Andrzej Supron: – Faul? Dopiero, jak nie wstanie!

Nie udziela zbyt wielu wywiadów na temat piłki nożnej, choć przyjaźnił się z najlepszymi piłkarzami w historii polskiej piłki nożnej. Jednego z nich bronił przed napastliwymi kibicami, innemu pomagał rozwijać handlową smykałkę. Andrzej Supron, bo o nim mowa, futbolem interesuje się od zawsze. Dziś specjalnie dla Was odsłania swoje piłkarskie wspomnienia i dzieli się poglądami na temat współczesnego futbolu.

– Niedawno złapałem się na tym, że chociaż przez tyle lat byłem wyczynowym sportowcem i powinienem mieć już sportu dość, nadal pasjonuję się wieloma dyscyplinami sportu. Piłką nożną oczywiście także, bo przecież to nasz sport narodowy. W Polsce najpierw jest futbol, potem długo, długo nic, a dopiero gdzieś dalej inne dyscypliny.

Skąd ta popularność kopanej?

Z dostępności. Piłka nożna jest sportem dla każdego. Nie trzeba mieć drogiego sprzętu ani specjalnie przygotowanych miejsc, jest wszechobecna. Szkoda tylko, że jej popularność nie idzie w parze z wynikami osiąganymi przez polskie zespoły, bo tradycje mamy naprawdę chwalebne. Jak w każdym sporcie, który ewoluuje, są chwile wzlotów i upadków. Miejmy nadzieję, że w przypadku polskiego futbolu etap bolesnych rozczarowań mamy już za sobą.

40 lat temu polscy piłkarze należeli do najlepszych na świecie. Czemu inne zespoły potrafiły utrzymać się na najwyższym poziomie, a my spadliśmy do rangi średniaka?

Sport zawsze był oknem na świat. Kilkadziesiąt lat temu z Polski na Zachód wyjeżdżały tylko wybitne jednostki – politycy, naukowcy i… sportowcy. Możliwość zagranicznych wojaży była świetną mobilizacją do ciężkiej pracy. Kiedyś samo wysłanie pocztówki spoza granic Polski było czymś ekstra. Kupowało się stertę pocztówek i jazda – serdeczne pozdrowienia ze słonecznej Hiszpanii, serdeczne pozdrowienia z zimnej Finlandii… Niby nic, ale motywacja była dużo większa. W tamtych czasach samo reprezentowanie kraju, przynależność, była czymś zdecydowanie istotniejszym niż pieniądze. Wtedy banalny dres z godłem był niesamowitym wyróżnieniem, mieli go tylko najlepsi. Dziś można kupić taki na każdym bazarze.

Wychowanego na Powiślu, w pobliżu stadionu Legii Andrzeja Suprona nie ciągnęło do trenowania piłki nożnej?

Graliśmy w nią codziennie! Dzisiaj piękne obiekty piłkarskie stoją puste, a w moich czasach musieliśmy robić dziurę w płocie przy szkole nr 34 przy ul. Drewnianej, żeby wejść na kawałek trawnika i pokopać. Najsłabszego stawialiśmy na czatach i gdy tylko widział woźnego, wydawał ostrzegawczy okrzyk i wszyscy ruszali w długą. Ryzyko więc było spore, ale opłacało się! Teraz dzieciaki mają „internety”, „jutuby”, uciekają w wirtualny świat i to jest przykre, bo sport nie jest już tak atrakcyjny.

Jakim był Pan piłkarzem?

Cholernie zawziętym. Często zdarzało się, że dzięki charakterowi to ja byłem tym, który dobierał resztę zespołu. Bramkarzem nigdy nie byłem, choć mój syn bardzo to lubi. W ogóle jako zapaśnicy całkiem nieźle radziliśmy sobie na boisku. Piłka nożna, jako bardzo bezpośrednia dyscyplina, była dla nas sportem uzupełniającym. Czasami na obozach graliśmy sparingi z A-klasą, IV ligą, i dość często wychodziliśmy z tych spotkań zwycięsko. Grywałem albo w ataku, albo w obronie, gdzie mogłem realizować zasadę „piłka może przejść, zawodnik nie”. Preferowaliśmy twardą walkę, czasami faul uznawaliśmy dopiero wtedy, gdy gracz nie mógł samodzielnie wstać (śmiech).

Czy wówczas miał Pan jakiegoś idola?

Akurat w tamtych czasach wszyscy, którzy byli najlepsi, byli naszymi kolegami. Grzesiek Lato, Kazio Deyna, Jurek Gorgoń, Włodek Lubański… Kaziowi kiedyś uratowałem skórę w dyskotece. Jakiś nierozważny „kibic” podszedł do niego i zaczął zachowywać się niezbyt sympatycznie. Rzucał uwagi w stylu: – Kaka, jak ty grasz, dzięciole! Nie mogłem pozwolić, żeby ktoś obrażał Kazia. Stanąłem w jego obronie i wywiązała się pyskówka. Ktoś mu jednak uświadomił, że w razie konfrontacji mógłby mieć niewielkie szanse. A tamtego gościa nawet na boisko by nie wpuścili, bo okazałoby się, że ma nie dwie, tylko trzy lewe nogi. Taki potrafi tylko gębą nadrabiać. Ja niejednokrotnie byłem, a czasem nadal jestem prowokowany, ale mam świadomość, że potrafię się obronić. Jak już dochodziło do starć, nie trwało to długo. Złapałem za łeb, nie biłem, tylko przydusiłem, rywal szybko miał dość, ale to dawne dzieje.

Dużo „wyjść w miasto” odbył Pan w towarzystwie piłkarzy reprezentacji?

Bywało tak, że spotykaliśmy się na zgrupowaniach, choćby w Zakopanem, i wyskakiwaliśmy na dyskotekę. Kazio Deyna był z Warszawy, więc często widywaliśmy się w Bristolu, wówczas bardzo modnej dyskotece. Czasem towarzyszył nam też Robert Gadocha. Wiadomo, byliśmy młodymi ludźmi, więc chciało się sprawdzić klimat na mieście, posłuchać dobrej muzyki, poderwać jakieś dziewczyny.  Co ciekawe, często mylono mnie z Jurkiem Gorgoniem. Trochę mnie to dziwiło, bo był ode mnie sporo wyższy, ale podobne uczesanie, kolor włosów i towarzystwo innych piłkarzy myliło. Kilkanaście lat później brałem udział w jakiejś imprezie sportowej w Zawierciu. Nagle usłyszałem znajomy głos. Patrzę, a to Grzesiek Lato. Już bez włosów i ze sporym brzuchem (śmiech). Przywitaliśmy się jak starzy przyjaciele i w końcu zapytałem:

– Jezus Maria, Grzesiek, co Ty ze sobą zrobiłeś?
– Kurwa, gdybyś siedział jak ja, nic nie robił, też byś tak wyglądał…

I tak dalej. Zawsze z uśmiechem wspominam te spotkania, imprezy. Cały czas wszyscy jesteśmy wielką rodziną, dlatego bardzo lubię pikniki olimpijskie. Miło wracać do złotych lat.

Inne czasy, inne realia. Zagraniczne wojaże były chyba też okazją do rozwijania innych działalności, niż tylko sport?

Zgadza się. Bohaterem ciekawej historii był wspomniany już Gorgoń. Nie zarabialiśmy kosmicznych pieniędzy, więc wiadomo, że każdy chciał dorobić w różny sposób. Powszechnie wiadomo, że sportowcy często wozili towar na handel. Nie inaczej było w Bułgarii. Pewnego dnia podszedł do mnie z torbą Jurek.

– Andrzej, pomógłbyś mi sprzedać trochę towaru?
– Dobra, a co tam masz?
– Kremy NIVEA.

Myślałem, że padnę ze śmiechu. Wytłumaczyłem mu, że nikt już nie wozi do Bułgarii tych kremów. Poradziłem mu, żeby rozdał je w ramach prezentów, a następnym razem wziął ze sobą walutę. Później kilka razy pomogłem Jurkowi, nabył nieco wiedzy handlowej (śmiech).

Czym różnią się dzisiejsi piłkarze od tych sprzed lat?

Zasobem portfeli, niestety. Choć może niepotrzebnie używam słowa „niestety”. Praca zawodowego sportowca jest naprawdę cholernie ciężka. Mnie też zarzucano, że jestem na pensji w kopalni i zarabiam za dużo. Zawsze odpowiadałem – pokażcie mi, ilu jest mistrzów świata czy mistrzów olimpijskich. Pokażcie mi jeden zawód, który jest cięższy fizycznie od mojej dyscypliny sportu. Gdzie w ciągu 1,5 godziny tracisz 3-3,5 kilograma wagi. Gdzie dochodzi się do 210 uderzeń na minutę, podczas gdy normalny człowiek umiera przy 180. O czym rozmawiamy? Jaka praca, taka płaca. Nie ma co zaglądać piłkarzom na konta. Ludzie chcą oglądać piłkę nożną, płacą za to, więc spora część musi trafiać do głównych aktorów widowiska. Jak ktoś narzeka, że w futbolu tyle się zarabia, to polecam mu zmianę dyscypliny sportu. Ja swoje osiągnąłem w zapasach i nie narzekam. A że za tym nie poszły jakieś kosmiczne pieniądze, to trudno, tak wybrałem. Miałem pięć operacji, walczyłem ze zwichniętym barkiem, z powkręcanymi kolanami… Może jestem nieco zazdrosny, że piłkarze zarabiają aż tyle, ale na pewno nie jestem zawistny. Oni zasłużyli na to ciężką pracą. Ilu jest takich Lewandowskich, Messich, w porównaniu do liczby zawodników, którzy próbują swoich sił na boisku? Gdybym postawił na piłkę nożną, być może byłbym na tyle słaby, że nie załapałbym się na żaden etat i stał się sfrustrowanym, niedoszłym ligowcem. Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy w zapasach nie ma korupcji. Z całą pewnością odpowiedziałem, że nie ma. Dlaczego? Bo w zapasach nie ma pieniędzy (śmiech).

Za finansami idzie jeszcze jedna, ciemna strona sportu – presja, problemy z psychiką, które czasem doprowadzają do tragedii.

To prawda, do świata sportu wkroczyła niesamowita komercjalizacja, presja wyniku, otoczenia. Nie wszyscy sobie z tym radzą, tak było w przypadku choćby Roberta Enkego. Miał wszystko, ale nie dostrzeżono, że nie radzi sobie psychicznie. Wymagania stawiane sportowcom są coraz większe. Co za tym idzie, coraz większą rolę odgrywa farmakologia, i nie mam tu na myśli dopingu. Niedługo będzie dochodziło do takich sytuacji, że medale wygrywać będą lekarze.

– Złoto wygrywa laboratorium  z Hamburga!
– A ja, a ja?
– A ty to kto?
– Sportowiec!
– A, to ty też, chodź!

To widać zwłaszcza w dyscyplinach, gdzie dominującą rolę odgrywają siła i wytrzymałość. Kiedyś pewna dziennikarka zapytała mnie, czy w zapasach biorą. Odpowiedziałem pytaniem: a czy widziała pani, żeby techniki nauczyć się prochami? Elementy decydujące o wyniku można wspomagać farmakologią, ale samej techniki już nie. I to właśnie podziwiamy u największych sportowców, że potrafią wykorzystać swój talent i to, czego się nauczyli. Piłkarz, który zapieprza bezproduktywnie w tę i z powrotem, nie będzie podziwiany. Ale za to zawodnika, który poczeka na piłkę, przyjmie ją i pięknie uderzy już się zapamięta. To jest mistrzostwo.

Wracając na boisko – w tym roku w Polsce obchodzimy 20-lecie pewnego istotnego dla naszego futbolu wydarzenia. Wie Pan, jakiego?

Hmmm… Nie do końca.

20 lat temu po raz ostatni polski zespół grał w Lidze Mistrzów.

Piłka nożna na całym świecie idzie do przodu. U nas też, ale pewien okres przespaliśmy. Zwłaszcza jeśli chodzi o pracę z młodzieżą. Choć zawsze mnie zastanawiało, że nasze kadry młodzieżowe zawsze wypadały nieźle. Problemem jest przejście w wiek seniora. Wówczas dużo zawodników zastanawia się, czy budować nowe życie, czy dalej rywalizować, a wiadomo, że walka jest ogromna, a przyszłość niepewna. Tu po raz kolejny wkrada się chora presja wyniku. Trenerzy nie chcą ryzykować, zawodnicy wędrują pomiędzy klubami, a miejsce, które mogliby zająć młodzi, zajmują obcokrajowcy. Poza granicami Polski często nastolatkowie debiutowali już w kadrze narodowej, jak Wayne Rooney, Fernando Torres, Theo Walcott… Kiedyś w klubach mogło występować dwóch zawodników spoza granic kraju i dzięki temu wychowywali się rodzimi piłkarze. Teraz nawet w reprezentacjach grają obcokrajowcy, wystarczy spojrzeć na kadrę Francji. Jeden, dwóch białych, a reszta to zawodnicy, których rodzice przypłynęli kajakiem do Francji. Gdzieś się zagubiliśmy. Sprowadza się graczy za duże pieniądze, na których trzeba postawić kosztem młodych. A taki junior patrzy co się dzieje i stwierdza: mam to w dupie. Brakuje mu motywacji.

W obecnej reprezentacji Polski jest zawodnik, który wzbudza u Pana podziw?

Bardzo zaimponował mi Arek Milik. Ma za sobą trudne lata, dzieciństwo nie było usłane różami. Spotykał się z różnymi sytuacjami, aż w końcu wyjechał za granicę. I potwierdza się to, co mówiłem wcześniej – ktoś za niego zapłacił, więc dostał szansę. Jak ją dostał, okazało się, że ma ogromny talent. Muszę przyznać, że teraz nasza kadra nabiera kształtu. Selekcjoner odkurzył Sebastiana Milę, ten zdobył ważną bramkę i dostał skrzydeł. Można z optymizmem patrzeć w przyszłość.

Ktoś z obecnej kadry przypomina Panu stylem gry zawodników z dawnych czasów?

To jest zupełnie inna gra. Futbol jest zdecydowanie szybszy, jest inne wspomaganie. Kiedyś słyszałem dialog Ślązaków.

– Ty, chopie, widzioł żech, jak oni groli, z tymi Niemcami?
– No chopie, ale oni to jedzą, a nasi tylko oszkrabiny!

Tak było, ale czasy się zmieniły. Kiedyś sportowcy dostawali jedną tabletkę Supradynu i to miała być ich odżywka. Śmiech na sali. Jak Czesiek Lang przyjechał z Włoch na zgrupowanie do Zakopanego, miał całą aptekę – na wdech, na wydech, na zakwasy i tak dalej. Nie mówię oczywiście o żadnym dopingu, zwykłe odżywki. Dlatego trudno porównywać piłkarzy z różnych czasów. Choć Lewandowski przypomina nieco Włodka Lubańskiego, wychodząc z piłką do przodu i skutecznie strzelając. Ogromne przyspieszenie mieli Robert Gadocha i Grzesiek Lato, teraz troszeczkę Maciej Rybus i Kamil Grosicki mają podobne.

Lato, Gadocha i inni poradziliby sobie w dzisiejszych czasach?

Na pewno musieliby zmienić styl gry. Nie można byłoby żywcem przenieść żadnego zawodnika. Nie ma cudów. Ja też jak wchodzę na matę, to czasem małolata rzucę w powietrze, żeby był szacunek dla mistrza, ale wydolność już nie jest ta sama. Zmieniły się metody treningowe, dynamika, sposób gry. Pele, Garrincha, Beckenbauer i reszta wybitnych zawodników z umiejętnościami, które mieli, nie daliby sobie rady. Gdyby wdrożyć ich w system treningów, przygotować do tego tempa i wykorzystać ich niewątpliwy talent, to zapewne też zostaliby światowymi gwiazdami, ale bez tego nie. Bądźmy realistami.

Zbliża się mundial w Rosji. Tak czy nie dla organizacji tego turnieju?

Słuchajcie, odbyłem na ten temat sporo rozmów. Jednego jestem pewien – powinno się przestać wykorzystywać sport do celów politycznych. W starożytnej Grecji na czas igrzysk olimpijskich wstrzymywano wszystkie wojny! Dwa razy padłem ofiarą rozgrywek politycznych w odniesieniu do sportu. Raz w Moskwie, gdzie co prawda wystartowałem, ale nie wystartowali moi koledzy z Zachodu. W mojej dyscyplinie nie miało to wielkiego znaczenia, bo i tak liczyła się tylko Europa, ale w innych zdarzało się, że medale trafiły do ludzi, którzy w normalnych warunkach nie mieliby na nie żadnych szans. Żal mi było jednak moich amerykańskich kolegów, którzy pracowali przez kilka lat, aby w końcu z powodu polityki nie wziąć udziału w najważniejszym dla każdego sportowca turnieju. Za cztery lata mnie spotkało to samo – nie pojechaliśmy do Los Angeles. Przygotowywaliśmy się do samego końca, patrząc, jak kolejne „demoludy” wycofują się z igrzysk. Tu muszę wspomnieć o jednym z najważniejszych momentów w moim życiu, czyli audiencji u Jana Pawła II. Gdy trenowaliśmy we Włoszech, jako kadra spotkaliśmy się z Ojcem Świętym. Przedstawiłem się naszemu papieżowi, a on powiedział: znam pana! Coś niewiarygodnego, Ojciec Święty znał moje nazwisko. Okazało się, że był niesamowitym kibicem i znawcą sportu… Wręczyłem mu proporczyk, końcu papież życzył nam powodzenia, a my jednak… nie wystartowaliśmy. Wygrał wtedy Fin, o którego się zwyczajnie opierałem. Kto będzie pamiętał, że nie miał żadnej konkurencji? Dlatego właśnie sport musi trzymać się z dala od polityki, inaczej wszystko stanie na głowie, a idea olimpijska straci swoją wartość.

Rozmawiali EMIL KOPAŃSKI i MATEUSZ SOKOŁOWSKI

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s