaście? Tak czy owak, była to pewnie jedna miesięczna pensja przeciętnego kopacza z pierwszej drużyny, maksymalnie dwie. Ot, polska piłka w pigułce…

Na koniec zapytam o kilka bieżących spraw z rynku transferowego. Zacznę od Legii Warszawa i jej poszukiwań lewego obrońcy. Naprawdę tak ciężko było o znalezienie kogoś na tę pozycję?

Ależ skąd! Na rynku było w tym okienku całkiem sporo klasowych lewych obrońców z kartą „na ręku” – a kilku nadal jest „do wzięcia”. Wiesz, mają w tej Legii w roczniku 1999 na lewej obronie Patryka Barana – bardzo utalentowanego chłopaka, którego wyciągnęli w tym okienku z Piaseczna. Może trzymają już miejsce dla niego… Rzecz jasna troszkę w tej chwili ironizuję, ale nie zdziwię się jeśli za rok czy dwa wspomniany Baran zadebiutuje w Ekstraklasie, bo widzę przed nim całkiem świetlaną przyszłość…

Furorę w ataku Legii robi Nemanja Nikolić. Jak to możliwe, że piłkarz z takimi statystykami przez tyle lat uchował się w lidze węgierskiej?

Tak, jak Paweł Brożek przez wiele lat uchował się w Polsce (śmiech). Nikolić przyjechał z Węgier do kraju o podobnym piłkarskim poziomie, więc jego przeskok nie był wcale duży.

Miałeś go na radarze w poprzednich latach?

Rzucił mi się w oczy, ale nie miałem kontaktu z osobą, która go reprezentuje. Pracowałem za to bezskutecznie nad innym zawodnikiem – a właściwie dwoma – którzy wyróżniali się na Węgrzech. To Andre Schembri z Malty i Tarmo Kink z Estonii. Obaj mocno walczyli z Nikoliciem o lokalną koronę króla strzelców, jednak wiadomo – słyszałem „daj spokój, co to za drewniaki z Węgier…” (śmiech)

Wracamy do Polski. Zaskakujący transfer przeprowadziła pierwszoligowa Miedź Legnica, do której trafił reprezentant Łotwy, Valerijs Sabala.

Dlaczego zaskakujący?

Były król strzelców ligi, etatowy reprezentant, w dodatku młody.

Ekstraklasa Łotwy jest poziomem porównywalnym do pierwszej ligi polskiej. Takie ruchy są możliwe. Sam w tym okienku pracowałem nad wytransferowaniem do 1. Ligi piłkarza, który od kilku lat wyróżniał się na drugim poziomie rozgrywek w Belgii i Holandii. Nie myślałem, że drugi poziom rozgrywek w Polsce może być dla takiego człowieka interesujący – ale był. Jak już mówiłem wcześniej, wystarczy mieć otwartą głowę, nie patrzeć na zawodników przez pryzmat narodowości – i nagle okazuje się, że można zbudować solidny zespół za relatywnie niewielkie pieniądze.

Istnieje na świecie kierunek nieodkryty jeszcze przez polskie kluby, na który warto zwrócić uwagę przy poszukiwaniu zawodników?

Zupełnie nie patrzę tymi kategoriami. Każdy kierunek jest dobry, zwłaszcza, jeśli szukamy zawodników na poziomie młodzieżowym. Jeśli ktoś trafia do Europy w wieku 16 lat, to w ciągu kolejnych 3-4 lat powinien zachować wszystkie przymioty, które miał z natury, a do tego przykładając się do pracy z łatwością wypracuje „europejskie” piłkarskie nawyki. Moim zdaniem rynek transferowy należy traktować globalnie, a nie zastanawiać się, czy jakiś kierunek ma sens. Trafił do Polski Maor Melikson i nagle wszyscy na chybił-trafił rzucili się na zawodników z Izraela. To totalna bzdura!

Masz cel, do którego będziesz dążył jako menedżer?

Mój cel jest prosty. W tej chwili mam 34 lata. Do czterdziestki chciałbym zrealizować transfer „dużego kalibru”. Jako człowiek z zewnątrz, nie będący wcześniej trenerem, piłkarzem czy działaczem, mam utrudnione wejście w piłkarski światek. Moje działania będą więc musiały nosić znamiona nieszablonowości. Nie będę jednak odsłaniał sekretów kuchni zanim nie rozkręcę restauracji… (smiech) Mam już kilku zawodników „pod skrzydłami”, pracuję nad kolejnymi. Lista póki co nie jest długa, ale wszystko to jest zbieżne z moją wizją działania. Więcej do powiedzenia będę miał pewnie za rok czy za dwa lata – a przynajmniej taką mam nadzieję…

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s