Adrian Ligienza: – W niższych ligach łatwo zniechęcić się do piłki

Jeszcze jako gimnazjalista trenował z pierwszym zespołem Wisły Kraków. Później grał na poziomie drugiej ligi, był wyróżniającą się postacią czwartoligowej Polonii Warszawa, ale żeby udało mu się przebić na wyższy poziom musiał na pół roku wyjechać do… piątej ligi szwedzkiej. Nowy piłkarz Dolcanu Ząbki, Adrian Ligienza, w długiej rozmowie opowiada m.in. o swoich perypetiach w zespole „Czarnych Koszul” oraz patologiach, które trawią polską piłkę nożną na niższych poziomach rozgrywek.

Można powiedzieć, że rozpoczynasz na poważnie swoją karierę piłkarską pół roku po tym, jak ją zakończyłeś? Wyjazd na piąty poziom w Szwecji kojarzy się raczej z hobbystyczną grą w piłkę.

Niekoniecznie. Patrząc na tamtejszą organizację, niektóre kluby z polskiej Ekstraklasy mogłyby się zdziwić. Mi wyjazd na pewno wyszedł na dobre, mimo, że nie było tam tak kolorowo, jak niektórym może się wydawać. Gdybym nie pojechał do Szwecji, nie byłoby mnie teraz w Dolcanie. Zupełnie inaczej patrzy się na ludzi, którzy przyjeżdżają z zagranicy. Zresztą, wystarczy spojrzeć na naszą Ekstraklasę.

W Szwecji dostałem dodatkową motywację. Nie wiem, czy nie zakopałbym się, jakbym został w Polonii. Za pana Szczechowicza nie czułem radości z gry. Jak mnie wpuszczał na boisko, to z łaski. Wystarczył tylko jeden pretekst – tak jak z Legią, kiedy popełniłem błąd, po którym straciliśmy bramkę – i 30 sekund później dostałem zmianę. Tak było przez pół roku i zmieniło się dopiero po przyjściu trenera Dźwigały. Miałem nadzieję – ja i wszyscy w Polonii – że nasza współpraca będzie dłuższa.

W twoim przypadku została wznowiona.

Zadzwonił do mnie i powiedział, że z Dolcanu odchodzi dwóch środkowych pomocników: Adrian Łuszkiewicz i Grzegorz Piesio. Stwierdził, że nie musi mnie testować, bo zna moje umiejętności. Musiałem tylko przekonać do siebie prezesa.

Z Polonią, pół roku temu, pożegnałeś się z ulgą?

W Polonii zarząd był na pewno po mojej stronie. Ale powiedziałem, że skoro nie gram, jestem niepotrzebny, to odchodzę. Nie chciałbym robić z siebie teraz wielkiego piłkarza, ale siedzenie na ławce w trzecioligowej drużynie było dla mnie ujmą. Jeszcze latem zeszłego roku skontaktowała się ze mną Pilica Białobrzegi. Do końca okienka transferowego zostały trzy dni, a ja wiedziałem już, że w tej rundzie sobie nie pogram. Dyrektor Olczak wybił mi wypożyczenie z głowy, powiedział, że nie ma takiej opcji. Szczęśliwy nie byłem. I nie chodzi o klub, bo Polonię zawsze będę wspominał świetnie, ale wtedy po prostu nie czułem się dobrze.

Ostatecznie z „Czarnymi Koszulami” pożegnałeś się zimą.

Były wtedy opóźnienia finansowe i z góry powiedziałem, że odchodzę. Dwa miesiące bez pensji, leciał już trzeci. Emil Kot zaproponował akurat Szwecję, stwierdziłem: a co mi szkodzi? Były namowy, żebym został. – Nie wygłupiaj się, nie idź, to słaby poziom, zostań u nas. Gdyby jeszcze wspomnieli coś o spłacie zaległości, to może bym się zastanowił. Nie jestem z Warszawy, więc bez pieniędzy skończyłbym jedząc tynk ze ściany. Naprawdę. W trzeciej lidze miesiąc bez wypłaty to kwestia: zjeść obiad albo nie zjeść obiadu. Wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie zarabiamy po 10 tysięcy, tylko po 2. Nie każdy ma oszczędności, nie każdemu pomoże mamusia. Grzesiek Wojdyga próbował mnie namawiać:

– Nie idź do tej Szwecji, poczekaj jeszcze, będzie lepiej.

– Ale ja nie mam nic do was! Nie płacą mi, Grzesiek, ja się nie mam za co utrzymać, rozumiesz? Mam jeść codziennie bułkę z pasztetem i wyglądać na boisku jak trup?

Patologia polskiej piłki. Nie mówię tylko o Polonii. Kolega powiedział mi kiedyś fajne zdanie: ciężkie jest życie słabego piłkarza w Polsce. Dużo drużyn ma takie problemy i zastanawiam się jeszcze, co robią w tych ligach. Mydlą tylko oczy kolejnym zawodnikom. Jeśli klubu z trzeciej ligi nie stać na to, żeby płacić osobie przyjezdnej dwóch tysięcy i załatwić jej mieszkania, niech nawet się nie wychyla, niech gra sobie w A-klasie. Takie jest moje zdanie na ten temat.

Wracając do Szwecji: co twoi koledzy z drużyny robili na co dzień oprócz gry w piłkę?

Niektórym klub załatwił pracę w firmie Skanska. Stawiają gotowe domy, ludzie pracowali w wielkiej fabryce. Kolega był elektrykiem, jeden pracował w hotelu, inny w sklepie obuwniczym. Nas, Polaków, było czterech i tylko graliśmy. Mieliśmy zapewnione utrzymanie. Piłkarsko słabszy poziom niż u nas, ale jeżeli chodzi o charakter i ambicję, wiele byśmy się nauczyli. Szwedzi wsadzają głowę tam, gdzie Polak nie włoży nogi. Wszyscy byli wobec nas życzliwi, ale dało się odczuć, że jesteśmy na obczyźnie. Wiesz, tania siła robocza. Nie mówię tylko o piłce. U nas Ukrainiec przyjdzie grać za 1500 złotych, a Polak będzie chciał 3000. Tak samo tam – Szwed będzie pracował za 40 tysięcy koron, a Polak przyjdzie za 20.

ligienza2

A propos Ukraińców, kiedy grałeś w Motorze Lublin, było ich tam całkiem sporo.

Jak nie płacili nam przez cztery miesiące, to jedli codziennie „kaszu”, jak to mówili. Na śniadanie, na obiad i na kolację. I podejrzewam, że gdybym nie był z Lublina i nie mieszkał wtedy z rodzicami, jadłbym tak samo jak oni.

Wcześniej była Wisła Kraków i treningi u Adama Nawałki.

Jeszcze w gimnazjum pojechałem tam na test-mecz. Na miejscu powiedzieli mi, że nie potrzebują środkowego pomocnika, więc zagrałem na środku obrony. Było nas 22 i mieli wybrać 11, która – już w kolejnym etapie testów – zagra sparing z juniorami starszymi Wisły. Dostałem się i później, właśnie w tym sparingu, zagrałem już na swojej pozycji i zdobyłem dwie bramki. Po meczu podszedł do mnie trener Nawałka i zapytał, czy nie chciałbym grać z Białą Gwiazdą na piersi. Później dowiedziałem się, że testy obserwowało dziesięciu trenerów. Każdy z nich miał zapisać dwa najlepsze jego zdaniem nazwiska. Moje znalazło się aż w siedmiu notesach. Tak trafiłem do Wisły.

W trzeciej klasie gimnazjum przez trzy tygodnie trenowałem z pierwszą drużyną, ale zwolnili trenera Nawałkę i skończyły się moje treningi. Pamiętam, że byłem wtedy przestraszony, czułem się jak w transie. Wszedłem do szatni i nie wiedziałem, czy „cześć”, czy „dzień dobry”. Trener Nawałka chuchał na mnie i dmuchał. Jak inni robili dziesięć powtórzeń, ja robiłem siedem albo osiem.

Odejście z Wisły było moim największym błędem. Najpierw poszedłem na wypożyczenie do Motoru Lublin, do drugiej ligi. Grałem tam wszystko, bo byłem młodzieżowcem. Wróciłem do Krakowa i miałem występować dalej w Młodej Ekstraklasie, ale powiedziałem, że nie chcę, że odchodzę do Chojniczanki. A może gdybym miał trochę pokory – jak Michał Chrapek, który jeszcze pół roku pograł w Młodej Ekstraklasie i przebił się do pierwszej drużyny – wszystko potoczyłoby się inaczej.

To prawda, że oferta z Polonii przyszła w ostatniej chwili?

Tak, chciałem już kończyć z graniem. Powiedziałem, że mam dosyć. Po pobycie w Avii Świdnik stwierdziłem, że nic już z tego nie będzie. Ile można czekać na pensję. Jak kluby mają problemy, to niech się po prostu wycofają. Albo grają amatorsko. Chciałem wyjechać do Londynu, do chrzestnego. Pewnie pracowałbym fizycznie, bo z tym nie ma tam problemu, a po pracy kopał gdzieś w ósmej czy dziesiątej lidze. Mam nawet znajomego, który gra w Anglii na jedenastym poziomie.

I co się stało?

Bogdan, który w Warszawie handluje butami piłkarskimi, napisał mi życzenia na Boże Narodzenie. Później zapytał, czy nie chciałbym grać w Polonii. Odmówiłem. Powiedziałem sobie kiedyś, że jeśli mam grać poniżej jakiegoś poziomu, to szkoda prądu. Mogę się poruszać z kolegami na orliku raz na dwa tygodnie albo grać w tej jedenastej lidze angielskiej.

Po dwóch czy trzech dniach zadzwonił do mnie Paweł Olczak. Powiedział, że zna moje umiejętności i załatwi wszystko z trenerem. – Ale przyjedź, bo muszę zobaczyć, czy nie masz brzucha, tak jak ja. Jakoś dałem się namówić. Podjąłem decyzję, że dam sobie jeszcze szansę i wstrzymam się z wylotem do Londynu. Po pierwszym sparingu podpisałem kontrakt.

Najlepszy moment przy Konwiktorskiej?

Awans, bo nigdy wcześniej nie miałem okazji nigdzie awansować. Wszyscy mówią, że to była formalność. Tak, zgadzam się, ale wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak ciężko gra się w czwartej lidze. Szczególnie w sytuacji, w której wszyscy zawodnicy przyszli z wyższych lig. U siebie, na równym boisku, każdy mecz mieliśmy pod kontrolą. Ale wyjazdy… Graliśmy w Ostrowi Mazowieckiej, ten mecz najbardziej zapadł mi w pamięć. Boisko – pole kukurydzy, piłkę po ziemi prowadziło się kolanami. Próbowaliśmy grać coś swojego, ale to była syzyfowa praca. Bezradność. Przeciwnicy, jeden na drugim, tylko nam przeszkadzali. Przy awansie dużo zawdzięczaliśmy Michałowi Strzałkowskiemu, który nastrzelał sporo bramek. Nikt nie odstawał od reszty. Nie było tak, że w drużynie jest trzynastu dobrych i pięciu niewidomych.

ligienza1

Można powiedzieć, że grałeś w dwóch Poloniach – tej przed awansem i po?

Tak. W pewnym momencie te wszystkie przepychanki zaczęły się na nas odbijać. Kulminacyjnym momentem było odejście trenera Dziewickiego. Co zawodnik może sobie wtedy pomyśleć? Trener zrobił awans i nie jest w stanie się dogadać, czyli nie chodzi o jego kompetencje, tylko o sprawy pozasportowe. Wtedy poczuliśmy: oho, coś jest nie tak. Nie chcę zwalać, że pierwszy mecz przegraliśmy tylko przez to, ale cała sytuacja miała wpływ na naszą grę. W mojej głowie było: ciekawe, jakiego trenera nam teraz dadzą? Będzie lepiej, a może gorzej?

I było gorzej.

Jeżeli mam wyrazić swoją opinię, to tak, było gorzej. Pan Szczechowicz przez dwa miesiące jechał na opinii, że trener Dziewicki nas źle przygotował.

A przygotował was źle?

Ja się czułem dobrze. Wtedy po prostu nie mieliśmy pomysłu na grę. Nie wiedzieliśmy, jak mamy grać. Jak jest problem, to długa na Czerkasa, może coś z tego będzie. Dosłownie. Wiadomo, że Adam dużo nam pomógł – taka jest moja opinia – ale drużyna musi mieć jakiś styl. Nie graliśmy ani ofensywnie, ani defensywnie. Nie stosowaliśmy ani wysokiego, ani niskiego pressingu. Graliśmy na udo: albo się udo, albo się nie udo. Mieliśmy najmocniejszy zespół w lidze, a okazało się, że straszymy tylko nazwiskami w protokole.

Najgorzej było chyba w Otwocku – 0:3 ze słabiutkim wtedy Startem.

Wtedy nie grałem. Na Placu Wilsona dowiedziałem się, że nie ma mnie w kadrze. Dzień przed meczem zamiast rozruchu poszliśmy całą drużyną do kina. Wyszliśmy, a pan Szczechowicz wyjął kartkę i przeczytał kadrę na mecz. Na pewno chciał dobrze dla drużyny, ale szkoda, że nie sugerował się postawą sportową, czym sam strzelił sobie w kolano. Później przyszedł trener Dźwigała. Od razu zapytał mnie i Adama Grzybowskiego: – Jak to jest możliwe, że wy nie graliście? No, jakoś było możliwe. Dźwigała przyszedł i od nas zaczął ustalać skład. Każdy trener ma swoich ludzi. Nie musi kochać każdego zawodnika, ale niech szanuje. Jak piłkarz wie, że jest potrzebny, inaczej do wszystkiego podchodzi. Podejrzewam, że gdyby wszyscy środkowi pomocnicy mieli kontuzje, to pan Szczechowicz wystawiłby tam napastnika, a nie mnie.

Temu krótkiemu okresowi z trenerem Dźwigałą zawdzięczasz swoją obecność w Dolcanie?

Na pewno. Widocznie ceni mnie jako zawodnika.

Jak widzisz swoje dalsze losy?

Podpisałem kontrakt na dwa lata, po roku możliwość renegocjacji. Nie wiem, jak życie się potoczy, nie chcę myśleć, co będzie. Mogę nie dożyć jutra.

ligienza3

ROZMAWIAŁ MATEUSZ SOKOŁOWSKI

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s