Rafał Misztal: – Nie da się być stukniętym tak, jak „Jędza”

rafalmisztal

W swojej karierze spotkał wiele wyrazistych charakterów. Orest Lenczyk, Janusz Wójcik czy Adam Nawałka to tylko niektóre osoby, z którymi Rafał Misztal miał okazję współpracować. Dziś wicemistrz Polski w barwach GKS-u Bełchatów występuje w I-ligowej Pogoni Siedlce. Specjalnie dla nas opowiada o kulisach piłkarskich szatni i najlepszych kawałach wycinanych przez ligowych wyjadaczy. Zdradza również, który z reprezentantów Polski był w hierarchii trenera niżej niż… klubowy masażysta.

(autor zdjęcia: Piotr Niciporuk)

Masz jeszcze nadzieję, że dogonisz swojego brata pod względem liczby występów w ekstraklasie?

Tego mi brakuje. Kurde, ma jeden występ, ale ma! Byłoby miło, gdyby ktoś jeszcze mnie zauważył i dał szansę zagrać w ekstraklasie. Zaliczyłem kilka pełnych sezonów w I lidze, w ekstraklasie zarówno w GKS Bełchatów i Widzewie Łódź było blisko, ale się nie udało. Po cichu jednak liczę, że może się uda. Z jednej strony czuję niedosyt, bo marzyłem o ekstraklasie od dziecka, ale doceniam to, co już mnie w karierze spotkało. Jest sporo zawodników, którzy o takim dorobku jak mój mogą tylko pomarzyć.

A wszystko mogło potoczyć się inaczej. Jako młody chłopak byłeś na testach w ekstraklasowej Polonii Warszawa.

Zgadza się. Trenerem był Krzysztof Chrobak, trenerem bramkarzy Zbigniew Pocialik. Trenowałem z zespołem, ale do żadnych konkretów nie doszło. Polonia dała wtedy szansę mojemu rówieśnikowi, Pawłowi Kieszkowi. Wszystko działo się po pamiętnej sytuacji z Robertem Gubcem, który w meczu z Górnikiem Łęczna usłyszał gwizdek, zostawił piłkę, poszła z tego bramka i tak skończyła się jego historia z Polonią. Paweł był wychowankiem, dostał szansę i ją wykorzystał. Ostatecznie nie dostałem konkretnej propozycji. Co ciekawe, pół roku później, kiedy byłem już zawodnikiem Świtu Nowy Dwór Mazowiecki, klub z Konwiktorskiej zgłosił się po mnie. Sorry, nie chcieliście mnie kilka miesięcy temu, nie ma opcji.

W Świcie grałeś z Adamem Czerkasem. Trenował normalnie z zespołem, czy był już wtedy indywidualistą?

Adam trenował jak każdy z nas, był przecież młodym chłopakiem. Bardziej cisnęliśmy z Janka Ciosa. Miał ciekawy system treningu: przerwa-odpoczynek-wolne (śmiech). Takim systemem dochodził do siebie przed kolejnym meczem. Adam wtedy nie dostawał taryfy ulgowej, dopiero startował do kariery.

A jak wspominasz Kubę Wawrzyniaka z tamtych czasów?

Wtedy jeszcze się nie ślizgał, jak w meczu z Niemcami, ale miał specyficzny charakter. Czuł się pewnie, bo miał już na koncie epizody w ekstraklasie i może dlatego trudno było mu przyznać się do błędu. Jak się coś zajebie, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy, powiedzieć: sorry, zajebałem, a nie zwalać na innych. Pamiętam sytuację z meczu Pucharu Polski z Legią Warszawa. Kuba nie upilnował Bartka Karwana, który strzelił mi głową gola. Miał potem do mnie pretensje, że nie wyszedłem do wrzutki. Wymieniliśmy po meczu kilka zdań na ten temat, analiza pokazała, kto był winien i dłużej tego nie rozpamiętywaliśmy.

Kuba raczej nie był największym dowcipnisiem w zespole.

O nie, ten tytuł bezwzględnie należał się Jackowi Cieśli. Wszyscy się z niego podśmiewali, że łysy, że zawsze spocony, że włosy zamiast na głowie rosną mu na klacie… A on się rewanżował (śmiech). Miał do siebie ogromny dystans. Kiedyś jechaliśmy na mecz do Mławy, miał się zacząć chyba o 13.00. Jacek tradycyjnie przed wyjazdem gadał najwięcej, robił sobie jaja. W drodze ktoś rzucił hasło sprzętu sportowego. Nagle Jaca zamilkł, zrobił się czerwony. W końcu poznaliśmy powód.

– Kurwa, zapomniałem torby z szatni!

Konsternacja, a potem totalna beka, w końcu chłop ma grać w pierwszym składzie. Do trenera wpadka jednak nie dotarła. Ktoś z klubu tuż przed meczem dowiózł mu sprzęt. Chociaż rozgrzewał się w pożyczonych, za dużych butach.

Czas Świtu powoli dobiegał końca, znów odezwała się uparta Polonia.

Działo się to wtedy, gdy Świt borykał się z ogromnymi problemami finansowymi i odeszła niemal cała drużyna. Miałem wtedy za sobą całkiem niezłe 1,5 sezonu w II lidze, ważny kontrakt, więc na mnie klub chciał zarobić. Świt wobec mnie miał spore zaległości finansowe, jednak jako jedynemu piłkarzowi wypłacono mi wówczas wszystkie należne pieniądze, co do grosza. Prezes biegiem leciał na pocztę, żeby zdążyć przed 18.00 i spłacić zaległe premie. Zostałem w klubie i musiałem trenować z juniorami, bo wszyscy zawodnicy odeszli. Ofert było sporo, wśród nich ta z Polonii, aż mi się w głowie kręciło. Ostatecznie trafiłem jednak do GKS-u Bełchatów, a była to drużyna, do której najmniej chciałem się przenieść. Wiadomo, trener Lenczyk, w bramce konkurencja – Piotrek Lech, Łukasz Sapela…

Po trafieniu do Bełchatowa nie miałeś szans na grę. Odezwał się jednak Adam Nawałka.

Kontuzji doznał Adam Piekutowski, trener szukał zastępcy, i tak właśnie przeprowadziłem się do Jagiellonii Białystok, gdzie praktycznie nie grałem, bo po dwóch kolejkach Adama Nawałkę zwolnili. Szkoda, bo to właśnie on bardzo mnie chciał. Pokazałem się wcześniej w meczach przeciwko Jagiellonii, w jednym broniłem nawet chory, mając 38,5 stopnia gorączki… Przyszedł jednak Jurij Szatałow i wypożyczenie zrobiło się kuriozalne, bo stawiał na Maćka Zająca. Właściwie nie powąchałem murawy.

W końcu wróciłeś do Bełchatowa i musiał nadejść ten moment – zderzenie z trenerem Orestem Lenczykiem.

Wszyscy mnie przed tym przestrzegali. Dużo opowiadał mi o nim Piotrek Mosór i miałem niezłego stracha. Trener Lenczyk jest… badaczem. Zanim oceni zawodnika jako sportowca, najpierw bada jego charakter, zachowanie. Dlatego pierwszy mój miesiąc w klubie był trudny. Do tego w wyniku zawirowań w Świcie trafiłem do GKS-u trochę późno, bo pod koniec stycznia. Nasza pierwsza rozmowa bardzo mnie stresowała. Trener usiadł sobie w fotelu i pytał, a ja czułem się jak na spowiedzi. Jakoś to przeżyłem. Stosunek trenera do mnie zmienił się trochę po powrocie z Jagiellonii, traktował mnie jako bardziej dojrzałego zawodnika. Z tak charyzmatycznym trenerem chyba już nie pracowałem. Samo jego charakterystyczne cmokanie, które czasami zastępowało gwizdek, mocno zapadło mi w pamięć. Nie zapomnę też, jak rysował nam słynne piramidy (śmiech).

Piramidy?

W ten sposób przedstawiał hierarchię przydatności na każdej pozycji. Przyszedł czas na lewą obronę. Piotrek Klepczarek leczył kontuzję, więc nie był brany pod uwagę. Patrzymy uważnie… Na samej górze Jacek Popek, później Marcin Kowalczyk, trzeci… maser, czwarty Marcin Komorowski. Chyba wynikało to z tego, że jak tylko Komor pojawiał się na boisku, to albo coś zawalił, albo dostał czerwień. Później mieliśmy z tego niezły ubaw, bo wyszło, że Marcin zrobił największą karierę z nich wszystkich. Kiedyś też dostałem po uszach, jak trener rysował piramidę bramkarzy na podstawie gry nogami.

– Łukasz Sapela… Z nim można pograć, on to umie. Piotrek Lech już nie potrafi, a Rafał musi się dopiero nauczyć.

Lenczyk był zdecydowanie dyktatorem, ale potrafił słuchać, czasem odpuścić. Wiadomo, gorzej miała grupa młodszych chłopaków – każda nasza wpadka była bardzo… odczuwalna.

Carlo Costly rozumiał, co trener mówił na odprawach?

To w ogóle była komedia! Chłop, który grał w Polsce 1,5 roku, nie chciał się nauczyć chociaż podstaw języka. Był zwyczajnym obibokiem. Ściągnięto go w miejsce Radka Matusiaka, a gość nie umiał kopnąć piłki prawą nogą. Lewą miał całkiem niezłą, potrafił zrobić jeden zwód, tzw. motorynkę, na co nabierało się pół ligi, ale poza tym niczym się nie wyróżniał. W rundzie potrafił zdobyć dwie bramki, obie do pustaka. To jakiś fenomen, że taki gracz rozegrał tyle meczów w kadrze Hondurasu i pojechał na mistrzostwa świata. U nas niczym nie zabłysnął, poza tym, że przed każdym meczem nakładał na głowę ogromną tubę żelu. Jak zakręcił włosami, to latało po całej szatni. Facetowi nawet dla wygodniejszej egzystencji nie chciało się nauczyć podstaw języka. Trener chciał z niego wydobyć jak najwięcej, ale był zirytowany tym, że nie mógł mu właściwie nic przekazać. Jedyne, co Costly umiał, to „kurwa, ja pierdolę”.

Był w GKS-ie jakiś konkretny lider, który trzymał szatnię?

Nie, trudno kogoś tak nazwać. Za dużo było indywidualności. Trafiały się jednak przekomiczne sytuacje. Po jednym z meczów w szatni napiliśmy się piwa. Największym wariatem w zespole był najstarszy Piotrek Lech. Chodził wtedy właściwie nago, ubrany tylko w znacznik i szmaciane korkotrampki. Żeby nie było za cicho i za smutno, musiał coś wymyślić. Nagle spod prysznica wyszedł Paweł Magdoń. Piotrkowi zaświtało, że w rogu leży siatka na bramkę. Złapał ją i zarzucił na Pawła. Obwiązał chłopa i biegał z nim po całej szatni, tyrając go po podłodze (śmiech). Sytuacja przekomiczna, tym bardziej, że Madzia to jest wysoki chłop, miał do tego kręcone włosy, więc dostał ksywkę „Wielki Ptak”, odnoszącą się do kultowej „Ulicy Sezamkowej”. Tak więc Piotrek upolował „Wielkiego Ptaka” (śmiech).

Magdoń nie miał zbyt wielkich szans na rewanż.

Nie miał szans na nic. Zresztą kiedyś Piotrek miał zacząć mecz na ławce rezerwowych. Bardzo się tym faktem zdenerwował, a że miał te swoje magiczne korkotrampki, musiał coś odwalić. Przyniósł ze sklepu złoty spray, pomalował buty i usiadł w nich na ławce w meczu ekstraklasy. Kabaret, tutaj poważna piłka, a ten siedzi w takich „Bolkach i Lolkach”. To był prawdziwy mistrz. Próbował mu dorównać tercet Garguła-Pietrasiak-Jarzębowski, ale zawsze jak coś się działo, to było wysoce prawdopodobne, że Piotrek jest w to zamieszany. Super facet.

Jak to jest, trafić spod skrzydeł Oresta Lenczyka do Janusza Wójcika?

W Widzewie Łódź najpierw prowadził nas Marek Zub. Z bramkarzami zajęcia prowadził Józef Młynarczyk i muszę przyznać, że nie należałem do jego ulubieńców. Nie był orędownikiem mojego dołączenia do zespołu, zresztą jego piłkarskim synem był Kuba Hładowczak. Nie pograłem sobie za wiele, bo przyplątało mi się jeszcze złamanie ręki. Trener Zub chciał dać mi szansę, Młynarczyk był za to chyba mocno przeciwny, bo na treningach wszystkie niepochlebne uwagi kierował do mnie. Swoją drogą, kiedyś mieliśmy z niego mocny ubaw. Lecieliśmy na obóz do Turcji. Na lotnisku, już po odprawie, zorientowaliśmy się, że na wózku, który ładował bagaże, zostały trzy nasze torby. Poinformowaliśmy kapitana, i po chwili dwie z nich znalazły się na pokładzie. Jedna jednak pojechała z powrotem. Kierownik siedzi wkurwiony, Młynarczyk się podśmiewa, że chujowa organizacja… Na miejscu okazało się oczywiście, że brakująca torba należała do niego. Miała dolecieć dzień lub dwa później. Trener chodził wkurwiony, wreszcie ktoś go zapytał, jak będzie prowadził treningi.

– Dobra, to najmniejszy problem, sprzęt się od kogoś pożyczy. Najgorzej, że miałem w torbie karton fajek!

Wracając do trenera Zuba, wkrótce przestał pełnić obowiązki trenera, zostając dyrektorem sportowym. W kwietniu zespół przejął Janusz Wójcik. I zaczęło się…

Co takiego?

Najpierw z pracy zrezygnował Młynarczyk. Powiedział, że z tym panem nie będzie pracował, nie wnikam z jakich względów. Wójcik miał być autorytetem, który może coś jeszcze wykrzesać z drużyny znajdującej się w trudnej sytuacji. Okazał się jednak krzykaczem, przeklinaczem, i tym chciał wywrzeć na drużynie presję i motywację. Trudno było mi go rozgryźć – kiedy wygrywaliśmy, było ok, ale gdy zdarzyła się przegrana, od razu pojawiała się furia i wszyscy byli „be”. Nie było porozumienia, sytuacji pośredniej. Doszło do tego, że spora liczba zawodników nie chciała grać dla takiego trenera. W bardzo ważnym meczu w walce o utrzymanie, z Zagłębiem Sosnowiec, które przez cały sezon na wyjeździe nie zdobyło żadnego punktu, przegraliśmy u siebie 0:1. Nie zagrało wtedy sześciu czy siedmiu zawodników, mogących zagrać, ale pojawiły się domniemane urazy. Nie chcę wypowiadać się za innych chłopaków, ale nie było tak, jak powinno.

A jak Wójcik odnosił się do zawodników poza słynnym epizodem z Bartoszem Fabiniakiem?

Wszystko to było dziwne. Nie nauczył się nigdy nazwiska Stefano Napoleoniego, który był do samego końca „tym Włochem”. Kilku znał, do części zwracał się „ej, ty”, jakby nie wiedział, z kim pracuje. Miał być autorytetem, ale nie wyszło. Ze dwa razy nie było go na treningu, ale nie było to nagminne. Inna sprawa, że prawie całą robotę wykonywali za niego asystenci – Piotr Stokowiec, Rafał Pawlak i Tomasz Muchiński. Wreszcie przyszła ta sprawa z Fabikiem… Są pewne granice, do których można się posunąć. Przez chwilę w telewizji było to śmieszne, ale wkrótce przyszła refleksja. Nikomu bym czegoś takiego nie życzył. Szkoda było mi Bartka, jesteśmy dobrymi kolegami. Czasem coś zajebałem, były mecze, że sam siebie kopnąłbym w dupę, ale nie można przeginać tak, jak zrobił to Wójcik. Potem trener czepiał się Bartka, kiedyś stwierdził, że jest nieprzygotowany do treningu, bo na pół godziny przed nim siedział w szatni w lycrach. Nie wiem do dziś, czemu miała służyć pokazówka, którą zrobił wtedy Wójcik. W każdym razie wszyscy byliśmy po stronie Fabika. Atmosfera po prostu piardła, to był chyba decydujący moment.

Z Widzewa wróciłeś na pół roku do Bełchatowa, a potem trafiłeś do Ząbek, gdzie zagościłeś na dobre. Jak wspominasz ten czas?

Jako okres odbudowania. Wcześniej praktycznie nie grałem, więc trzeba było szukać miejsca, gdzie mogę wrócić do pełnej dyspozycji, być gotowym na grę w meczach.

Trafiłeś na ciekawą szatnię. Z jednej strony doświadczeni, jak Sergiusz Wiechowski, z drugiej młodzi gniewni, jak Artur Jędrzejczyk.

Oj, tam była magiczna ekipa! Jędza, Wojtek Trochim, Adam Frączczak… Szalona młodzież. Sergiusza traktowaliśmy już raczej jako drugiego trenera, ale fajnie było trafić z nim do jednej szatni. O atmosferę dbał Jędza – najbardziej szalony, głupkowaty w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ciągle coś wymyślał, a co ciekawe, najbardziej jechał po najstarszych zawodnikach, nazywając ich dinozaurami. Nie mógł spokojnie usiedzieć minuty, robił miny, aż się czasami zastanawiałem, czy ten gość nie jest upośledzony (śmiech). Pamiętam, jak stadion Dolcanu był w przebudowie, przebieraliśmy się w barakach, wszędzie pełno kontenerów. W zespole grał Marcin Korkuć, który pracował też na uczelni i wiecznie się spieszył. Zaparkował w samym rogu i to był jego błąd. Jędza w chwilę obstawił mu samochód dookoła śmietnikami. Adaś i Wojtek próbowali dotrzymać mu kroku, ale być tak stukniętym jak Jędza chyba się nie da. W szatni był takim trochę Pokemonem, oczywiście bez obrazy, ale jak wychodził na boisko, nie było drugiego, który zostawiał na murawie tyle serducha, czasem nie starczało przepisów (śmiech).

Podobno niezłym jajcarzem był też Twój konkurent do miejsca w bramce, Maciej Humerski.

To fakt. Jak dzielili szatnię z Jędzą, dowcipy miały podwójną moc. Ofiarą Humera najczęściej padał trener bramkarzy, Marek Chański. Zawsze jakieś docinki, wrzutki. Gdy trenerem został Robert Moskal i pojechaliśmy na obóz do Krakowa, to co by się nie działo – winnym był Humer. Trener Marek miał swój notes z miejscem na markera, ale oczywiście nigdy go tam nie nosił. Przypomniałem sobie o tym na jednym z pierwszych treningów. Z drogi na obóz została mi parówka. Połączyłem fakty… Włożyłem mu parówkę w miejsce na markera. W końcu trener poszedł po notes, zobaczył, co jest grane i od razu wrzask: – Humer, ja wiem, że to ty! A tu po raz pierwszy to nie był on… Trener był w szoku, gdy się przyznałem.

Ciekawą postacią był chyba też Benjamin Imeh. Jak go zapamiętałeś?

W miarę pozytywnie, choć chyba nie cała drużyna tak myślała, bo było kilka nerwowych sytuacji i ścięć. Pojawiały się zarzuty, że lekko się obija, a gra. Dwa razy nie stawił się na treningu, chyba był przesunięty za to do rezerw. To wywołało lekki niesmak. Miał być dużym wzmocnieniem, ale nie strzelał tylu bramek, ilu oczekiwano. Gwiazdą był wtedy Maciek Tataj, w zapasie był świetny Andrzej Stretowicz, a grał Benek. To nie wywoływało sympatii, i zaczęły się kwasy, w końcu musiał odejść, choć ja do niego nic nie miałem. Pamiętam, że przed którymś meczem rozwalił buty, a że miał naprawdę dużą stopę, pasowały na niego tylko moje. Pożyczyłem mu i strzelił w nich gola. Miałem więc udział przy bramce.

W Dolcanie rządził i rządzi do dziś dyrektor Jerzy Szczęsny. Wzbudzał respekt?

Popularny Danny DeVito z Ząbek (śmiech). W Dolcanie człowiek-instytucja, wszyscy bardziej kojarzą klub z nim, niż z prezesem Sławomirem Dolińskim. Każdy zawodnik przychodząc do Ząbek musi przejść przez rozmowę, a właściwie musztrę. Porównałbym to trochę do Oresta Lenczyka – każdy, kto przychodzi do klubu, nieco obawia się tego spotkania. Na dzień dobry usłyszałem:

– Słuchaj, mistrzu, na razie jesteś piłkarskim trupem. Przychodzisz tu się odbudować i liczę, że wniesiesz coś do drużyny. Zobaczymy, jak to będzie!

I tak patrzyliśmy przez 2,5 roku. Takie rozmowy były bardzo motywujące. Za to dziękuję, bo rzeczywiście udało mi się złapać równowagę. Zaczynałem u trenera Marcina Sasala, dziś jestem u niego w Pogoni Siedlce. Historia zatoczyła koło, ale jeszcze się nie zakończyła. Muszę dogonić Piotrka!

ROZMAWIALI EMIL KOPAŃSKI i MATEUSZ SOKOŁOWSKI

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s