Piotr Klepczarek: – Pensje z ŁKS-u i Polonii idą do mnie do dzisiaj

Piotr Klepczarek

Jak sam przyznaje, w piłce nożnej spotkało go wszystko. Od spadków i awansów, po olbrzymie zaległości w wypłatach, fuzje czy likwidacje klubu. Z czego żył, gdy przez pół roku nie płaciła mu Polonia? Który z polskich piłkarzy sprzedawał kolegom dolary po korzystniejszym kursie niż w kantorze? Któremu z zawodników złamał nogę… jego własny trener? Która drużyna jeździła na wyjazdy autobusem miejskim? O to i wiele innych rzeczy zapytaliśmy kapitana Dolcanu Ząbki, Piotra Klepczarka.

autor zdjęcia: Piotr Niciporuk

Nie wkurza cię „dwójka”, która pojawia się za twoim nazwiskiem w skarbach kibica?

Niedługo powinno się to zmienić. Mój imiennik, z którym zresztą grałem w jednym klubie (Kujawiaku Włocławek – przyp. red.), skończył już chyba karierę.

Gra jeszcze w Sokole Aleksandrów Łódzki, w trzeciej lidze.

Ale tego klubu w skarbach kibica raczej nie ma. Ciekawsze jest to, że gry graliśmy razem, dochodziło do różnych zabawnych sytuacji. Bardzo często byliśmy myleni przez dziennikarzy, którzy przypisywali jego asysty mnie i na odwrót. Ale najciekawsza sytuacja wydarzyła się po jego odejściu go GKS-u Bełchatów. Przez kolejne dwa miesiące, jako jedyny z drużyny, nie dostawałem wynagrodzenia. Poszedłem do prezesa, żeby zapytać się, o co chodzi. Okazało się, że na skutek pomyłki księgowej moja wypłata szła na konto drugiego Piotra Klepczarka (śmiech).

Wnioskujemy, że nie puścił pary z ust, zanim sytuacja nie wyszła na jaw?

Nie, bo klub miał wobec niego zaległości, więc ekstra pensja mu odpowiadała. Potem oczywiście zwrócił mi te pieniądze, ale kwota była uszczuplona właśnie o te zaległości.

***

Swoją karierę rozpocząłeś jako 18-latek, w Stomilu Olsztyn, kilkanaście miesięcy wcześniej niż Adrian Mierzejewski.

W moim wieku na wejście do szatni trzeba było sobie zapracować. Młodzi zawodnicy przebierali się w pomieszczeniu obok, a do szatni wchodzili dopiero przed samym treningiem, razem z trenerami. Przebierać razem ze starszymi zawodnikami mogli się dopiero wtedy, gdy zostali zaakceptowani. W moim przypadku taki proces trwał około miesiąca, ale byli tacy, którzy za ścianą przebierali się ze dwa lata (śmiech). Adrian Mierzejewski dołączył do nas później, gdy graliśmy już w drugiej lidze. Znałem go bardzo dobrze, jeszcze z czasów juniorskich, bo wszyscy i tak trenowaliśmy na miejscu.

Twoje początki w ekstraklasie nie były chyba wymarzone. Dwa mecze, osiem straconych bramek.

Było trochę inaczej. W pierwszym meczu sezonu, na rozgrzewce, kontuzji doznał Tomasz Lenart i niespodziewanie zagrałem od pierwszej minuty. O ile dobrze pamiętam, zszedłem z boiska przy stanie 0:1. Mój drugi mecz to ostatni mecz sezonu, na Widzewie. Wszedłem w 65. minucie jako defensywny pomocnik i do końca meczu nie straciliśmy bramki, więc nie podliczyliście tego najlepiej (śmiech).

Racja. Łatwiej było podliczyć spadki z ligi – dwa w ciągu dwóch lat. Dla młodego chłopaka nie było to chyba najlepsze wejście do świata dorosłej piłki.

Do ekstraklasy trafiłem zimą, jako 17-latek, więc nie spoczywała na mnie żadna wielka odpowiedzialność. Wtedy szykowano nas już raczej z myślą o kolejnym sezonie. Przed spadkiem zagrałem łącznie z 90 minut, więc nie mogę brać odpowiedzialności za końcowy wynik. Kolejny sezon, już w drugiej lidze, był kontynuacją słabego zarządzania klubem. Działy się naprawdę dziwne rzeczy. Na wyjazdy jeździliśmy w dniu meczu. Do takiego Wrocławia było ponad 400 kilometrów, a jechaliśmy autobusem MPK, takim zwykłym, z kasownikami.

Ale nie musieliście kasować biletów?

Nie, ale jak zatrzymaliśmy się gdzieś na postoju, to ludzie myśleli, że to normalny, rejsowy autobus i chcieli wsiadać. Nasz kierownik musiał ich przepędzać (śmiech).

Jako młody piłkarz szybko zetknąłeś się z mocną osobowością na ławce trenerskiej, Bogusławem Baniakiem.

Bardzo fajny gość. Często była z nim kupa śmiechu. Zdarzało mu się przekręcać różne powiedzenia. Do czarnoskórych zawodników mówił: – Nie siedźcie tutaj jak na tej swojej plaży, Copabanana! Z kolei w przerwie meczu potrafił powiedzieć, że w pierwszej połowie na boisku działy się alpejskie sceny. Było wesoło.

Zauważyłeś dużą zmianę w zachowaniu trenerów i ich metodach pracy na przestrzeni lat?

Zdecydowanie. Od dłuższego czasu pracuję z trenerami, którzy działają spokojnie, skupiając się na chłodnej analizie. Wcześniej, na przykład właśnie przy trenerze Baniaku, mieliśmy do czynienia z tzw. działaniem na huk. A metody treningowe zmieniły się kolosalnie, nie ma nawet czego porównywać.

Czyli mówisz, że taki trener jak „Bebeto” mógłby mieć dzisiaj ciężko?

Możliwe, ale trener Baniak potrafił dostosowywać się do warunków i trendów. Pamiętam, jak po raz pierwszy zaczął zwracać większą uwagę na taktykę. Sprowadził w tym celu nową osobę do sztabu szkoleniowego i jako pierwsi w lidze zaczęliśmy grać ustawieniem 4-2-3-1, które dzisiaj jest bardzo popularne. Może na zewnątrz wyglądało to inaczej, ale Baniak pod wieloma względami warsztatu trenerskiego był naprawdę bardzo elastyczny.

Teraz ma okazję dostosowywać się do trendów panujących w Burkina Faso.

Gdzie ściągnął go jego były zawodnik, Abraham Loliga. Wiele lat temu Baniak sprowadził go do Zawiszy, a teraz on uczestniczył w przenosinach trenera do Burkina Faso. Jest tam nawet jego asystentem.

***

Były dwa spadki z ligi, a później przyszła pora na… dwie fuzje. Pierwsza – kiedy Kujawiak zmienił się w Zawiszę Bydgoszcz, nazywaną przez kibiców „Hydrozagadką”.

Ja zaliczyłem wszystko, co tylko było możliwe! Spadki, awanse, fuzje, w jedną, w drugą stronę. To, co stało się we Włocławku, było chyba pierwszym tego typu wydarzeniem w Polsce – stuprocentowym przeniesieniem klubu do innego miasta. Byliśmy wtedy, jako Kujawiak, na zgrupowaniu w Turcji. Popołudniu mieliśmy grać sparing. Na odprawie trener Baniak powiedział nam, że… teraz jesteśmy już Zawiszą Bydgoszcz i żebyśmy nie chodzili już w dresach Kujawiaka. Teraz wydaje się to zabawne, ale wtedy nie było nam do śmiechu. Zawodnicy mieli przecież żony, rodziny, dzieci pozapisywane do szkół, przedszkoli, powynajmowane mieszkania. Byliśmy 4 tysiące kilometrów od domu i nie mogliśmy niczego zrobić. Po powrocie z Polski dali nam dwa dni na zdanie mieszkań i przeniesienie się do Bydgoszczy.

Jeszcze ciekawiej było w następnym sezonie.

Po rundzie jesiennej mieliśmy 41 punktów. Byliśmy liderem z dziewięcioma punktami przewagi nad drugą drużyną w tabeli. W styczniu przepracowaliśmy obóz w Szklarskiej Porębie. Dwa dni przed wylotem na drugie zgrupowanie, do Turcji, na nasz sparing z Lechem Poznań przyjechał prezes Hydrobudowy i po meczu zaprosił nas na kolację. Myśleliśmy, że to normalne spotkanie, omówienie celów na nadchodzącą rundę. Mieliśmy przecież walczyć o awans, każdemu bardzo na tym zależało. Po kolacji prezes w dwóch zdaniach, dosłownie, oświadczył, że jest mu bardzo przykro, ale zamyka interes, a my mamy szukać sobie nowych klubów. Później okazało się, że Kujawiak – jeszcze przed moim przyjściem – kupował wiele spotkań i prezes dostał informację, że klub – mimo, że nazywał się już Zawisza – w niedługim czasie i tak zostanie zdegradowany. Ale zaznaczę, że prezesi zachowali się bardzo elegancko. Powiedziano nam, że jeżeli w nowym klubie jakiś zawodnik dostanie niższą pensję, niż miał w Bydgoszczy, to do końca kontraktu wszystkie koszty będą wyrównane.

***

Tobie raczej nie trzeba było niczego wyrównywać, bo trafiłeś do Józefa Wojciechowskiego, do Polonii Warszawa.

Nasze szczęście polegało na tym, że byliśmy na pierwszym miejscu, dzięki czemu nie było problemów ze znalezieniem nowego pracodawcy. Do mnie jeszcze tego samego dnia zadzwonił trener Polonii, Waldemar Fornalik, a nazajutrz leciałem z nową drużyną na obóz do Turcji.

Chwila spokoju i… kolejna fuzja.

Nie może być za spokojnie (śmiech). Wtedy w Polonii były straszne zawirowania. W ostatnim sezonie mieliśmy chyba z pięciu trenerów, do tego brak awansu… Informacje o różnych rzeczach, które mogą się wydarzyć, zalewały nas z każdej strony. Codziennie nowe. Fuzja, rozwiązanie klubu, zakup licencji… Było o czym myśleć. Pamiętam, że na pierwszym treningu „nowej” Polonii było 45 zawodników.

Tobie nie było jednak dane wrócić do ekstraklasy.

Była ogromna rywalizacja. Przyjechała cała Dyskobolia, wicemistrz Polski. Ja z nową drużyną trenowałem do końca okienka transferowego. Miałem wprawdzie propozycję ze Znicza Pruszków, ale zaryzykowałem i zostałem, by powalczyć o pozostanie w nowej Polonii. W obronie było wtedy tak ciasno, że nie wcisnąłby szpilki. Igor Kozioł, Skrzyński, Telichowski, Sokołowski, Mynar, Lazarevski, Jodłowiec… Nie zmieściłem się w kadrze, a na przejście do Znicza zabrakło już czasu. Pół roku musiałem przesiedzieć w rezerwach, które grały wtedy w bardzo mocnym składzie: Mariusz Pawlak, Grzesiek Piechna, Kamil Kuzera, Jacek Moryc…

Dodajmy, że było to pół roku bez ani jednej wypłaty.

Nie do końca, bo po jakimś czasie nasz wspaniały prezes na odchodne wypłacił nam małą część zaległości.

Reszty nie dostaliście do dzisiaj?

Nie. Tamto pół roku było ciężkie, bo na bieżąco nie dostaliśmy ani złotówki. Jako starsi zawodnicy byliśmy na cenzurowanym, nie mogliśmy się spóźnić ani minuty. Klub czekał na jakiekolwiek nasze potknięcie. To był taki Klub Kokosa, ale dwa lata przed jego przyjściem do Polonii. Jak widać, „Kokos” nie był wcale pierwszy. Dogadywaliśmy się, kto i kiedy pójdzie na zwolnienie lekarskie, robiliśmy zapisy. Ja odpowiednio wcześniej zaklepałem sobie trzy tygodnie urlopu, bo wiedziałem, że urodzi mi się dziecko.

Podpisywaliście listę obecności przed treningami?

A jak! Dostawaliśmy takie rozpiski, że w najlepszych klubach na świecie nie mają tak zaplanowanego dnia! Jeden trening, odprawa, odnowa biologiczna, popołudniu drugi trening.

Kto to rozpisywał?

Najfajniejsze jest to, że nie żaden z trenerów, tylko ktoś z zarządu.

Styczności z prezesem Wojciechowskim nie mieliście żadnej?

Nie mieliśmy, nie widzieliśmy go na oczy. Nawet w styczniu, przy rozwiązywaniu umów. Sytuacja była naprawdę ciężka, ale nikt się nie grzał. Każdy miał w głowie to, że za parę miesięcy wszystko się skończy i będzie trzeba dalej gdzieś grać. Z jednej strony była złość, że musimy pracować w takich warunkach, z drugiej – musieliśmy pracować dla siebie, żeby później znaleźć klub. Mnie przy życiu uratowało wtedy to, że kilka miesięcy wcześniej… miałem złamaną nogę. Akurat, kiedy Polonia nie płaciła, dostałem odszkodowanie. To mnie trzymało przy życiu. Ale byłem już przygotowany na całą sytuację po doświadczeniach z Kujawiaka. Jak coś złego się działo – żona back do naszego miasta rodzinnego z dziećmi, ja zdawałem mieszkanie, wynająłem kawalerkę na pół z kolegą, żeby było taniej. Szybko potrafiłem przełączyć się na tryb oszczędnościowy.

Ile razy w karierze było to konieczne?

Ze trzy. Tryb oszczędnościowy był długo włączony w ŁKS-ie, a wcześniej w Polonii i Stomilu. Jak ktoś sobie dobrze wszystko zaplanuje, można przeżyć.

Problemów z przeżyciem nie miał chyba Grzesiek Piechna, który dopiero co wrócił z kontraktu życia w Moskwie.

Na pewno. Jak jechaliśmy z Polonią na obóz do Turcji, sprzedawał nam dolary po lepszym kursie. Przyjechał z pliczkiem i kto chciał, mógł sobie wymienić. Jego rosyjskie dolary wydawała jeszcze większość chłopaków z Polonii (śmiech).

A kiełbasę przywoził?

Przywoził, sygnowaną swoim imieniem i nazwiskiem, z Grzegorzem biegnącym za piłką na opakowaniu. Co weekend jeździł do domu, więc jak ktoś chciał spróbować, mógł go poprosić o przywiezienie.

Próbowałeś?

Tak, właśnie w tych ciężkich czasach. Wtedy próśb o przywiezienie kiełbasy było najwięcej (śmiech). Dobra była, starczyło na dwa tygodnie.

Normalnie poszłaby jednego dnia?

Wiadomo (śmiech).

***

Wspomniałeś o Klubie Kokosa. Z Danielem grałeś w Zniczu Pruszków, do którego trafiłeś po przygodzie z Polonią.

„Kokos”, czego nie dało się ukryć, był piłkarskim „synem” Jacka Grembockiego. Później poszedł razem z nim do Polonii. Trener musiał bardzo w niego wierzyć, ponieważ od razu postawił na niego w meczach eliminacyjnych Europa League. Jak grałem w Zniczu, Daniel był jednym z lepszych obrońców w całej lidze, więc uważam, że mógł spokojnie spróbować w ekstraklasie. A to, jak rozwinęła się sytuacja, to inna sprawa…

Nie dziwiłeś się, że nie chciał odejść z Polonii, mimo, że nie trenował nawet z drużyną?

To była jego sprawa. Każdy ma swoje priorytety. Może był świadomy tego, że gdziekolwiek indziej będzie mu ciężko o dostanie takich pieniędzy. Poza tym, o ile mnie pamięć nie myli, on otwarcie mówił, że to dla niego kontrakt życia i ma zamiar wypełnić go do końca.

W Pruszkowie dało się odczuć ciśnienie, by wypromować następnego – po Lewandowskim, Majewskim czy Lewczuku – piłkarza na poziom ekstraklasy?

Ciśnienia jako takiego nie było, ale dało się odczuć, że klub jest pod mocną obserwacją. Zawodnicy, którzy do nas trafiali, przychodzili właśnie z myślą o promocji. Na wypożyczenie ze Śląska Wrocław, jako gwiazda Młodej Ekstraklasy, przyszedł do nas Kamil Biliński. Zrobił to, co miał zrobić – zagrał w seniorach, strzelił kilka goli i wrócił do swojego zespołu. Było widać, że ma zadatki na dobrego zawodnika. Był Tomek Chałas, którego rozwój wyhamowały kontuzje. Grał też z nami Grzesiek Piesio, ale on był wtedy innym zawodnikiem niż później, w czasach Dolcanu. Próbowano go wtedy na bokach obrony, wszędzie, typowy zapchajdziura. Właśnie. Pamiętam, jak w Zniczu przywitał mnie trener Kubicki.

– Piotrek, możesz grać na prawej obronie?

– Grałem na prawej, mogę.

– A na lewej? Jakbyś się czuł?

– Też OK, w Polonii tam grałem.

– Aha. A na środku?

– Na środku też grałem, jestem przygotowany, może trener na mnie liczyć.

– A na defensywnym pomocniku? Bo chciałbym cię tam spróbować.

– Nie ma problemu!

– A wiesz, że jak ktoś jest do wszystkiego, to jest do niczego?

W końcu grałem na boku obrony, nie rzucał mnie po pozycjach.

***

Kolejny przystanek – ŁKS i w końcu regularna gra w ekstraklasie.

Już dwa razy byłem blisko awansu. Najpierw z Zawiszą, potem z Polonią. Brakowało truskawki na torcie, jak mawia trener Hajto. Co ciekawe, kilka kolejek przed końcem sezonu, jeszcze jako piłkarz Znicza, grałem z ŁKS-em. Dostałem w tym meczu czerwoną kartkę za uderzenie łokciem Gikiewicza, kopnięcie bez piłki Mowlika i oplucie Madejskiego. Kilka dni później dowiedziałem się, że idę do Łodzi (śmiech).

Akcja życia.

Zdecydowanie. Najśmieszniejsze jest to, że kilka dni później kartka została anulowana.

Jak to?

Pojechałem na komisję z naszym materiałem wideo z klubu. Nasza linia obrony była taka, że zostałem bardzo sprowokowany. Do tego miałem mocne plecy w postaci prezesa Znicza, pana Sylwka. I kartka została anulowana.

Z ŁKS-em udało się awansować do ekstraklasy, ale później nie było różowo.

Od momentu awansu, niestety, było tylko gorzej. Klub w ogóle nie był przygotowany na grę w ekstraklasie. Już w końcówce sezonu, przed awansem, przestawaliśmy dostawać pensje. Doskonale pamiętam spotkanie z prezesami po urlopach, przed startem w ekstraklasie. Wymyślili sprytne w ich mniemaniu rozwiązanie. Usłyszeliśmy, że aby zniwelować zaległości zapłacą nam pensję za lipiec, więc będziemy już na zero.

A za maj i czerwiec?

Mieli nam kiedyś uregulować. Także w ich mniemaniu, jak zapłacili nam za lipiec, byliśmy na zero. Nie będzie zaskoczeniem jak powiem, że te dwie pensje idą do dzisiaj. Ale prawdziwe problemy zaczęły się później. Jedynym pozytywnym okresem był ten, kiedy pracował z nami trener Probierz. Nie wiem, jak on to zrobił, ale przez ten czas warunki do pracy były… po prostu normalne. Trenowaliśmy w Gutowie, mieliśmy obiady, wszystko wyglądało jak w profesjonalnym klubie.

A później?

Absurd gonił absurd, a wszystko było związane z finansami. Jak nie ma pieniędzy, niczego się nie wyrzeźbi. Treningi w parku nie były jeszcze najgorsze. My byliśmy okłamywani prosto w oczy. Że za dwa czy trzy dni będą pieniądze, że przelewy już idą, że będzie w końcu premia za awans. Kontrakty w ekstraklasie były płacone ratami, pod stołem, w kopertach. Oczywiście raz na trzy miesiące.

Jakim cudem w takich warunkach klubowi udało się namówić na grę Iwańskiego, Bonina, Łobodzińskiego czy Gercaliu?

Przyszli, żeby się przypomnieć i wypromować. Tylko po to. Ale to ślepa uliczka. Klub nie mając pieniędzy, nie może przebierać w zawodnikach. Musi liczyć na to, że przyjdzie ktoś, kto będzie chciał się pokazać, nawet kosztem gry za darmo. Nigdy nie wiadomo, czy taki zawodnik wypali, czy nie. Można liczyć tylko na to, że da z siebie wszystko.

I dawali?

Dawali. Pamiętam, jak na jednej odprawie trener Probierz wypisał skład i wszyscy zawodnicy grali kiedyś w reprezentacjach, albo przynajmniej w młodzieżówkach swoich krajów.

Nie chcieliście próbować rozwiązywać kontraktów?

Teraz się pozmieniało, ale wcześniej nie było z tym tak łatwo. Trzeba było mieć trzymiesięczne zaległości, wystawić dwa albo trzy wezwania do zapłaty z dwutygodniowym terminem płatności, a PZPN miał jeszcze kolejne dwa czy trzy tygodnie na rozpatrzenie sprawy.

Czyli wystarczyło, żeby zapłacili jedną pensję na rundę i nie było już podstaw.

Tak. Rzucić jakąś część, czy napisać odwołanie. To nie była prosta sprawa.

Jak wspominasz trenera Świerczewskiego?

Bardzo pozytywna postać, patrząca na świat przez różowe okulary. Nie znam w piłce, ani chyba w ogóle, drugiego tak pozytywnego człowieka. Wiedział, jakie realia panują w ŁKS-ie, wiedział, czego może od nas wymagać. Niewiele wcześniej sam był w tym klubie jako zawodnik, a przez ten czas wiele się nie zmieniło.

Grałeś na chaos?

Nie, wtedy słuchałem tych cennych wskazówek z ławki rezerwowych. Pamiętam, że trener Świerczewski podczas każdego treningu palił się do gry. Na jednym z pierwszych treningów wziął udział w gierce i… złamał nogę Marcinowi Adamskiemu (śmiech). „Adams” to taki twardy gość, że trenował jeszcze ze złamaną kością strzałkową przez dwa tygodnie. Dopiero później się okazało, że musi iść w gips.

Była jakaś szansa, żeby całe przedsięwzięcie nie zakończyło się sportową klęską?

Zawsze jest szansa, ale to loteria.

***

Właśnie rozpocząłeś czwarty sezon jako piłkarz Dolcanu Ząbki. Wreszcie upragniona stabilizacja?

Zgadza się, pierwszy raz jest u mnie tak stabilnie przez długi czas. Ale muszę przyznać, że przed przyjściem do Ząbek Dolcan był dla mnie wielką niewiadomą. Miałem wtedy parę zbliżonych propozycji – z Miedzi, Stomilu. Dolcan traktowałem jako wyjście awaryjne. Do podjęcia decyzji wystarczyła tylko jedna rozmowa z trenerem Podolińskim. Zbiegło się to z rozpoczęciem fajnego okresu dla naszego klubu. Chyba żadna pierwszoligowa drużyna nie dostarcza tylu zawodników, w dodatku dobrych, do ekstraklasy, co my. Teraz przyszedł do nas Mateusz Wieteska. Mega talent. Jeśli będzie grał regularnie, stanie się najlepszym wypożyczonym z Legii zawodnikiem, który do nas trafił.

Co mają w sobie Ząbki, że potrafią wypromować?

Myślę, że…

Są blisko Warszawy.

Śmiejesz się, ale to ważne! Na naszych meczach jest wielu skautów, trenerów i ludzi związanych z piłką. Kolejna i najważniejsza rzecz – klub jest bardzo stabilny. I są w nim zawsze dobrzy trenerzy. Śmiało mogę powiedzieć, że z najwyższej polskiej półki. Nie było tu nigdy przypadkowego gościa.

ROZMAWIALI EMIL KOPAŃSKI, TOMASZ OBRĘPALSKI i MATEUSZ SOKOŁOWSKI

Reklamy

2 comments

  1. Szkoda, że w ogóle nic nie ma o warsztacie trenerskim Świerczewskiego, tylko o jego osobowości. Nie ma, bo takowego nie posiada? Cały czas uważam, że ekstraklasa była do uratowania, jednak nie z tym udawanym trenerem. Spadek okazał się gwoździem do trumny ŁKS-u. Dzisiaj, czwarta klasa rozgrywkowa i atrapa stadionu z której robi sobie jaja cała Polska, tzn boisko z jedną trybuną ogrodzone płotem za prawie 100 mln zł. Szkoda 😦

    Lubię to

  2. Mylisz się gościu. Dla ŁKSu jest lepiej jak jest. Za tą trybunę na którą teraz tak narzekacie powinniście dziękować na kolanach. Nowe zawsze można dobudować, a ta jest o naprawdę wysokim standardzie.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s